Faceci są z Marsa
fot. Esquire Polska nr 1/2015

Faceci są z Marsa

Astronauta Scott Kelly po 340 dniach w kosmosie powrócił na ziemię. Pisaliśmy o nim w pierwszym numerze Esquire. Przypominamy ten tekst.
02.03.2016

Tekst Chris Jones

W ogromnym budynku nr 9 na terenie Johnson Space Center w Houston stoi w pełni sprawny model toalety Międzynarodowej Stacji Kosmicznej. Żeby uruchomić urządzenie, Scott Kelly wciska trzy guziki. Na panelu sterowania z oznaczeniami w cyrylicy zapalają się kolejne zielone lampki. Kiedy rozlega się znajomy szum, Kelly kiwa głową. Wszystko gra. Tak oto, między porannymi zajęciami z robotyki a popołudniową nauką języka rosyjskiego, astronauta odbywa doszkalający kurs z opróżniania jelit w warunkach orbitalnych. Cztery lata temu przez pół roku dowodził tą stacją i dobrze poznał sekcję odpadów i higieny. Przygotowując się do misji, Kelly uczył się korzystania z toalety z kamerą zamontowaną w muszli klozetowej. Musiał nauczyć się przyjmować właściwą pozycję, patrząc w monitor, niczym operator drona namierzający cel.

Co dalej?

Wydaliny, gaza i chusteczki higieniczne zostają wciągnięte do plastikowego worka, który jest zdejmowany, wiązany i umieszczany w metalowym pojemniku. Gdy się zapełni, zostaje wyrzucony do statku na odpady i przekształcony w spadającą gwiazdę. Na koniec, z myślą
o następnym użytkowniku toalety, instaluje się nowy worek. Jeśli nie zrobi się tego właściwie, może to wywołać napięcia wśród załogi.  

Tyle o wstydliwej potrzebie numer dwa. Ale i z numerem jeden nie jest łatwo. Żeby się wysikać, należy skorzystać z oddzielnego elementu toalety. A konkretnie trzeba zdjąć wąż wiszący po jej lewej stronie, potem plastikową nasadkę z żółtego wąskiego lejka, otworzyć zawór, sprawdzić, czy w środku jest odpowiednie ssanie powietrza i wycelować w środek. Następnie mocz przechodzi przez szereg wirówek i systemów oczyszczających, po czym wraca jako zapas wody. Zanim dotrze do pierwszego separatora – wartego 700 tys. dolarów urządzenia produkcji rosyjskiej, które za pomocą systemu obrotowego odsysa z niego powietrze – zostaje wzbogacony o gęsty jak syrop, niemal czarny płyn zwany preparatem wstępnym. Dokładny jego skład jest tajemnicą, ale wiadomo, że stanowi toksyczną mieszankę tlenku chromu (III) i kwasu siarkowego. Preparat pozwala zneutralizować znajdujące się w moczu niepożądane cząsteczki. To jedno z tysięcy rozwiązań problemów życia codziennego w kosmosie, kolejny pomysł wśród
rosnącej liczby improwizacji i obejść, które pewnego dnia pozwolą nam rozgościć się na dobre ponad chmurami.

W trudnym pozaziemskim środowisku tego typu udogodnienia często są przyczyną jeszcze większych problemów. Któregoś dnia podczas sześciomiesięcznej misji Kelly’ego na przełomie lat 2010 i 2011 lampki przy toalecie zamiast na zielono zaczęły błyskać na czerwono. Kelly zdjął więc panel i odkrył, że na skutek wadliwego połączenia z wężem preparat wstępny wycieka.
W warunkach mikrograwitacji roztwór utworzył połyskującą kulę kwasów o wielkości i barwie pocisku armatniego, która unosiła się w przestrzeni. Kelly nie przebywał jeszcze w kosmosie na tyle długo, żeby pozbyć się wszystkich odruchów człowieka przyzwyczajonego do grawitacji. Chwycił więc brudny T-shirt, żeby zebrać wyciek, ale włókna przepoconej koszulki były już nasączone cząsteczkami wody.

Jeśli wleje się choćby odrobinę kwasu do wody, woda się rozłoży.

Jeżeli zaś wleje się choćby najmniejszą ilość wody do kotła z kwasem, trzeba się liczyć z nieprzyjemnymi konsekwencjami. T-shirt Kelly’ego nie zadziałał jak gąbka, lecz jak krzemień.
Ogień to największy wróg astronauty. I to nie dlatego, że załoga nie może uciec na zewnątrz ani że ogień zużywa tlen. Ogień, jak niemal wszystko inne, w stanie nieważkości zachowuje się
zupełnie inaczej. Ziemska grawitacja sprawia, że płomień świecy zawsze strzela w górę. Ogień to podgrzany do bardzo wysokiej temperatury gaz, lżejszy od otaczającego go powietrza.

Dlatego właśnie dymy wulkaniczne i balony na gorące powietrze się unoszą. Potrafimy zgasić ogień, bo ma przewidywalną budowę osiową. Na orbicie kosmicznej ogień jednak nie jest lżejszy od powietrza. Waży tyle samo co powietrze, a ono – tyle samo co wszystko inne. Płomień świecy nie jest już więc skierowany w górę, bo w kosmosie nie istnieje coś takiego jak góra czy dół, lecz ma postać kuli. Ta kula ognia mogła rozprzestrzenić się po stacji. Na szczęście w załodze Kelly’ego była chemiczka „Cady” Coleman. Znała naturę kwasów – wiedziała, że za mała ilość wody może je zapalić, ale już odpowiednia je unieszkodliwia. Nie było jednak przecież
mowy o zaczerpnięciu wiadra wody z kranu. Coleman namoczyła więc wodą kilka ręczników, wrzuciła je do plastikowej torby, a potem złapała tlącą się kulę gazów, jakby łapała w sieć rybę. Torba – zawierająca dostateczną ilość wody i niedostateczną tlenu – pomogła zażegnać kryzys. Była to nie tyle otwarta bitwa, ile oblężenie.

