Reklama

Stado

Miniserial biograficzny wyprodukowany przez „Esquire'a". W roli głównej: Marcin Dorociński. Scenariusz i reżyseria: Grzegorz Sobaszek.

Stado zdjęcia: Szymon Szcześniak
Reklama

Odcinek 1.

„Wołowe jądra"

 Zimny październikowy dzień na Powiślu. Zanosi się na deszcz. Dziesięć minut przed południem. Marcin Dorociński mija przystanek autobusowy przy placu Zofii Wóycickiej. Na murku tuż za przezroczystą wiatą przystanku odpoczywa kilku bezdomnych. To nie jest najbardziej reprezentacyjna okolica miasta stołecznego Warszawy. Szpital, sklep Społem, sklep z odzieżą używaną Humana, upstrzony czerwonymi banerami kebab. Marcin świetnie zna tę okolicę, bo od pięciu lat należy do zespołu Teatru Ateneum, który ma siedzibę tuż za rogiem, przy ulicy Jaracza. Umawiam się z nim w pobliskiej restauracji Solec 44 w samo południe, ale za dziesięć dwunasta Marcin jest już na miejscu. Zresztą na sesję zdjęciową, którą zorganizowaliśmy kilka dni wcześniej, też przyjechał przed czasem. To, w świecie rodzimego szołbiznesu, naprawdę rzadkość. 

Jest ubrany na luzie. Ciemne spodnie bojówki, koszulka z długim rękawem, cienka kurtka. Mógłby spokojnie wejść na plan serialu „Pakt”, w którym jako dziennikarz śledczy Piotr Grodecki tropi afery na najwyższych szczeblach władzy.   

Idziemy do małej sali, w której nikt nam nie będzie przeszkadzał. Dostajemy menu, ale Marcin tylko z uprzejmości omiata je wzrokiem i mówi, że nie jest głodny. Zamawiamy kawę i wodę. Wystarczy.

– Zawsze jesteś taki punktualny?

– Zawsze. Niestety – mówi, wieszając kurtkę na oparciu krzesła.

– Dlaczego niestety?

– No bo przy wychodzeniu z domu czasem niepotrzebnie pospieszam najbliższych – wyjaśnia, po czym dodaje, że to kwestia wychowania. Po prostu szkoda mu czyjegoś czasu. Punktualność to dobra cecha, choć bywa okupiona stresem. A przecież szkoda życia. Nie ma się co tak napinać.

43-letni aktor napina się co najmniej od dwudziestu lat. Tak wynikałoby z oficjalnej filmografii. Debiutował przed kamerą epizodem w „Szamance” Andrzeja Żuławskiego w 1996 roku. Mamy więc okrągłą rocznicę.

– Chciałbym ci złożyć najlepsze życzenia…

– W dniu imienin Teresy? 

– Dziś są imieniny Teresy?

– Tak. Dowiedziałem się o tym, kupując karmę w naszym ulubionym sklepie. I okazało się, że pani właścicielka to Teresa, więc jej złożyłem życzenia.

Mówię, że mam na myśli dwudziestolecie jego pracy. Że to dobra okazja na złożenie życzeń. 

– Brzmi, jakbyśmy mieli robić jakieś podsumowanie mojej kariery. A karierę podsumowują ludzie starzy. Ja się jeszcze nie czuję stary. Poza tym rola w „Szamance” nie była moim debiutem przed kamerą. Wcześniej, na drugim roku, zagrałem w teatrze telewizji Don Rodryga w spektaklu „Cyd”, który reżyserowała Krystyna Janda. Dariusz Kuc jako operator i mnóstwo wspaniałych aktorów – partnerująca mi Ewa Gorzelak, Mariusz Benoit, Franciszek Pieczka, Krzysztof Gosztyła, Dominika Ostałowska. O wiele więcej czasu zajęło mi przygotowanie się do „Cyda” niż do „Szamanki”, w której zagrałem krócej niż mrugnięcie okiem. Więc to będzie już dwadzieścia jeden lat. Oczko. Też ładnie.

– No to jeszcze raz. Najserdeczniejsze życzenia z okazji jubileuszu pięciolecia w teatrze Ateneum.

Marcin nie może się nadziwić. – Pięciolecia? Minęło już pięć lat? Jesteś pewien?

Jestem pewien. W Ateneum jest zatrudniony od 2011 roku. Gra w dwóch spektaklach. Można go oglądać w sztuce „Nastasja Filipowna” wg „Idioty” Dostojewskiego, gdzie gra Rogożyna, a także w „Merylin Mongoł” Nikołaja Kolady, którą wyreżyserował Bogusław Linda. Pięciolecie to pięciolecie. Można by je jakoś uczcić. Oglądam więc menu i pytam: – Jesz mięso? 

– Tak.

– Zjadłbyś wołowe jądra z lawendą i słonym karmelem?

– Być może gdyby ktoś mnie poczęstował, nie mówiąc, co to jest, to pewnie tak. Czasami jesteśmy niepotrzebnie uprzedzeni, mówię tu nie tylko o jedzeniu. Tak samo jest z wchodzeniem w relacje z ludźmi czy ze zwierzętami, z nowymi sytuacjami. Wyobraźnia czasem ogranicza nasze doświadczenia – mówi. Po czym tłumaczy, że lubi mięso, choć wyobraża sobie życie bez jedzenia mięsa, bo ma kilku przyjaciół, w tym wyczynowych sportowców, którzy chabaniny nie jedzą i świetnie sobie radzą. 

