Reklama

„Musi być dreszcz” - rozmowa z Andrzejem Smolikiem

Jeden z najbardziej szanowanych polskich muzyków i producentów. Jeśli trzeba, pomysł na utwór nagra nawet podczas wyrzucania śmieci.

„Musi być dreszcz” - rozmowa z Andrzejem Smolikiem Andrzej Smolik, fot. Anna Głuszko-Smolik
Reklama

Zerkam na zegarek. Dochodzi 14. Zaraz powinien przyjechać. I faktycznie, wręcz nieprzyzwoicie punktualnie na redakcyjnym korytarzu słychać znajomy dźwięk zatrzymującej się windy. Po chwili wyłania się z niej charakterystyczna sylwetka w nieodłącznym kapeluszu. Charakterystyczna dla każdego, kto wie, do kogo należy, bo idąc ulicą, raczej nie zwrócilibyście większej uwagi na Andrzeja Smolika. Ale to pozory. W rzeczywistości wyróżnia go olbrzymia kreatywność, której wielokrotnie dawał upust na swoich płytach, jak i w nagraniach dla tych, którzy poprosili go o napisanie muzyki. W końcu dwa Fryderyki nie wzięły się znikąd. 

Dlatego zasiedliśmy do stołu i po prostu porozmawialiśmy. O wielu rzeczach - m.in. o nim, sposobie jego pracy, definicji dobrej muzyki i niedawno opublikowanych kolejnych efektach współpracy z Kevem Foxem, które tym razem zaprowadziły Smolika do studia samego Petera Gabriela.

 

Esquire: Jak podchodzisz do rozmów z dziennikarzami?

 

Andrzej Smolik: Przywykłem do tego. Kiedyś mnie to stresowało. Nie czułem się komfortowo. Wielokrotnie te rozmowy nie toczyły się tak, jak sobie je wyobrażałem. Teraz staram się przyjmować to jako wartość dodaną do tego, co robię. Muszę istnieć medialnie oprócz samej muzyki, a w każdym razie jest to wskazane. Czasami rozmawia się fajnie z takim człowiekiem, czasami nie. Jeśli rozmawia się gorzej, to takich rozmów po prostu nie lubię. Wielokrotnie zdarzały się sytuacje, kiedy rozmowa ewidentnie była zbędną formalnością. Czasami to nie ma sensu, bo ten, kto z tobą rozmawia, oprócz tego, że mało wie, to jeszcze nie chce niczego się dowiedzieć. Wtedy jest to kłopotliwe dla obu stron.

 

Wśród osób z zewnątrz masz opinię introwertyka.

 

Nie mnie to oceniać. Może mi się wydawać, że jestem duchem swojej dzielnicy, a tymczasem ludzie widzą we mnie introwertyka. Bywam lekko zamknięty i wycofany. W nowym otoczeniu potrzebuję czasu, by się zaadaptować. Wśród ludzi, których dobrze znam, czuję się całkiem swobodnie.

 

Ty i Kev Fox wyglądacie jak dwa przeciwieństwa.

 

Trudno znaleźć kogoś, kto od strony energetycznej byłby wstanie sprostać Kevowi – i na koncertach, i na co dzień. Nie chciałbym mierzyć się z nim na tego typu oręż. Mam zdecydowanie spokojniejszą naturę od niego. Ja po prostu umieszczam go w konkretnej przestrzeni muzycznej i tam kanalizuję jego energię.

 

Pozwala ci na to?

 

Tak, bo to można nazwać symbiozą. On też na tym korzysta.

 

About to go for a morning drive live !! Onet Rano

Opublikowany przez SMOLIK / KEV FOX na 17 maja 2017

  

Pojechaliście do angielskiego studia Petera Gabriela żeby nagrać tam singiel „Queen of Hearts”. Do niedawna wydawało się, że polscy artyści nie trafiają do takich miejsc. Czy to kwestia jedynie zasobności portfela?

 

Dzisiaj nic nie stoi na przeszkodzie, byśmy mogli gościć w większości tego typu obiektów na świecie. To piękne i mam nadzieję, że tak pozostanie. Całe życie czekałem, by móc wydostać się z lokalnych sieci. Studio Petera Gabriela było dla mnie mityczną przestrzenią, bardzo chciałem je zobaczyć i nawet nie marzyłem, że kiedyś będę tam nagrywał.

 

Czemu akurat tam?