Teraz w budynku nr 9 Scott Kelly patrzy na toaletę, z której niebawem znowu będzie korzystać. Lampki na panelach wciąż błyskają, a wirniki się obracają. Jest wąż z żółtą końcówką. Są plastikowe worki i metalowy pojemnik, w którym wylądują. Jest paczka chusteczek.

Rok to długo

Mówi astronauta, patrząc na model toalety Międzynarodowej Stacji Kosmicznej.
Misja trwająca rok to pomysł Rosjan. Zagrożenia i korzyści wynikające z długoterminowych lotów zawsze bardziej interesowały rosyjską agencję kosmiczną Roskosmos niż NASA. Do tej pory tylko czterech ludzi spędziło w kosmosie dwanaście miesięcy, a ostatni z nich w 1999 roku.

Obecnie rekord najdłuższego pobytu na orbicie należy do Siergieja Krikałowa, który podczas sześciu misji przebywał w stanie nieważkości łącznie 803 dni, 9 godzin i 39 minut. O, ironio, był akurat na stacji Mir w 1991 r., gdy upadł Związek Radziecki. Stacja nie miała zbyt wielu okien, ale gdy Krikałow patrzył przez któreś z nich, nie mógł widzieć, że na dole świat zupełnie się odmienił.
Międzynarodowa Stacja Kosmiczna powstawała w skomplikowanej rzeczywistości. W obawie, że bezrobotni rosyjscy naukowcy specjalizujący się w technice rakietowej zaczną szukać stabilnych stanowisk pracy w takich państwach jak Korea Północna i Iran, Amerykanie zaproponowali największy i najtrudniejszy jak dotąd projekt naukowy oparty na wiedzy Rosjan i potędze Stanów Zjednoczonych.

Dziś stacja składa się z dwóch wyraźnych części, zasilanych dodatkowo przez
Japonię, państwa europejskie i Kanadę. Między USA i Rosją istnieje poparta traktatem umowa, że programy kosmiczne nie podlegają polityce. Niezależnie od tego, co będzie się działo na Ziemi, jakie samoloty pasażerskie zostaną jeszcze zestrzelone nad Ukrainą, w kosmosie nie będzie stron. Sprzyja temu fakt, że Rosjanie mają środki umożliwiające człowiekowi jedynie pobyt na orbicie – statek kosmiczny Sojuz – Amerykanie zaś kontrolują większość zasilania stacji i żyroskopy utrzymujące ją na odpowiedniej wysokości. – Mamy tam w górze coś, co trzyma nas
razem – mówi Michael Suffredini, szef programu Międzynarodowej Stacji Kosmicznej z ramienia NASA. – W tej chwili to sześć osób na pokładzie.

fot. Esquire Polska nr 1/2015

Jednak, podobnie jak państwa i umowy między nimi, stacja ma ograniczoną długość życia – przestanie opierać się grawitacji w 2024 r., może nieco później. Chociaż zawsze służyła jako nieważkie laboratorium – w 2000 r. przeprowadzono w niej ponad tysiąc doświadczeń oraz badań medycznych – Rosjanie zastanawiali się, czy jej rezydenci mogą stać się do 2024 r. częścią większego eksperymentu. Sześciomiesięczne ekspedycje były już standardem, ale podróż na Marsa zakładałaby, że załoga spędzi w kosmosie aż trzy lata. Zaproponowali więc, żeby w ciągu tych mniej więcej ostatnich dziesięciu lat żywota stacji wystrzelić w przestrzeń aż dwunastu ludzi – parami – i przetestować fizyczne oraz psychiczne granice wytrzymałości człowieka w stanie nieważkości. Amerykanie, podnieceni oszołamiającym sukcesem Curiosity, zautomatyzowanego i autonomicznego laboratorium naukowo-badawczego wysłanego na Marsa, wyrazili zgodę. Udowodnili, że można dotrzeć na tę planetę za pomocą urządzeń, którymi dysponujemy; dwanaścioro ludzi na wygnaniu pomoże stwierdzić, czy człowiek zdoła stanąć na niej o własnych nogach. 

Tego rodzaju przedsięwzięcie wymaga optymizmu

Trzeba bowiem dużego zaufania, żeby dać się przypiąć w Kazachstanie do fotela w rakiecie, oraz wiary, że wyląduje się bezpiecznie na orbicie. Trzeba też przekonania, że któregoś dnia to doświadczenie przyda się ludzkości. Bo choć astronauci to przeważnie ludzie pełni nadziei, są bardziej pozbawieni złudzeń niż inni na Ziemi. Stracili to, co Chris Hadfield, były astronauta i dowódca stacji, nazywa północnoamerykańską subkulturą pozorów – poczucie, że jesteśmy w stanie spełnić wszystkie marzenia.
– Pracuję w biznesie, którego celem jest wyniesienie ludzi poza orbitę Ziemi – mówi Suffredini. – Wierzę, że dzięki temu nasz gatunek przetrwa. Jeśli coś się stanie z tą planetą, będziemy mogli zamieszkać na innych. Musimy dowieść, że jest to możliwe. Międzynarodowa Stacja Kosmiczna ma się stać odpowiednikiem międzyplanetarnej arki Noego. Na razie w rolę zbawców ludzkości wcielą się Rosjanin – 54-letni Michaił Kornienko i Amerykanin Scott Kelly.  

