Pożar w Burdelu: rozmawia Paweł Smoleński
Maciej Łubieński i Michał Walczak

Pożar w Burdelu: rozmawia Paweł Smoleński

Kolejna premiera już 1 października. Tym razem będzie o polskiej inteligencji. Maciej Łubieński i Michał Walczak opowiadają Pawłowi Smoleńskiemu, jak gonią rzeczywistość na scenie.
01.10.2016

Historyk Maciej Łubieński i reżyser Michał Walczak  w 2012 roku założyli kilkunastoosobową trupę teatralno-kabaretową. Obaj są autorami tekstów i scenariuszy, choć założeniem spektakli jest również improwizacja, zwłaszcza jeśli publiczność reaguje na dowcipy, a na widowni znajduje się ktoś o znanym nazwisku. To spektakle dla wymagających, ale też dorosłych; teksty skrzą się od mocnych scen i przekleństw, lecz mimo to występy „Burdelu...” nie przekraczają granicy wulgarności. Np. piosenka śpiewana przez Pałac Kultury: „Otoczyliście mnie wieżowcami, które dla mnie są wciąż kurduplami./ I tak jestem wyższy, i tak dominuję. Jestem z kamienia, szklane chuje”.

„Pożar ...” wywodzi się z tradycji satyrycznych teatrów XX-lecia międzywojennego. Łubieński i Walczak nie uznają świętości, szydzą z władzy i z opozycji, z mieszczańskich przywar i absurdów życia codziennego. Mieszają do spektakli polskie mity narodowe. Burdeltata mówił w 2014 r.: „Zapierdalamy po cienkiej czerwonej linii... Jak widać – skutecznie. Na każdą naszą premierę, a gramy co półtora miesiąca, przychodzi kilka tysięcy osób”. Zaś w wywiadzie dla „Gazety Wyborczej” uzupełnił, że zadaniem teatru jest: „Wielką historię strącić z koturnów, wsadzić na szpilki i rzucić na rurę”.

 

Czy życie was aby nie przeskakuje? W naszej, śmieszno-strasznej rzeczywistości, trudno o sceniczny kabaret. Nikt na świecie przecież nie wykombinuje z głowy
takiego tekstu, jak minister Witold Waszczykowski, który mówił całkiem poważnie, że „katastrofa smoleńska nie wyglądała tak, jak wyglądała”. Zresztą podobne kwiatki można mnożyć. Gdyby prezydent Andrzej Duda nie miał parcia na tweetowanie, nie mielibyście na scenie Leśnego Ruchadła.

Maciej Łubieński: Wiadomo, że dzisiejszą rzeczywistość trzeba gonić. Ale pamiętaj, że startowaliśmy w zupełnie innym kontekście, w 2012 r., za Tuska – w czasach „ciepłej wody w kranach”. 

Wydawało się więc, że wszyscy są zadowoleni, a my, ludzie teatru możemy skupić się na mieszczańskich problemach, trochę tę ciepłą wodę wykpić. A tu nagle w nasze zadowolone mieszczańskie życie wjechała wielka historia. I nagle znaleźliśmy się na barykadzie.

Nas, czyli „Pożar w burdelu”, w ogóle ciekawi, jak te dwa światy – prywatno-mieszczański i polityczny – się łączą. Gdzie i w jaki sposób można je pogodzić, co zrobić, żeby ze sobą współgrały żarty z mieszczańskich przywar i z wielkiej polityki. Z Leśnego Ruchadła i z HGW – te trzy litery zna cała Warszawa.

Michał Walczak: Ale też z tą polską rzeczywistością trochę tańcujemy. Raz ona nas wyprzedza, raz my ją. Możemy sobie bezkarnie fantazjować, snuć wizje różnych bardzo pięknych katastrof, bo takie jest nasze święte prawo. Np. ostatnio HGW zamknęliśmy w więzieniu.

Hasamy więc sobie w czasie i bawimy się nim, bo myślę, że to, co dzisiaj dzieje się z polską pamięcią i z czasem, to jakieś szczególne rozbujanie. Zdawało się nam, że jesteśmy już jakoś osadzeni, a tu figa. Nawet to, co było, a więc nie podlega dyskusji, mogło być, jak nam tłumaczą, inne niż naprawdę. Dlatego „Pożar...” wariuje na scenie, np. teleportuje warszawskiego powstańca w dzień dzisiejszy, żeby poszukał sobie posiłków. Zabiegi buffo stają się świetnym narzędziem i w ten sposób nie zawsze musimy się ścigać z rzeczywistością. Skok na przyszłość z pomocą przeszłości jest fascynujący.

