"Dreamland. Opiatowa epidemia w USA"
iStock

"Dreamland. Opiatowa epidemia w USA"

W 2008 roku w USA liczba zgonów w wyniku przedawkowania opiatów przewyższała liczbę ofiar wypadków samochodowych. Osób uzależnionych od leków z roku na rok jest coraz więcej, a rynek farmaceutyczny rośnie w siłę. "Dreamland" to opowieść o problemie, wobec którego Ameryka okazuje się bezradna. Premiera już 22 sierpnia. Tylko u nas przeczytacie fragment książki.
13.08.2018

Kilka miesięcy później siedzę w piątkowy ranek na sali sądowej w Columbus.

Pomieszczenie jest bardzo zatłoczone i na pierwszy rzut oka ma się wrażenie, że jest się w sądzie do spraw wykroczeń drogowych, tylko wszyscy obecni są biali i młodzi. Chłopaki w założonych do tyłu czapkach bejsbolowych, z nieco niedbałymi bokobrodami, dziewczyny z wyblakłą farbą na włosach, w markowych spodniach i w wysadzanych strasem sportowych bluzach.

To sąd narkotykowy.

Piętnaście lat wcześniej Gość sprowadził do Columbus czarną smołę. Kiedy środowisko medyczne zaakceptowało wydawane na receptę środki przeciwbólowe jako „praktycznie nieuzależniające”, o ile stosuje się je tylko do leczenia bólu, miasto stało się trampoliną dla przyszłej ekspansji systemu Xalisco na duże połacie wschodniej części Stanów Zjednoczonych.

Teraz w mieście, w którym nigdy nie było heroiny, niemal każde miejsce w sądzie narkotykowym było zajęte.

Wszyscy podsądni są ćpunami, z których większość zaczynała od prochów, a trzy czwarte bierze teraz czarną smołę.

Sędzia Scott VanDerKarr prowadzi rocznie około czterystu spraw przeciwko heroinistom oskarżonym o przestępstwa bez użycia przemocy, którym ostatecznie nadano status wykroczeń. Jeszcze kilka miesięcy temu był to sąd stały, ale aby sprostać zapotrzebowaniu, VanDerKarr ostatecznie podzielił go i wydłużył godziny otwarcia. Poranne dwugodzinne posiedzenie przeznaczone jest dla osób, których nazwiska zaczynają się od liter A do L. Od M do Z sądzeni będą później, jeszcze tego samego ranka.

W hrabstwie Franklin jest kilka sądów specjalistycznych, na przykład dla weteranów, dla osób z problemami ze zdrowiem psychicznym. Jest też sąd narkotykowy – który otwarto w 2010 roku – do rozpatrywania spraw dotyczących przestępstw i wykroczeń związanych z konsumpcją alkoholu lub narkotyków, choć zdominowały go osoby przyjmujące heroinę. Posiedzenia odbywają się w nim jeden dzień w tygodniu. Mimo to i tak nie jest w stanie przerobić wszystkich tego typu spraw. W jeszcze innym sądzie, tym razem dla prostytutek, połowa podsądnych również uzależniona jest od heroiny.

VanDerKarr ma na sobie czarną togę, siedzi wywyższony nad resztą obecnych, a za sobą ma przymocowany do ściany potężny młotek sędziowski. Na sali panuje jednak spokój, a nastrój przypomina bardziej spotkanie grupowe niż posiedzenie w sądzie. Ze stołu, który stoi z boku, można wziąć broszury o ośrodkach opieki medycznej oraz dostępnych dla weteranów usługach z zakresu odwyku i zdrowia psychicznego. VanDerKarr przywołuje do siebie kilka osób, chwali je za dni spędzone w abstynencji, pyta, jak idą im poszukiwania pracy i czy mają dostęp do terapii dwunastu kroków. Każdy z podsądnych obligatoryjnie podlega pomocy psychologicznej, musi poddać się rozmaitym testom na obecność narkotyków i w ciągu dziewięćdziesięciu dni wziąć udział w dziewięćdziesięciu spotkaniach Anonimowych Narkomanów. Następnie przez dwa lata przychodzi co tydzień na posiedzenie sądu. Połowa z tych osób uczestniczy w programie do końca, ale wielu odpada po drodze, a niektórzy umierają.

VanDerKarr to były prokurator z dwudziestoletnim doświadczeniem zawodowym. Uważa siebie za jednego z najbardziej wyrozumiałych sędziów pokoju w hrabstwie Franklin, choć lata spędzone w sądzie narkotykowym nauczyły go też, że narkomanom, niczym dzieciom, trzeba wyznaczyć wyraźne ograniczenia i ewentualne kary.