Jako przedstawiciel gatunku ludzkiego Kelly nie robi szczególnie imponującego wrażenia.

Nawet jak na pilotamyśliwców i pilota oblatywacza – był jednym i drugim – Kelly jest niski. (Z powodu ograniczeń dotyczących wzrostu na Sojuzie, a także dlatego że inżynierowie aeronautyki mają obsesję na punkcie masy i wielkości, NASA nie bierze pod uwagę kandydatów na astronautów, którzy mają więcej niż 188 cm.) Mierzący 168 centymetrów oraz ważący 83 kilogramy – po roku w kosmosie to odpowiednio 178 cm i 77 kg – Kelly jest zwinny i szybki. Pięćdziesięciolatek resztki włosów goli brzytwą. Nosi okulary (astronauci nie muszą widzieć doskonale, choć z oczywistych względów nie mogą mieć poważnej wady wzroku). Na oficjalne okazje wkłada mundur marynarki – jest emerytowanym kapitanem i ma na koncie ponad 250 lądowań na lotniskowcach – ale na co dzień nosi dżinsy i koszulki polo rozdawane pracownikom przez NASA. Kiedy przyjeżdża do takich miejsc jak Chelsea’s, chętnie odwiedzanej przez astronautów knajpki przy drodze z Johnson Space Center, i siada przy stoliku z „Cady” Coleman oraz Mikiem Fossumem, kolegami z poprzednich misji, wyglądają jak grupka
nauczycieli. Gdy się na nich patrzy, trudno się domyślić, przez co w życiu przeszli.

Kelly wygląda niepozornie, dopóki nie siądzie za sterami odrzutowca T-38, białej maszyny z niebieskim pasem i logo NASA na ogonie. Astronauci muszą co miesiąc wylatać pewną liczbę godzin na T-38, żeby zachować najwyższą sprawność w zakresie pilotażu, nawigacji i rozwiązywania problemów. W niektóre dni Kelly leci w dłuższe trasy, pokonując około 600 kilometrów, w inne robi pętle w powietrzu, startując, lądując i znowu startując. Wzbija się w niebo i znika w jego blasku, zapowiadając swój powrót rykiem silników, a następnie cicho i gładko sadza maszynę na ziemi, aby ponownie wzlecieć tam, gdzie jest jego miejsce. Widzieć Kelly’ego podczas lotu to widzieć odmienionego człowieka.

Wybrano go do tej misji z kilku powodów. NASA chciała, żeby podjął jej się ktoś, kto już kiedyś pełnił funkcję dowódcy, i aby był to człowiek, który wcześniej odbył sześciomiesięczną misję bez ewidentnych fizycznych i psychicznych urazów. Postanowiła także wysłać w kosmos starszego astronautę, żeby promieniowanie kosmiczne, na które będzie narażony, nie zdążyło przedwcześnie – zanimby umarł na coś innego – spowodować u niego raka. Amerykańscy astronauci podlegają surowym normom, jeśli chodzi o kontakt z niebezpiecznymi czynnikami – to tak zwana czerwona linia. Nikt nie chce jej przekroczyć nie z powodu ryzyka choroby nowotworowej, ale dlatego, że oznaczałoby to uziemienie. Te normy zostały wyznaczone na podstawie danych dotyczących osób, które przeżyły wybuchy bomb atomowych w Hiroszimie i Nagasaki.

Scott Kelly ma brata bliźniaka – Marka, emerytowanego astronautę, a w jego osobie niemal idealnie wierną kopię genetyczną. Po zakończeniu misji będzie miał na koncie dziesięciokrotnie dłuższy czas spędzony w kosmosie niż Mark, który zgodził się wziąć udział w serii szczegółowych badań porównawczych, obejmujących wszystko, począwszy od bakterii w przewodzie pokarmowym, a skończywszy na długości telomerów, sekwencji w ludzkich chromosomach, według naukowców skracających się na skutek stresu. Jednak Scott został wytypowany przede wszystkim dlatego, że bardziej niż ktokolwiek na Ziemi nadaje się do podróży kosmicznych. I to się od razu czuje.

Psychologowie i psychiatrzy NASA szukają u kandydatów do misji długoterminowych dwóch pozornie sprzecznych cech: zdolności do adaptacji i odporności.

Ta pierwsza cecha oznacza wysoką tolerancję na ciągły stres związany z pobytem poza domem, ograniczeniem przestrzeni, prawie nieustającym szumem czy załatwianiem się do plastikowych worków. Druga wskazuje zaś, że astronauta potrafi wytrzymać wysoki poziom stresu wynikający z niepomyślnego przebiegu wydarzeń. – Scott bardzo dobrze spełnia te warunki – mówi Al Holland, psycholog NASA, który przebadał go szczegółowo. Według niego Kelly ma rzadki dar – umie zarówno zacisnąć zęby, jak i ustąpić, kiedy trzeba.

