To co wiem: Alejandro Gonzalez Inarritu
Trzej Amigos: Innaritu, Alfonso Cuaron i Benicio Del Toro/ Starstock

To co wiem: Alejandro Gonzalez Inarritu

"Gdybym się przyznał, w jakich okolicznościach się zakochałem, nikt by w to nie uwierzył". Meksykański reżyser opowiada "Esquire'owi" o żonie, rodzicach i warunkach sukcesu.
14.11.2018

> Zanim zaczęliśmy kręcić „Birdmana”, wysłałem aktorom zdjęcie Philippe’a Petita spacerującego po linie między szczytami wież World Trade Center. Chciałem się z nimi tym podzielić, bo wiedziałem, że jeśli ja się potknę, albo którekolwiek z nich, spadniemy wszyscy… a siatki nie ma.

> Moje odkrycie to, że przy złym wykonaniu nigdy nie uda mi się przyciąć filmu. Byłby jak niekończąca się nitka spaghetti, którą można się najwyżej zakrztusić.

> Kiedy miałem 16 lat, byłem wyjątkowo romantycznym kolesiem. Zakochiwałem się co tydzień. Kochałem wszystkich, ale niestety nikt nie zakochał się we mnie.

Czytaj też: To co wiem: Harvey Keitel 

> Mój ulubiony film z tamtych czasów to „Hair” Miloša Formana. Chciałem być hippisem. Chciałem kochać ludzi. Chciałem zamieszkać z przyjaciółmi. Nie chodziło o seks ani narkotyki. Miałem wizję czystej, utopijnej, pięknej egzystencji. Było w tym coś bardzo poetyckiego.

> Moja matka miała wobec mnie małe oczekiwania. Byłem problematycznym 17-latkiem. Gdybym miał takie dziecko, sam bym dużo nie oczekiwał.

> Mój ojciec był przemiłym człowiekiem. Nie miał wiele pieniędzy, ale dał mi tysiąc dolarów, za które niemal przez rok podróżowałem po Europie i Afryce.

> Wraz z wolnością przychodzi poczucie obowiązku.

> Na początku kariery robiłem reklamówki, ale zawsze traktowałem je jak ćwiczenia z kręcenia filmów. Kiedy pracujesz nad reklamą, masz duży budżet, możesz próbować wielu nowych rzeczy. Uczyłem się fachu. Sam pisałem scenariusze tych reklam, sam je reżyserowałem, sam je montowałem, sam je produkowałem. Kiedy rozpocząłem pracę nad pierwszym filmem, miałem w pewnym sensie o wiele większe doświadczenie niż niejeden wielki reżyser w moim kraju.

> Ale trzeba przyznać, że kręcenie filmu to jednak zupełnie co innego.

> Na początku czas wydaje się jedynie pojęciem. Ale kiedy kończysz 50 lat, zdajesz sobie sprawę, że to nie pojęcie – odczuwasz czas dotkliwie. A to cię zmusza do życia tu i teraz.

> Mój ojciec miał krytyczny stosunek do sukcesu. Może dlatego, że sam go nigdy nie odniósł. Ale mądrze do niego podchodził – widział, jak władza niszczy. Często powtarzał: „Jeśli odniesiesz sukces, skosztuj go i natychmiast wypluj. Bo to trucizna”.

> Widzę tylko jeden warunek, który trzeba spełnić, żeby być reżyserem czy jakimkolwiek artystą: rytm. Dla mnie rytm to wszystko. Bez rytmu nie ma muzyki. Bez rytmu nie ma kina. Bez rytmu nie ma architektury. Wszechświat to system rytmów, które objawiają się na różne sposoby: w formie obrazów, dźwięków, kolorów, wibracji. A jeśli tego nie rozumiesz, jeśli nie potrafisz na to w ten sposób spojrzeć, nie stworzysz czegoś, co rezonuje. Możesz mieć narzędzia, wiedzę, pomysły, ale jeśli nie czujesz rytmu, zapomnij o sukcesie.

> Gdybym się przyznał, w jakich okolicznościach się zakochałem, nikt by w to nie uwierzył. No dobra, spróbuję.To się stało, kiedy usłyszałem jej imię i nazwisko. Ktoś powiedział: „Wybieramy się do kina. Idzie z nami Maria Eladia Hagerman”. A ja pomyślałem: „Co?! Wow, co za fantastyczne personalia!”. Maria Eladia to staromodne meksykańskie imiona, a Hagerman brzmi jak Häagen-Dazs. To połączenie tych dwóch skojarzeń. W tym samym momencie się zakochałem. A potem, kiedy ją zobaczyłem, byłem pewien, że już po mnie. Pomyślałem: „Będzie moja”. Nie pomyliłem się.

Rozmawiał Cal Fussman. Wywiad ukazał się w 2 numerze Esquire'a, maj/czerwiec 2015 

Polecane wideo

Komentarze

Polecane dla Ciebie