– Doszedłem do wniosku, że więzienie to właściwie dobra rzecz – opowiada mi po zamknięciu posiedzenia, mając na myśli tych, którzy rezygnują z programu. – Chodzi mi o to, że trzeba dać im karę kilku tygodni lub miesiąca. Często wystarczają dwa takie wyroki, by ich zmotywować.

To właśnie strach przed pójściem za kraty zdopingował Roberta Berardinellego po tym, jak w wyniku operacji „Smolne jezioro” aresztowano go w Santa Fe.

Po ponad roku udostępniania na swoje nazwisko samochodów i mieszkań dla Chłopakow z Xalisco Berardinelli został oddany pod nadzór kuratorski przez sędziego, który zagroził mu wieloletnim wyrokiem więzienia, jeśli nie przestanie ćpać. Mając nad sobą taki bat, ostatecznie zerwał z nałogiem. Spędził kilka lat jako doradca w ośrodku odwykowym, co tydzień przemawiał w sądzie, nie zważając, że wielu obecnych w ogóle go nie słucha. Lata później został liderem w Anonimowych Narkomanach i delegatem na zorganizowaną przez nich w 2014 roku w południowej Kalifornii międzynarodową konwencję, podczas której się spotkaliśmy.

– Nie ma logicznego wytłumaczenia, dlaczego siedzę tutaj, a nie w jakimś więzieniu federalnym. To dla mnie wielki dar, że się z tego wykaraskałem i nie odsiedziałem żadnego wyroku – opowiadał mi, gdy usiedliśmy przy fontannie przed hotelem w dolinie San Fernando, zaledwie kilka kilometrów od miejsca, w którym Chłopaki z Xalisco rozpoczęły swoją karierę. – Wierzę w moc dwunastu kroków. To dzięki nim tu teraz jestem. Ten program jest wprost stworzony dla ludzi takich jak ja.

Ani Santa Fe, ani Nowemu Meksykowi nie udało się uniknąć plagi opiatów. Zmieniające się załogi handlarzy czarną smołą z Nayaritu przejeżdżały właśnie tędy. W dolinie Espanola zbiegła się konsumpcja tabletek i heroiny. W 2012 roku miejscowa gazeta donosiła, że padł tam rekord liczby zgonów spowodowanych przedawkowaniem. W artykule wstępnym napisano wprost: „Sytuujemy się zdecydowanie na szczycie ogólnokrajowej listy sporządzonej w oparciu o wskaźnik ofiar przedawkowań w przeliczeniu na mieszkańca”.

Liczba wpadających w uzależnienie dzieciaków zaniepokoiła Berardinellego i przyczyniła się do zmiany składu działających w regionie grup AN. Prowadzona w obrębie organizacji dyskusja dotyczyła teraz tego, jak dotrzeć do tej młodzieży. Był to zresztą trend występujący w grupach realizujących program dwunastu kroków na terytorium całych Stanów Zjednoczonych – od Portsmouth po Portland. Niewielkie grupy AN, dotąd złożone z siwowłosych weteranów nałogu mających po pięćdziesiąt czy sześćdziesiąt lat, zostały nagle zasilone dwudziestokilkulatkami – i to w takiej masie, że trzeba było zorganizować dla nowych opiatowcow specjalne spotkania.

Zapytałem go, czy kiedykolwiek się zastanawiał, co stało się z bossem nazywanym Enrique i kierowcami, którzy dawali mu cały ten towar. Odpowiedział, że nie za bardzo. To było tak dawno temu. Nie czuł jednak żadnej urazy. To byli mili goście, schludni, żadni tam mordercy, tylko chłopaki z klasy robotniczej próbujący zarobić na życie i pewnie mieszkający gdzieś w Meksyku. Ujęło go, że byli jedynymi dilerami, którzy w ciągu jego czterdziestoletniej kariery heroinowej nie brali sprzedawanego przez siebie towaru. Nadal był zaskoczony tym, jak świetnie byli zorganizowani. Pamiętał też, że p operacji „Smolne jezioro” na ulicach Santa Fe nie było hery tylko przez jeden dzień. Tak byli zorganizowani.

Miał też żywe wspomnienia chwili, gdy rankiem, czternaście lat wcześniej, agent DEA Jim Kuykendall ze swoim zespołem wparował, żeby go zwinąć. Nakaz wystawiony był na niego i jeszcze kilkunastu ludzi o brzmiących z meksykańska nazwiskach. Dysponowali wyciągami połączeń telefonicznych i podpisanymi przez niego dokumentami na samochody. Berardinelli był wychudły, wycieńczony, zapuszczony, pokryty parchami. Nie miał siły więcej kłamać.

Kuykendall zaprowadził go skutego kajdankami do radiowozu.

– To pierwszy dzień reszty twojego życia – odezwał się do niego agent, gdy wsadzał go do samochodu.