Pewnym miernikiem zdolności adaptacyjnych w kosmosie są stopy. Wielu początkujących astronautów w pierwszych dniach i tygodniach przebywania w stanie nieważkości stara się utrzymywać pozycję pionową, z głową w górze, nogami w dole. Poruszają się niezgrabnie, wyglądają jak narciarze usiłujący wejsć na szczyt. I to mimo wysyłanych przez stopy wyraźnych sygnałów, że zasady się zmieniły.

Po miesiącu na orbicie astronautom zaczyna schodzić z podeszew skóra, tyle bowiem trzeba, aby ich organizm uznał, że zgrubienia stanowią dla nich biologiczny balast. Kelly pamięta, że kiedy po powrocie z sześciomiesięcznej misji poszedł na masaż, pracownica salonu powiedziała, że nigdy nie dotykała miększych stóp. Odciski, które wcześniej robiły mu się na podeszwach, pojawiły się na dłoniach. Być może migracja odcisków to dopiero początek procesu adaptacji.
Nie każda część ludzkiego ciała tak łatwo dostosowuje się do nowych warunków. NASA prowadzi matrycę ryzyka – to lista 32 obszarów, które budzą nieustającą troskę naukowców.

(Roskosmos ma w Moskwie oddzielny wydział, Instytut Problemów Biomedycznych, nazywany w skrócie Instytutem Problemów, ponieważ niemal każde zagadnienie stwarzające trudności w kosmosie ma charakter biomedyczny.)

Niektóre problemy, jak spadek gęstości kości – analizy wykazały, że podczas dłuższych misji astronauci tracą aż dwa procent tkanki kostnej miesięcznie – zostały rozwiązane poprzez nowe programy ćwiczeń fizycznych i terapie. Z innymi – jak przewlekła niedrożność zatok, efekt uboczny tych samych zmian w poziomie płynów, które prowadzą do ubytku rezerw krwi w organizmie – trudniej sobie poradzić, ale na szczęście wydają się mniej uciążliwe. Kilka naprawdę poważnych wciąż stanowi wielką przeszkodę w przypadku dłuższych ekspedycji. Jeden z nich jeszcze dwa lata temu w ogóle nie był brany pod uwagę, a może skutecznie uniemożliwić wyprawę na Marsa.

Nazwano go syndromem okulistycznym lub VIIP – Vision Impairment and Intracranial Pressure, upośledzenie wzroku i wysokie ciśnienie wewnątrzczaszkowe. Przez ostatnie lata uchodził uwadze, bo większość astronautów jest w średnim wieku. Jednak gdy wzrosła liczba misji sześciomiesięcznych na stacji, coraz więcej jej rezydentów zaczęło zauważać niepokojące zmiany w zakresie widzenia. W jednym przypadku były one tak poważne, że NASA brała pod uwagę sprowadzenie cierpiącego na nie astronauty na Ziemię.

Ani Amerykanie, ani Rosjanie nie znają przyczyny syndromu okulistycznego. Aktualna hipoteza głosi, że podwyższone ciśnienie w mózgu – znowu za sprawą zmiany poziomu płynów – skutkuje u niektórych ludzi uszkodzeniem siatkówki albo nerwu wzrokowego. Misje jednoroczne pomogą NASA prześledzić te i inne procesy w dłuższym czasie. Być może modyfikacje zachodzące w organizmie na skutek przebywania w stanie nieważkości się ustabilizują albo poprawią, ale trzeba się liczyć z tym, że ulegną nasileniu. Istnieje niebezpieczeństwo, że gdy pierwsi ludzie dotrą na Marsa, będą niewidomi.

fot. Esquire Polska nr 1/2015

Dowiedziono, że syndrom okulistyczny dotyczy jedynie mężczyzn, choć lekarze uważają, że wymaga to dalszych badań. Jeśli występuje tylko w jednym oku, bo czasami tak się zdarza, zawsze jest to oko prawe. Nie można jednak założyć, że w związku z tym będziemy wysyłać na Marsa tylko astronautki. Kobiety są bowiem bardziej wrażliwe na promieniowanie kosmiczne (mieszkanki Hiroszimy i Nagasaki okazały się znacznie podatniejsze na raka niż mężczyźni). Dopóki nie uda się wymyślić lepszego rozwiązania niż załogi złożone z niewidomych mężczyzn i napromieniowanych kobiet, dopóty nie uda się pokonać barier ochronnych Marsa. Dotarcie na tę planetę to dopiero połowa zadania. Druga to życie i praca w tamtejszych warunkach, przy jednej trzeciej przyciągania ziemskiego – w stanie osłabienia, z zawrotami głowy i bólem ciała, kiedy ciśnienie krwi, torebki stawowe i stopy znowu przechodzą adaptację. Kosmos zmusza nas, byśmy najpierw pokonali samych siebie.

Raz na tydzień podczas pobytu w kosmosie astronauci odbywający misje długoterminowe mają poufne sesje terapeutyczne z psychologami z bazy.

Rozmowom tym nie może się przysłuchiwać nawet lekarz. Razem analizują szereg problemów związanych ze zdrowiem psychicznym: przepracowanie, przystosowanie do życia, relacje rodzinne i osobiste, nastroje i kwestie poznawcze. Jeśli jest to wideokonferencja, psycholog sporządza notatkę na temat wyglądu i zachowań astronauty. Razem z psychiatrą szuka potem wahnięć, które mogą zapowiadać załamanie. W przypadku Kelly’ego jednym z wyznaczników jego formy psychicznej będzie poczucie humoru. Na Ziemi jest śmiertelnie poważny i surowy, a istnieje robocza hipoteza, że kosmos wyzwala w ludziach ich prawdziwe ja. Jeśli tu, na dole, jesteś człowiekiem wierzącym, tam, na górze, staniesz się dewotą. Psychologów niepokoi jednak proces odwrotny – osłabienie pewnych cech i tendencji.

