Reklama

Fani Ricka i Morty'ego oszaleli przez… sos z McDonald’s

Też lubimy ten serial, ale żeby od razu wziąć udział w odpowiedniku walk o kapcie pod Lidlem?

Fani Ricka i Morty'ego oszaleli przez… sos z McDonald’s Kadr z filmu (www.youtube.com/watch?v=-GC5rAX0xHg)
Reklama

Serial „Rick and Morty” to popkulturowy fenomen – to nie tylko najciekawszy film animowany dla dorosłych (obok netfliksowego „BoJacka Horsemana”) jaki możemy dziś oglądać, ale też – jak zawsze w przypadku takich przebojów – olbrzymi biznes z siecią franczyzobiorców i marek próbujących tę popularność monetyzować. Ale te flirty biznesu i popkultury nie zawsze wychodzą markom na zdrowie – przekonała się o tym taka tam mała rodzinna firemka, jak McDonalds.

Sos syczuański, pojawiający się w jednym z odcinków serialu i krążący po sieci w formie popularnego mema, pojawił się w ofercie McDonalds’a już w 1998 roku w związku z premierą disneyowskiej animacji „Mulan”. Gdy w kwietniu limitowana edycja zyskała nowe życie za sprawą wzmianki w trzecim sezonie produkcji Adult Swim, kwestią czasu pozostawało wykorzystanie fali popularności produktu w ofercie sieci. Temperaturę podgrzała jeszcze sprawna akcja marketingowców z McDonald's, którzy w lipcu przesłali butelkę sosu jednemu z twórców serialu, Justinowi Roilandowi.

„Rolę” Szechuan Sauce w serialu można porównać do proustowskiej magdalenki – dla śniącego Ricka sos jest katalizatorem dla wspomnień związanych z różnymi wydarzeniami z życia, w tym – śmierci własnej żony i córki. Fani serii podejrzewali, że powrót smaku do sieci McDonald’s może nastąpić wraz z premierą planowanej na 2019 rok filmowej wersji „Mulan”, jednak na przeszkodzie w wykorzystaniu tej okazji musiał stanąć istotny fakt – zawieszenie współpracy McDonald’s i Disneya w 2006 roku.


Zresztą – czy dynamika świata social media nie prosi się o to, by kuć żelazo póki gorące? Nie czekając na dodatkowe preteksty McDonald’s 7 października wprowadził do swojej oferty limitowaną edycję sosu. „Limitowana” ma tu naprawdę duże znaczenie – do licznych restauracji sos w ogóle nie dotarł, powodując furię najzatwardzialszych geeków. Namiastka listopadowego Czarnego Piątku wygląda na przykład tak: 

 

 

Jednostkowy przypadek? Raczej ogólnonarodowa paranoja. "Chcemy sosu!" - krzyczą pod restauracjami wściekli fani "Ricka i Morty'ego", a my zastanawiamy się, czy to tylko chwilowe zaćmienie umysłu, czy też samospełniająca się przepowiednia dystopijnej przyszłości, której nie powstydziliby się sami twórcy serialu: 

 

Ironicznie lub nie, do protestów wciąż dołączają nowi uczestnicy, a pod restauracjami dzieją się rzeczy, które kojarzymy raczej ze sprzedaży nowych butów Kanye'ego Westa. Tyle, że w wersji hardcore - wciąż czekamy na potwierdzenie informacji o tym, że w jednej z kolejek doszło do dźgnięcia innej czekającej osoby w brzuch. 

Przedstawiciele sieci próbują gasić pożar i zapowiadają szeroką, nieograniczoną dystrybucję sosu zimą. Ale i bez czekania na końcowy efekt akcji można pokusić się o stwierdzenie, że ten mem zaszedł odrobinę za daleko. 

 

10 sieciówek, których nie ma w Polsce

1. Primark. Owoc kryzysu...

1/10

1. Primark. Owoc kryzysu finansowego w 2008 r. – marka powstała wprawdzie w 1969 r., ale ich prawdziwa ekspansja zaczęła się po upadku Lehmans Brothers, gdy Brytyjczykom wydał się za drogi H&M czy Zara. Dziś sieć ma prawie 300 sklepów, a każde kolejne otwarcie wywołuje euforię wśród mieszkańców – podczas otwarcia Primarka przy madryckiej Gran Via tłum wyważył drzwi. O co to wielkie halo? Primark to reprezentant „fast fashion” – oferuje w miarę modne fasony, fatalną jakość i bardzo niskie ceny. Zwykłe t-shirty czy majtki można kupić za kilka euro. Filozofia: klient ma kupić od razu cały wór ubrań, założyć kilka razy, wyrzucić i przyjść kupić kolejne. Zazwyczaj od kupna do wyrzucenia już i tak minie na nie moda. W całej Europie sklep nazywa się Primark, jedynie w Irlandii nazywa się „Penneys”. Ponoć tamtejsza Polonia dzieli się na „przedpenisowców” – czyli tych, którzy ubierają się tam od stóp do głów i nie zaglądają do droższej konkurencji i na „popenisowców” – czyli tych, którzy odkryli, że jakość w tej sieciówce jest tak fatalna, że zdarzy się ciągnąć za sobą po ulicy nitkę od majtek, które popruły się już przy pierwszym założeniu. Mimo wszystko chętnych nie brakuje – w brukselskim Primarku przy Rue Neuve trzeba odczekać swoje w kolejce, zanim nas do środka wpuści ochrona. Gdzie najbliżej? W Berlinie. Co kupić? Bokserki za jednego funta.
Reklama

Polecane wideo

Polecamy również

Reklama

Inne artykuły

Reklama