Trochę to potrwało, ale ostatecznie dotarło do Berardinellego,

że to prawda. Był teraz dziadkiem i odczuwał ulgę, że udało mu

się przetrwać dziesięciolecia zniewolenia. Na jego życzenie przesłałem

od niego wiadomość dla Kuykendalla.

– Jim Kuykendall ocalił mi życie – oznajmił Berardinelli. – Po tylu latach chciałbym mu po prostu powiedzieć: „Hej, człowieku, dziękuję”.

W Portland zaś po śmierci swego brata Toviya Elina Sinyayeva zapewniała swoich rodziców, że nie bierze. W rzeczywistości brała więcej niż kiedykolwiek przedtem. Rzadko bywała w domu, próbując uciec od wspomnień o Toviyu i myśli o własnej odpowiedzialności za to, że przedawkował.

Któregoś wieczora ojciec, wyczuwając, że coś jest nie w porządku, wszedł do jej pokoju. Nigdy nie mieli ze sobą dobrego kontaktu. Zdjął jej torebkę z krzesła, na którym chciał usiąść, i usłyszał brzęk metalu. W środku znalazł dwie łyżeczki do heroiny.

Spodziewała się wybuchu gniewu. Zamiast tego jego oczy zaszły łzami. Po raz pierwszy w życiu zaczął ją prosić.

– Elina, potrzebujesz pomocy – odezwał się do niej.

Elina też się rozpłakała. Tego wieczora, czując głód heroiny, napisała do znajomego SMS-a z prośbą o pożyczenie pieniędzy. Ten odpisał jej: „Nie, ale znam pewien Kościół. Jest inny”.

Rosyjski zielonoświątkowiec i ćpun John Tkach otworzył klinikę odwykową w Boring na przedmieściach Portland. Widział, jak pochodzące z Rosji wspólnoty pentekostalne próbowały ukryć przed światem obecność wśród swoich wiernych setek uzależnionych młodych ludzi. Ilekroć rodzice mający uzależnione dzieci zwracali się do pastora z prośbą o pomoc, byli zawstydzani i karceni za prowadzenie domu pełnego grzechu. Tkach sprzedał swoją firmę przewozową, zaciągnął na swój dom kolejny kredyt hipoteczny i zorganizował ośrodek odwykowy. Zaczął przy nim działać Kościół – pierwszy, który uczynił szalejące wśród rosyjskich zielonoświątkowców uzależnienie od opiatów przedmiotem opieki duszpasterskiej. Bóg Nas Obdarzy, bo tak go nazwano, odwoływał się do Jezusowego nauczania miłości, przebaczenia i przemiany. Tradycyjnie usposobieni rosyjscy pastorzy obwołali go bluźnierczym i grzesznym. Rosyjska młodzież zielonoświątkowa przezwała go Kościołem Odwyku. Wkrótce jednak Kościół ten zaszczepił swój model duszpasterski i resocjalizacyjny w Sacramento, Seattle i innych miejscowościach. 

W tym właśnie Kościele Elina spotkała Vitaliya Mulyara. Od tych zwariowanych czasów, w których był jednym z pierwszych Rosjan sprzedających w Portland OxyContin, zdążył się zmienić. W 2010 roku stanął przed wyborem: albo dwa lata więzienia, albo poddanie się kolejnemu okresowi próbnemu, w którym miał całkowicie rzucić narkotyki. Przerażony, zwrócił się do wspólnoty Bóg Nas Obdarzy i po raz pierwszy poczuł w Kościele ciepło. Skończył z heroiną, został kaznodzieją, a następnie za zgodą sędziego

wyjechał na misje na Ukrainę i do Austrii, gdy Kościół, napędzany świeżą energią swych odchodzących od nałogu wiernych, otworzył szkółkę misjonarską.

Rok po rzuceniu narkotyków Vitaliy spotkał w ośrodku Elinę, której opowiedział swoją historię. Początkowo brakowało jej wiary we własne siły i w to, że przemiana może stać się także jej udziałem. Jednak opowieść o tym, jak podniósł się z upadku życia na ulicy, dodała jej otuchy. Wkrótce połączyła ich niewinna miłość, zgodna z tradycją rosyjskich zielonoświątkowców, choć z nowoczesnym amerykańskim sznytem. Setki SMS-ów wymienianych, gdy był na misji, pozwoliły im lepiej się poznać. Po powrocie do domu i nim jeszcze po raz pierwszy się pocałowali, Vitaliy poprosił ją o rękę.

Dwa lata później urodziła im się córeczka. Dali jej na imię Grace.

Sam Quinones "Dreamland. Opiatowa epidemia w USA"

tł. Maciej Kositorny

Seria Amerykańska

Premiera: 22 sierpnia

Polecane wideo

Komentarze

Polecane dla Ciebie