Po sześciu miesiącach w kosmosie nawet Kelly, urodzony pilot i astronauta, był gotowy do powrotu. Zawczasu spakował bagaże. Na Ziemi jest śpiochem, a w kosmosie sypia mniej i to zaczęło się odbijać na jego zdrowiu. Każdy rezydent stacji ma własną kwaterę, dźwiękoszczelny boks rozmiarów budki telefonicznej; wszyscy tu doceniają znaczenie drzwi, które można za sobą zamknąć. Większość astronautów przypina śpiwory do ściany i wisi w nich jak nietoperze, Kelly jednak często budził się w dziwnych pozycjach, które zaburzały jego system sensoryczny.
Doskwierało mu, że nie może położyć głowy na poduszce, i nie potrafił się pozbyć chęci obrócenia się na drugi bok, nawet mimo braku punktów uciskowych, bo boki i plecy stają się na orbicie tak samo nierozróżnialne jak góra i dół.

Czasami podczas snu rozkopywał się, wylatywał ze śpiwora i lewitował z wyciągniętymi rękami niczym zombie. Nie pamięta zbyt wielu snów z pobytu w kosmosie. Te, które sobie przypomina, zawsze dotyczyły ziemskiego życia.

Jednoroczna misja będzie dla niego ćwiczeniem z nieobecności i łagodzenia jej skutków. Przed każdą wyprawą astronauci przechodzą serię symulacji możliwych zdarzeń. Doświadczają tego, co może się dziać, jeśli im samym albo ich bliskim stanie się coś złego, i wyznaczają osoby, które miałyby skontaktować się z nimi w razie nieszczęścia na Ziemi albo w środku nocy zapukać do drzwi rodziny. Do tej pory żaden astronauta, przebywając w kosmosie, nie stracił dzieci, co jest uważane za najgorszą ewentualność, z jaką musiałby się zmierzyć, ale jeden z nich dowiedział się, że jego matka zginęła w wypadku. Symulacje nie przewidują jednak wcześniejszego powrotu astronauty. – Przed wylotem musisz to zrozumieć. Nie możesz wrócić przed końcem
misji – wyjaśnia Kelly.

Astronauta Buzz Aldrin opisał kiedyś męstwo jako stopniowe wyrabianie w sobie samodyscypliny. Gotowość do wyruszenia w kosmos też przychodzi stopniowo. Kelly próbował stłumić wątpliwości, wyobrażając sobie niezliczone detale związane z opuszczeniem Ziemi. Zlecił automatyczną spłatę rachunków. Z góry odnowił kartę kredytową bo ta. której używał, straci ważność niedługo po wystrzeleniu go na orbitę. Uaktualnił też swój testament. Nie osiągnął jeszcze stadium zadowolenia z tego, co się ma, przez które przechodzi większość astronautów, kiedy delektują się ostatnim stekiem czy zimnym piwem, ale zaczął się przygotowywać do pożegnania. – Sześć miesięcy to wielkie zobowiązanie dla każdego astronauty, a rok to dopiero wyzwanie – mówi jego brat Mark.  

Kelly jest rozwiedziony, ma dwie córki: dwunastoletnią Samanthę, która ostatnio znów zamieszkała z nim w Houston, i jedenastoletnią Charlotte, która mieszka z matką w Wirginii. Kelly od lat jest związany z Amiko Kauderer, która pracuje w biurze NASA w dziale public relations. Ma też ojca, który przeprowadził się z New Jersey, aby być bliżej synów bliźniaków w Houston; ma Marka i jego rodzinę oraz mnóstwo znajomych. Podczas pobytu na orbicie pozostanie z nimi w kontakcie – jest przecież Internet, telefon, są regularne wideo-konferencje na iPadach – ale sześciomiesięczna misja nauczyła go, że to nie zawsze wystarcza. Amiko wychodziła na dwór i nagrywała odgłosy cykad albo szum deszczu, żeby mu je przesłać, lecz on wie, że to zawsze będzie substytut. Chociaż uwielbia stan nieważkości, w kosmosie cierpi.

„To już zaczyna mi się dawać we znaki”, napisał do Amiko pewnej bezsennej nocy.

Miał za sobą trzy czwarte ekspedycji, a – jak twierdzą zatrudnieni w NASA psychologowie – to właśnie najtrudniejszy okres dla załogi: jest już na tyle blisko końca, żeby go widzieć, ale jeszcze nie dość
blisko, żeby go poczuć.

W tym czasie Kelly zaczął częściej i dłużej oglądać telewizję, chociaż na Ziemi robi to rzadko. Retransmisje meczów drużyny futbolowej Houston Texans stały się dla niego punktem
odniesienia w tygodniu. Programy Jona Stewarta i Stephena Colberta zachowywał na czas codziennych ćwiczeń. „Idol” wręcz stał się jego obsesją. – To dlatego, że jego córka Samantha
śpiewa – wyjaśnia Amiko.