 

Jestem fanem Petera Gabriela, od czasów młodości. Pierwszą jego płytą, którą usłyszałem, było „So”. Ten album wstrząsnął mną, był niesamowicie eklektyczny. Potem zacząłem sięgać po wcześniejsze płyty Gabriela i śledzić jego dokonania. Wyjazd do Real World Studios był więc podróżą marzeń. Te nagrania moglibyśmy zrealizować wszędzie, także w Polsce, ale chodziło właśnie o to miejsce. To studio zbudowane z miłości do muzyki. Tam nikt nie nagrywa za szybą. To jedno wielkie pomieszczenie w którym ważny jest kontakt między ludźmi. Taka filozofia tworzenia muzyki jest mi najbliższa. Nie dzieli cię szyba ani ściany. Możesz zajrzeć w oczy osobie z którą pracujesz porozmawiać z nią.

 

W swoim studiu nagrywasz właśnie taki sposób?

 

Tak. Ale nie tylko ze względu na filozofię, ale również z powodu logistyki. Reżyserka jest w tym samym pomieszczeniu, gdzie nagrywa się np. wokal. Możesz normalnie komunikować się z osobą, z którą aktualnie nagrywasz, zajrzeć w oczy. Taka relacja jest zupełnie inna niż np. w przypadku komunikacji przez mikroport.

 

Singiel „Queen of Hearts” to nie jest premierowe nagranie. Graliście ten utwór już na koncertach.

 

Ta piosenka powstała, gdy koncertowaliśmy i dlatego dołączyliśmy ją do naszego repertuaru. Wersja studyjna to wariacja na temat wersji koncertowej.

 

 

Z pewnością nie lecieliście do Anglii, by nagrać tylko jeden utwór.

 

Powstały trzy nowe kompozycje. Trafią na o EP–kę, która zapewne ukaże się jesienią. W studiu Real World zarejestrowaliśmy też utwory w wersji live

 

A nowa płyta?

 

Raczej nie w tym roku. Zastanawiamy się, jak powinna brzmieć. Na pewno muzyka będzie zdecydowanie bardziej witalna, może nawet nieco drapieżna, bo tak gramy na koncertach.

 

Kiedyś powiedziałeś, że bez współpracy z innymi nie byłoby cię. Strasznie ponuro to brzmi.

 

Buduję siebie, spotykając ludzi. Przebywanie z nimi, rozmowy to wymiana energii i doświadczenia. To ludzie powodują, że chcę robić to, co robię. To sprawia, że nagle znajduję pomysły, inspirację, sens i chcę się uczyć. Pewnie będąc sam ze sobą, nadal robiłbym muzykę, ale bardzo lubię rodzaj refleksu spowodowanego zderzeniem różnych perspektyw i punktów widzenia. To jest możliwe wyłącznie przy pracy w grupie. W grupie szybko się uczymy i przejmujemy doświadczenie jej członków.

 

Czym kierujesz się, przyjmując propozycję współpracy lub zapraszając do studia akurat tę, a nie inną osobę?

 

Intuicją. Pojawia się krótka myśl - „tak” lub „nie”. Czujesz, że gdzieś to zawędruje albo będzie męka i brak chemii. Jeśli nawet czasem się mylę, to wciąż staram się temu wierzyć. Dla mnie to działa. Będąc w show-biznesie, nauczyłem się, że nie warto kalkulować i stosować gotowe rozwiązania, bo nie zadziałają. Takie rzeczy weryfikuje rzeczywistość, czyli ludzie. Musi być dreszcz. Jeśli coś działa na ciebie, to możliwe, że zadziała też na innych.

 

Fot. Anna Głuszko-Smolik 

 

Musisz więc poznać tego człowieka bliżej.

 

Tak. Dobrze wcześniej się trochę poznać - wypić razem herbatę,  przetrzeć  artystycznie. Robienie muzyki razem to dość intymny proces.

 

Czym różni się pisanie autorskiej muzyki od komponowania na zlecenie?

 

W drugim przypadku przydają się wytyczne. Jeżeli mam napisać piosenkę dla osoby X z konkretnego świata, łatwiej znaleźć mi jakieś ramy i czymś się zainspirować, by znaleźć kod, który wpuści mnie do tego świata. Z kolei kiedy siadasz sam ze sobą, zazwyczaj masz bardzo wiele pomysłów i zadajesz sobie pytanie, który wybrać. Jedyna dobra metoda przy pracy z autorskim materiałem to codzienne siadanie przez jakiś czas, jak wędkarz próbujący coś złowić. Czasami spławik się poruszy, a czasami stoi tygodniami. Jakiekolwiek siłowe rozwiązanie problemu lub cwaniackie sięgnięcie po sprawdzone patenty zazwyczaj nie sprawdzi się. Czasami mam wrażenie, że ktoś pisze za mnie i nie potrafię tego wytłumaczyć. Wielcy kompozytorzy przyznają, że niekiedy lekko od niechcenia uderzasz trzy akordy i wiesz, że już to masz. I nie wiadomo, dlaczego w środę to miałeś, a w czwartek nie masz nic. Oczywiście potem przychodzi czas na zwyczajną pracę, rzemiosło, edycję, sprawdzanie różnych aranżacyjnych konstelacji. Sam akt stworzenia to błysk.