– To co z tymi jądrami?

– Nie zwykłem jadać czyichś jaj, więc podziękuję.


                         

Odcinek 2.

„Kopcie groch każdego dnia”

Mówię tak: – Wyobraź sobie, że idziesz na imprezę. Wchodzisz do zatłoczonego mieszkania, gra muzyka, ludzie się przekrzykują, dyskutując w podgrupach, inni tańczą. Twoją uwagę przykuwa koleś, który zamiast dyskutować czy tańczyć, bawi się z dziećmi. Mrożonką. Co byś sobie o nim pomyślał?

– W zgiełku długo by się z dziećmi nie pobawił. I co robią z tą mrożonką? 

– Powiedzmy, że się nią rzucają. Wyciągnęli z zamrażarki worek z grochem, kopią nim, no wiesz.

– Każdy się bawi, jak umie. I jak chce – mówi Marcin, obracając w palcach kostkę brązowego cukru. Mam wrażenie, że jest lekko zniecierpliwiony. – To zbyt abstrakcyjne pytanie. Zależy, ile lat mają te dzieci, z kim na tę imprezę przyszedłem, czy jest późno. Zbyt wiele zmiennych.

– Może i brzmi abstrakcyjnie, ale to o tobie. Byłeś na takiej imprezie i bawiłeś się z dziećmi mrożonką.

– Ojej, rzeczywiście – mówi po chwili. – To musiał być jakiś dziewięćdziesiąty ósmy albo dziewiąty. Dawno temu. Teraz na imprezy nie chodzę. To przyjaciele przychodzą do nas.

Każda osoba, która w miarę regularnie udziela wywiadów, jest przez dziennikarzy przypisana do określonej grupy rozmówców. Są ulubieńcy żurnalistów, którzy chętnie opowiedzą o sytuacji w Pakistanie, najnowszej kolekcji Toma Forda albo aferze podsłuchowej, a jeszcze chętniej zaproszą do siebie i zdradzą najgłębsze tajemnice gospodarstwa domowego. Jeśli przy tym dobrze wyglądają i potrafią operować okrągłymi zdaniami, trafiają na listę ekspertów, do których dzwoni się z prośbą o gorący komentarz na każdy temat. Marcin prędzej zje sto wołowych jąder, niż opowie o szminkach, których używa jego żona. „Strasznie się boję. Podobno trudno się z nim rozmawia” – powiedziała mi znajoma dziennikarka po projekcji premierowego odcinka drugiego sezonu „Paktu”.

Przytaczając anegdotę o mrożonkach, chciałem zapytać o tę Marcina osobność i łatkę trudnego rozmówcy, która przed laty do niego przylgnęła.

– Jestem osobny, jeśli czuję się gdzieś niekomfortowo. Ale od czasu, kiedy bawiłem się mrożonką, dużo się zmieniło w moim życiu. Mam rodzinę i swoje stado. I bawię się mrożonką każdego dnia z moimi dziećmi i z psami, chociaż czasami nie mam siły i najzwyczajniej w świecie nie wyrabiam. A jestem niezwykle stadnym człowiekiem. Lubię się spotykać, rozmawiać, wygłupiać i żartować. Lubię dziecko w sobie, tę dziecięcą ciekawość świata, autentyczność i radość. To, że jestem punktualny i zadaniowy nie oznacza, że nie ma we mnie odrobiny szaleństwa. Wszystko zależy od czasu i miejsca. Nie mam poczucia, że moje życie prywatne jest proste i nudne. Ono niesie tyle wyzwań i fajnych trudności… Ale to chyba normalne, gdy masz w domu dzieci i zwierzęta. Nic dziwnego, że ten worek z mrożonką jest cały czas przerzucany.

– A co z tą opinią o trudnym rozmówcy?

– Kiedyś słyszałem to częściej. Jeszcze parę lat temu rzeczywiście starałem się odpowiadać krótko. Jestem typem zadaniowca. Lubię wejść do sklepu, znaleźć to, czego szukam, kupić. I wyjść. Mam wrażenie, że odpowiadam konkretnie. Lubię zacytować Anthony’ego Hopkinsa: „Kiedyś traktowałem ludzi dobrze, teraz traktuję ich z wzajemnością”. 

– A więc nie masz problemu z wywiadami?

– Przed każdą rozmową myślę: „Co ja tu robię i po co odbywamy tę rozmowę? Po co komuś zawracać głowę tym, co mam do powiedzenia?”. Najważniejsze jest dla mnie to, co robię. Nie lubię się narzucać i opowiadać o życiu. Wolę je przeżywać. Ale z drugiej strony mam szacunek do widzów, chcemy ich przecież zainteresować choćby drugim sezonem „Paktu” albo zaprosić do teatru. Jeśli więc ktokolwiek dzięki takiemu wywiadowi poczuje się zaproszony, wiem, że wszystkie te wątpliwości się rozwiewają.


Całość tekstu ukazała się w najnowszym "Esquire"

 

Reklama

Polecane wideo

Polecamy również

Reklama

Inne artykuły

Reklama