W ciągu kilku ostatnich miesięcy córka stała się jedną z najważniejszych dla niego osób. Przez całe lata dzieliły ich kilometry. Gdy jego eks z córkami przeniosła się do Wirginii, Kelly żył jak singiel. Kiedy wyruszał w sześciomiesięczną misję, był z Amiko zaledwie od roku. Wyprowadził się z mieszkania, które wynajmował, i oddał swoje rzeczy na przechowanie. To był błąd. Kelly stracił poczucie przynależności. Na stacji znajduje się przeszklona wieżyczka skierowana
ku Ziemi. Badania wykazały, że astronautów ciągnie tam głównie wtedy, gdy przelatują nad swoim domem. Kelly go nie miał. Później więc przeprowadził się do willi z ogrodem i basenem, a gdy ze swoimi zwierzętami zamieszkała w niej także Samantha, która zaczęła chodzić
do college’u, wreszcie znalazł swoje miejsce.

Kelly wie, że im dłużej nie ma go na Ziemi, tym trudniej mu przywołać wspomnienia. Będzie brakowało mu tego roku z życia Sam i Charlotte. Nie będzie mógł córkom towarzyszyć w ich problemach. Data w kalendarzu , która niegdyś oznaczała koniec misji, tym razem będzie informować, że jest dopiero na półmetku. Ostatnio zainstalował w domu kamery bezpieczeństwa, dzięki którym może monitorować online sytuację. Większość kamer jest skierowana na zewnątrz. Ale jedna umożliwia podglądanie kuchni oraz salonu. Kiedy więc Kelly znowu znajdzie się na orbicie, będzie mógł wejść do śpiwora razem z laptopem i, rozmawiając z córką, poczuć namiastkę bycia w domu.

Zbliżał się setny dzień sześciomiesięcznej misji. Kelly jest pewny, że była to sobota, bo w weekendy zmienia się rytm funkcjonowania stacji. Przy szesnastu zachodach i wschodach słońca każdego dnia i bez pór roku, które pomagałyby odmierzać upływ czasu, z psychologicznego punktu widzenia tydzień pracy w kosmosie powinien odpowiadać tygodniowi pracy na Ziemi.

Dzień powszedni jest zaplanowany co do minuty: piętnaście minut na pobranie próbki krwi, pięć minut na zajęcie się eksperymentalną uprawą czerwonej sałaty.

Niedziela to teoretycznie dzień na odpoczynek. Sobota natomiast jest czymś między jednym a drugim. Pracuje się, ale to sobotnie zajęcia: zaopatrzenie kuchni, odkurzanie filtrów (żeby usunąć z nich złuszczony naskórek). Kelly pamięta, że tamtej soboty znowu naprawiał toaletę. Pamięta też, że w telewizji leciały wiadomości CNN. Właśnie rozmawiał z Amiko przez telefon. Zastał ją w domu, brała kąpiel. Jego brat Mark spędzał dzień z córkami. Żona Marka, kongresmenka Gabby Giffords, miała spotkanie z wyborcami w Tucson. Podczas wiecu na parkingu przed supermarketem podszedł do niej dwudziestodwuletni mężczyzna.

Nagle ekran telewizora zrobił się czarny. Wtedy zadzwonił telefon z Houston. Mark słyszał, że za pięć minut zostanie połączony z szefową biura astronautów Peggy Whitson. Astronauci dobrze wiedzą, że czas może dłużyć się w nieskończoność. Ale to była najdłuższa chwila w życiu Kelly’ego. Podczas symulacji poprosił Whitson, żeby to ona jako pierwsza przekazała mu złe wiadomości. Nic dziwnego, że zaczął sobie wyobrażać najgorsze scenariusze. Może Sam miała wypadek. Może coś stało się Charlotte. Na łączach rozległ się głos Whitson: „Twoja bratowa Gabby została postrzelona”.

Tak jak na Ziemi trudno wyobrazić sobie stan nieważkości, tak w kosmosie życie tam na dole wydaje się nierzeczywiste. Trudno uwierzyć, że tworzą się korki uliczne, odbywają się mecze bejsbolowe, przekraczane są granice. A już prawie nie sposób sobie wyobrazić, że ktoś
w sobotni ranek na parkingu przed supermarketem w Tucson strzelił w głowę twojej bratowej. Zabił sześć osób, ranił trzynaście. Kelly powiadomił kolegów z zespołu, o tym, co się stało. Zapewnił ich, że dojdzie do siebie, ale przez jakiś czas chce pobyć sam w swojej kwaterze. Zadzwonił do brata. Mark właśnie pakował się w Houston, żeby polecieć do Tucson. W ciągu następnych godzin i dni Scott odbył dziesiątki rozmów telefonicznych – z bratem, Amiko, córkami.

Martwił się, że dzwoni za często, że starając się nadrobić swoją nieobecność, być może zbytnio się im narzuca. – Ale nie, naprawdę nam wtedy pomagał – mówi Mark. Prezydent Obama ogłosił, że w poniedziałek naród uczci pamięć zamordowanych chwilą ciszy. Zapowiedział ją z kosmosu Kelly: „Houston, tu stacja, kosmos do bazy jeden”. „Tak, stacja, tu Houston. Mów”. Kelly podczas przemówienia nawiązał do swojego punktu obserwacyjnego, do tego, jak spokojnie Ziemia wygląda z kosmosu i jak bardzo to, co widzi, różni się od tego, co wie. Gdy mówił, jego głos w eterze stawał się coraz ostrzejszy, brzmiał jak głos dowódcy, który ma wydać rozkaz.
„Jesteśmy z natury lepsi – powiedział. – Musimy być lepsi”.