Przyjdzie wreszcie ktoś i powie: „niech się te wasze słowa zamienią w świńskie gówno”. Proroczy absurd staje się realnością.

M.W.: Mam teorię dotyczącą związku między naszym burdelem artystycznym a burdelem w polityce. Zajmujemy się karnawałem, wygłupem, odreagowaniem w przebraniu kogoś innego, podobnie jak politycy, którzy uwodzą nas obietnicą zmiany, wizją odmiany tożsamości albo odkrycia naszego prawdziwego, narodowego „ja”. Tyle że my w burdelu nie robimy tego na serio, pokazujemy, jak tymi maskami, personami można manipulować, rozbudzając oczekiwania i przejmując władzę nad karnawałem. Politycy chcą tę władzę zdobyć, ale nie po to, by budować wspólnotę pozytywnych emocji, ale żeby zepsuć tę zabawę komuś innemu. Syndrom „popsujzabawy” lepiej tłumaczy polską rzeczywistość niż wielkie analizy polityczne. W Burdelu pokazujemy starcie polskich karnawałów, zabaw, tradycji i rytuałów, które odtwarzamy w krzywym zwierciadle naszej burdelowej utopii. Jesteśmy w końcu kurwoartystami, wynajmujemy naszą wyobraźnię różnym ideologiom, które na scenie walczą o uwagę widza.

M.Ł.: TKM. Teraz, kurwa, my, jak powiedział prezes.

M.W.: Ten polski przepływ niemal zmysłowej przyjemności z jednej grupy do drugiej – ktoś jest królem, ktoś spadł w błoto, ktoś świętuje, gdy ktoś cierpi – bardzo inspiruje. Bez „przepływu karnawału” między grupami społecznymi nie ma polskości, nie da się bez tego opowiedzieć transformacji po 1989 roku. Umowność, rozmowa głuchego z niemym, to nasza nić dogadywania się. Bez tego nie pojmiemy naszej historii. Jeśli w polskich dziejach nie uwzględni się spoiwa karnawału, robi się mrocznie, strasznie i za bardzo wprost.

Wchodzę na spektakl „Pożaru w burdelu” i po chwili boli mnie szyja – wcześniej niż zaboli brzuch od śmiechu. Bo albo kłaniam się komuś albo odkłaniam, na widowni sami znajomi. Jak to jest robić teatr dla Krewnych i Znajomych Królika?

M.W.: Od początku istnienia mamy, jak Legia Warszawa, swoją „Żyletę”, czyli lojalny lud fanów. To błogosławieństwo, ale też zagrożenie, bo nie chcemy zamykać się w elitarnych spektaklach powtarzających schemat komunikacji z widzami. To może krępować rozwój, utrudniać przebicie bańki samozadowolenia: śmiejemy się, bo jesteśmy po tej samej stronie barykady. Z drugiej strony jesteśmy szczęśliwi z tak lojalnej i żywiołowej publiki i obserwujemy na widowni nowych ludzi, coraz młodszych i bardziej zróżnicowanych. 

M.Ł.: Metafora kibicowska jest bardzo dobra. Mamy wiernych fanów, a skoro nie gramy na wielkim stadionie, to widownia siłą rzeczy się powtarza. Z nami jest trochę tak, jak z islandzkimi piłkarzami na Euro: grali i widzieli na trybunach swoich kolegów z podwórek. Ale to się zmienia. Kilka lat temu rzeczywiście przychodzili sami znajomi. Teraz prawie nikogo nie znam. Jeśli więc mówimy o Krewnych i Znajomych Królika, to nie ze Stumilowego Lasu, ale z wielkiej puszczy.

Wasza widownia od razu zrozumie, że nawet ten rząd, umiejący zafundować nam rzecz dowolną, nie może, choćby w największym wzmożeniu patriotycznym, zakazać używania cyfr arabskich. W Polsce – podobnie jak u Moliera pan Jourdain – prawie nikt nie wie, że mówi prozą, więc skąd ma wiedzieć, co to są cyfry arabskie? Poczucie humoru bywa w naszym kraju raczej wadą niż zaletą.