 

Należysz do twórców żyjących z permanentną gotowością do natychmiastowego utrwalenia każdego pomysłu, np. za pomocą telefonu? 

 

Obecnie tak, choć kiedyś tego nie robiłem. Byłem zdania, że jeśli coś wpadnie mi do głowy, a ja nie będę tego pamiętał następnego dnia , to znaczy, że to było nic niewarte. Jednak im jestem starszy, tym więcej pomysłów obrabiam w głowie, a nie na papierze nutowym czy ekranie komputera. Najpierw wymyślam melodię, potem realizuję. To przychodzi dość nieoczekiwanie. Ostatnio wynosiłem śmieci, gdy wpadła mi do głowy pewna fraza. Włączyłem telefon, zaśpiewałem sobie na ulicy. Zobaczymy, co z tego będzie. W przeszłości tworzyłem więcej elektroniki. Tam jest więcej miejsca na zabawę formą, łączenie przypadkowych fraz, sampling i kreację dźwięku .Trochę podobne do tworzenia kolażu z różnych materiałów.

 

Jesteś multiinstrumentalistą, choć zazwyczaj widzimy cię przy klawiszach. Istnieje jakiś instrument, na którym gra byłaby dla ciebie wyzwaniem i z którym chciałbyś się jeszcze zmierzyć?

 

Dużo jest takich wyzwań. Niestety mam coraz mniej czasu. Jestem późnym ojcem. Rodzina i dziecko dość mocno mnie angażują. Bardzo żałuję, że gdy miałem ten czas, nieco przepuszczałem go przez palce. Zawsze bardzo chciałem nauczyć się grać na flecie poprzecznym. Ten instrument wymaga jednak codziennych ćwiczeń, by go opanować. Gdybym poświęcał mu nawet 10 minut dziennie od czasu, gdy wpadł mi w ręce, teraz być może mógłbym wyjść z nim na scenę. W ogóle nigdy nie poświęcałem wiele czasu na ćwiczenie na żadnym z instrumentów. Jeśli miałem z nimi kontakt, to raczej podczas muzykowania. A ćwiczenie jest to coś zupełnie innego. Dlatego opanowałem grę na sporej liczbie  instrumentów, ale na żadnym w stopniu wirtuozerskim. Gram tak, jak potrafię.

 

Jaka jest twoja definicja dobrej muzyki?

 

To taka, która opowiada jakąś historię. Należy traktować to oczywiście abstrakcyjnie. Muzyka to fala, wibracja, która ma ciebie poruszyć. A poruszy cię tylko wtedy, gdy coś za nią stoi.

 

Winyl wrócił na dobre. Ile w tym dobrego marketingu, a ile faktycznych dźwiękowych walorów?

 

Nie chciałbym nikomu psuć zabawy, ale bardzo wiele współczesnych winyli jest nagrywanych z cyfrowych nośników. To zaprzeczenie istoty analogowego dźwięku, który na żadnym etapie nie powinien być przetworzony przez system konwersji cyfrowej. A płyta winylowa musi być dotknięta dwoma konwersjami: analogowo-cyfrową i cyfrowo-analogową. Zauważam dużą różnicę pomiędzy starymi a współczesnymi płytami, nawet w przypadku reedycji tych samych albumów. Zniekształcenia harmoniczne, lekka kompresja i podbicie ciepłych stref, które wprowadza winyl czy taśma analogowa, są bardzo miłe dla ludzkiego ucha.

 

Pytam o to, ponieważ płyta „Smolik / Kev Fox” ukazała się również na winylu.

 

Zrobiliśmy, co w naszej mocy. Dźwięk jest o wiele mniej obrobiony cyfrowo, mniej skompresowany niż w przypadku wydania na kompakcie. Wciąż się tego uczymy. Kilka razy rozmawiałem z fachowcami z tłoczni. Dali mi kilka wskazówek. Mam nadzieję, że wyszło dobrze.

 

Rozmawiał Kamil Mrozkowiak

Reklama

Polecane wideo

Polecamy również

Reklama

Inne artykuły

Reklama