Jedynym miejscem, z którego astronauci opuszczają naszą planetę, jest jak dawniej Strefa nr 1 na terenie kosmodromu Bajkonur, wykrojonego na środku pustyni w Kazachstanie. Płytę wyrzutni rakietowej wylano jeszcze w 1955 roku w tak wielkiej tajemnicy, że większość pracujących tam ludzi nie miała pojęcia, co buduje. Dwa lata później wystrzelono stamtąd Sputnika, a cztery lata po tym wydarzeniu na orbitę poszybował Jurij Gagarin. Od upadku Związku Radzieckiego w 1991 r. Rosja dzierżawi ten teren od Kazachstanu; to ostatnia kolonia dawnego imperium. Pas startowy to szeroka popękana betonowa płyta z szynami kolejowymi, które kończą się przy wielkim otworze otoczonym przez stalowe wieże wyrzutni.

Pod pasem wykopano wielki krater. Na jego dnie we wrześniu, sześć miesięcy przed planowanym opuszczeniem Ziemi na rok, znalazł się Scott Kelly. Oficjalnie przyjechał do Kazachstanu jako zastępca Barry’ego „Butcha” Wilmore’a, który miał zostać wystrzelony na stację kosmiczną razem z dwoma Rosjanami w ramach Ekspedycji 41. Gdyby Wilmore poślizgnął się pod prysznicem albo niespodziewanie zaczęły mu puszczać nerwy, Kelly poleciałby w Sojuzie TMA-14 M zamiast niego, z kolei miejsce Kelly’ego w historycznej misji w marcu 2015 roku zająłby inny amerykański astronauta. Mniej oficjalnie zjawił się tam, by odbyć próbę kostiumową własnego wystrzelenia w kosmos – był to kolejny krok w stopniowym wyrabianiu w sobie samodyscypliny. Miał przejść te same procedury co w przyszłości.

Rosjanie przywiązują dużą wagę do tradycji i przestrzegają zwyczajów. Do rytuału poprzedzającego wystrzelenie w kosmos należy to, że członkowie rezerwowej załogi schodzą do krateru i oglądają od dołu Sojuza FG w imieniu kolegów, którzy tymczasem przechodzą kwarantannę mającą ustrzec ich przed zachorowaniem. Kelly z uznaniem spojrzał na rakiety nośne, których Rosjanie używają od 1967 roku. Sojuz jest imponująco wielki. Zrobiło mu się żal, gdy pomyślał, że fragment tej wspaniałej maszyny spłonie i odpadnie. Zostanie tylko najważniejsza jej część, która po pięciu godzinach i szesnastu minutach dotrze do stacji i podłączy się do niej, orbitując z prędkością 28 tys. km/h.

Szybko? Owszem, ale najmniejsza możliwa odległość z Ziemi do Marsa to 401 mln km. Michael Suffredini uważa, że pierwszy człowiek może stanąć na tej planecie do 2035 r. Czy dotrzemy tam jeszcze za życia Kelly’ego, zależy nie tylko od naszych możliwości, ale też od determinacji.
Pustynia kazachska już wygląda, jakby leżała na innej planecie – o tym, że to jeszcze Ziemia, przypominają hordy dzikich psów i stada wielbłądów. Niedaleko pasa startowego, wśród nielicznych drzew znajdują się dwa drewniane domki, otwarte dla turystów. W jednym z nich przed swoim pamiętnym startem odpoczywał Gagarin. W kącie izby stoi starannie zaścielone łóżko, a obok niego stół, krzesła i gramofon. W drugim domku pracował Siergiej Korolow, wybitny rosyjski inżynier rakietowy i projektant. To właśnie tutaj wymyślił Wostoka i Sojuza. Na ścianie fabryki Energia, gdzie montuje się kapsułę Sojuza, znajduje się wielki mural z podobizną inżyniera, z napisem: „Droga do gwiazd jest przejrzysta”.

Po latach rakieta Korolowa sunie po torach. Maszynista na biegu wstecznym podstawia ją pod otwór w betonie, a dźwigi i urządzenia hydrauliczne ustawiają ją w pionie. Gdy już stanie, wydaje się jeszcze większa. Lokomotywa odjeżdża, a rakieta wisi nad otworem, przytrzymywana jedynie przez cztery delikatne wsporniki.

Jakiś czas potem do rakiety podchodzą dwaj brodaci popi, ich czarne sutanny powiewają na wietrze jak flagi. W jej cieniu barytonami intonują pieśni, po czym ją święcą. Gigantyczna rakieta, podwójnie błogosławiona, jest gotowa do wystrzelenia w kosmos.Kelly nigdy nie wymiotował w kosmosie, ale po ostatnim powrocie na Ziemię cierpiał na chorobę kosmiczną. Bolały go mięśnie karku i głowy. Dawał mu się we znaki podlegający sile grawitacji kręgosłup.
Nie rozbijał kubków z kawą, co zdarza się wielu jego kolegom, którzy puszczali je, spodziewając się, że będą się unosiły, jednak którejś nocy próbował kopnięciem dostać się do łazienki i nie mógł się nadziwić, dlaczego nie wylatuje z łóżka.

Na każdy dzień spędzony w kosmosie astronauci potrzebują jednego dnia na Ziemi, aby powrócić do jakiejś wersji dawnego siebie. Gdyby tak to liczyć, Kelly spędzi poza domem dwa lata. Gdy zapytałem, czy czuje, że pobyt na orbicie go zmienił, odpowiedział, że nie, jednak nie wszyscy się z tym zgadzają. Samantha Kelly widzi zmiany w ojcu. W ciągu sześciu miesięcy przed jego poprzednim lotem w kosmos nie było im ze sobą łatwo. Teraz mieszkają pod jednym dachem.
– Zauważyłam, że wszystko bardziej docenia – opowiada Samantha. – Kiedy robię mu kanapkę z masłem orzechowym i dżemem, patrzy na mnie, jakbym ugotowała posiłek złożony z czterech dań”. Amiko Kauderer mówi o sześciu miesiącach nieobecności swojego partnera jak o próbie, która ukształtowała i wzmocniła ich więź.