M.W.: Przychodzą do nas ludzie, którzy oczekują czegoś więcej od rozrywki, od kabaretu, także od teatru. Szukają razem z nami i to jest ważne, razem tworzymy nową mitologię Warszawy. Ale – choć bardzo jesteśmy do stolicy przywiązani – chcemy dotrzeć do widza w całej Polsce. Gdy doświadczamy tak gorącego odbioru jak ostatnio w Legnicy, czujemy, że chcemy i powinniśmy dotrzeć do ludzi poza Warszawą, zwłaszcza teraz. 

Wolicie być teatrem czy może politycznym, a więc naturalnie doraźnym, kabaretem?

M.W.: Teatr i kabaret to pojęcia, które w ostatnim czasie bardzo się przewartościowały. W teatrze coraz częściej widać polityczne zaangażowanie, chęć dotarcia do jak najszerszej widowni, kreowania nowego języka. Gdy popatrzymy na teatr Moniki Strzępki i Pawła Demirskiego, na to, co pisze Maciej Nowak o potrzebie teatru popularnego, okaże się, że wszyscy chcemy poruszyć jak najwięcej osób, korzystając z dorobku kabaretów, zespołów muzycznych, cyrkowych, teatralnych. 

„Pożar w burdelu” nie ma struktury grupy kabaretowej, to dynamicznie rozwijający się zespół twórczy, zdolny do stworzenia dużego spektaklu i serialu telewizyjnego. Oprócz doraźnych inspiracji fascynuje nas tworzenie mapy wielkich polskich mitów i dat, na której będzie: 4 czerwca 1989 r., powstanie warszawskie, święto niepodległości 11 listopada. Historia Polski daje fajny, nieokrzesany materiał, inspirujący także przez manipulacje, których dopuszczają się politycy. Mamy ogromny głód historii, opowieści – tych dużych i małych i potrzebujemy prawdziwych dobrych dramatów, powieści, piosenek i reportaży, a nie kolejnych niespełnionych bajarzy wśród polityków. To rola dla teatru, nie dla kabaretu.

Bo taką dano nam ojczyznę: albo się śmiać, albo płakać. Łatwo było kpić z ciepłej wody?

M.Ł.: Nie ma żartów łatwych i trudnych. To co innego, ale w zaburzeniu porządków, jakiego doświadczamy, nadal wydaje mi się, że w czasach „ciepłej wody” była w nas tęsknota, żeby popolitykować. Teraz chętnie odpocząłbym od wielkich historii, ale jakoś trudno.

Nie jest najgorzej, gdy obok siebie mamy jedno i drugie. Mój ojciec napisał książkę – („Molier nasz współczesny”), gdzie przeciwstawił Moliera, czyli opowieściom o najzwyklejszym Życiu, Szekspirowi, a więc wielkiej Historii. U nas Szekspir z Molierem chodzą w parze.

M.W.: Tyle że poza „ciepłą wodą” uchwyciliśmy też ówczesny element frustracji. Bohaterami są u nas artyści, a „Burdel...” na początku grał w piwnicy przy ulicy Chłodnej. Artyści są upodleni, Burdeltata ich wspiera i dorabia im ideologię, więc w świecie Moliera, czyli „ciepłej wody”, realizują szekspirowskie aspiracje. To dobrze zadziałało, co było widać po aktorach i publiczności. Udało nam się stworzyć metaforę tego, czego w świecie „ciepłej wody” brakuje. Tęskniliśmy za przestrzenią, gdzie możemy się wyżyć, ale po to musieliśmy zejść do piwnicy, grać za półdarmo. Ludzie poczuli, że „ciepła woda” to nie wszystko. 

Gdzieś po drodze kultura wolności, ekspresji indywidualnej, została zamieniona na kulturę konsumpcji i rozleniwienia. Dobrze to było widać w polskich telewizjach, gdzie mimo wolności nadawcy wycinali albo łagodzili kontrowersyjne wątki, kupowali gotowe formaty zachodnie, zamiast pracować nad namierzaniem aktualnych napięć społecznych, czym dobry serial się żywi. To się zemściło zdziwieniem powyborczym i bezradnością zwłaszcza wobec młodego pokolenia, które przeniosło się do radykalnego internetu. A co miało oglądać, „Ojca Mateusza”? Konserwatyzm w rozrywce miał się dobrze dużo wcześniej, zanim pojawił się w polityce.

M.Ł.: „Ciepła woda” była trochę letnia. Może nawet chłodna...

 

Całość wywiadu ukazała się w najnowszym numerze magazynu Esquire

Polecane wideo

Komentarze

Polecane dla Ciebie