– Wcześniej wiele nas łączyło, ale tak naprawdę między nami zaskoczyło, kiedy Scott znalazł się w kosmosie. Początkowo nie dzwonili do siebie codziennie, ale z czasem rozmawiali coraz częściej, zwłaszcza gdy Kelly’emu zaczęły dokuczać dłuższe okresy milczenia. – Przeszliśmy przez to razem – opowiada Amiko. Wcześniej w ich związku bywało różnie, jeśli chodzi o wzajemną zależność. Kosmos sprawił, że teraz trudniej powiedzieć, kto kogo potrzebował bardziej i kto komu przyszedł z pomocą.

W Kazachstanie Kelly asystował „Butchowi” Wilmore’owi przy pożegnaniu z Ziemią. Wiedział, co czeka kolegę. Ostatnia noc w hotelu Kosmonaut, gdzie przechodził kwarantannę;  ostatni posiłek przy użyciu noża i widelca, składający się z wędlin i owoców; pożegnanie z bliskimi przez szybę. Zawsze przy takich okazjach odbywa się też konferencja prasowa, podczas której trzej członkowie pierwotnej załogi i ich trzej zastępcy siedzą w rzędzie,przemawiają i odpowiadają na pytania dziennikarzy oddzielonych szybą. Dwie noce później w mroku wczesnego poranka Wilmore i jego rosyjscy koledzy ostatni raz pomachali przez okna autobusu. Ich kosmiczne skafandry Sokoł fosforyzowały w błyskach fleszy. Jak zwykle przez głośniki zagrano dla odlatujących starą rosyjską rockową piosenkę zespołu Ziemljanie o locie w kosmos i tęsknocie za trawą.

Astronauci weszli do rakiety. Ich rodziny skierowały się na pustynię około półtora kilometra od pasa startowego. Wilmore’owie starali się maskować napięcie uśmiechami. Ale nie bardzo im się to udawało. Pokryta grubą warstwą szronu rakieta zrobiła się biała, a z jej ryczących boków zaczęły wydobywać się obłoki pary. Wypełniona płynnym tlenem i paliwem lotniczym, stała się żywym tworem, który kieruje się własnymi impulsami i pragnieniami. Starty promów nigdy nie wydawały się takie ostateczne, nieuniknione; często bywały przekładane z powodu burzy na jednym z awaryjnych lądowisk w Hiszpanii albo jakiejś drobnej usterki mechanicznej. Prom kosmiczny był zbudowany z uwzględnieniem wielu opcji, jego wystrzelenie nigdy nie było do końca pewne. W przypadku Sojuza nie ma miejsca na alternatywy. Nigdy nie opóźnia się ani nie zmienia terminu jego startu. Jeśli astronauta już zostaje przypięty do fotela, znajdzie się w kosmosie.

I wtedy zapalono ogień, który wypełnił otwór i wystąpił z jego brzegów jak wylewająca rzeka, a cztery wysięgniki obejmujące rakietę jakby się poddały i opadły. Płomień zniknął w gęstniejących oparach i rakieta uniosła się w powietrze. Dźwięk jej silników dłużej docierał
do żonyi córek Wilmore’a niż światło, chwilę później jednak przetoczył się falą nad piaskiem, nie tyle ryk, ile trzask, grzmot w ich piersiach. W ciągu kilku sekund Sojuz wystartował. Wystrzelił w niebo jak raca, rozświetlając pustynię, a kiedy zbliżył się do chmur, rozjaśnił także niebo. Korolow miał rację i znowu się to potwierdziło.

Droga do gwiazd jest jasna. Rakieta szybko zniknęła, słychać było tylko jej ryk, aż w końcu i on ucichł. Znowu zapadła ciemność i nastała kompletna cisza. Wilmore’owie, wyczerpani, wzruszeni i radośni, uściskali się i wsiedli do autobusu. Zanim zajęli miejsca, ich mąż i ojciec znajdował się już w stanie nieważkości.

Dla Kelly’ego zaczęło się końcowe odliczanie: 183 dni do startu. Być może niektórym amerykańskim astronautom rok w kosmosie upłynąłby szybko jak sen. Ale Scott ma przeczucie, że podczas nadchodzącej ekspedycji próbnej będzie wyjątkowo tęsknił za córkami i Amiko. W pierwszej prawdziwej wyprawie na Marsa weźmie udział ktoś równie dobrze wyszkolony jak on, tyle że młodszy. Ktoś, kto dziś jest chłopcem, który co najwyżej może sobie marzyć, że jako pierwszy człowiek w dziejach stanie na Czerwonej Planecie.

Lot na Marsa będzie arcytrudny. Nie chodzi o sprawy techniczne, jak zbudowanie dostatecznie potężnego silnika czy też odpowiedniego modułu do lądowania. Idzie o wyjątkowo solidną psychikę. Nikt z nas nie widział Ziemi z tak daleka. Nikt tak jeszcze nie tęsknił. Nikt jeszcze nie był tak odważny.

Polecane wideo

Komentarze

Polecane dla Ciebie