Reklama

Wyciąganie siebie ze strefy komfortu - rozmowa z Arturem Rojkiem

Jeśli kiedyś ktoś chciał nieco lepiej poznać i zrozumieć Artura Rojka, musiał uważnie słuchać Myslovitz. Teraz jednak najwięcej można wyczytać z jego wypowiedzi jako organizatora OFF Festivalu. Szczególnie, jeśli czyta się między wierszami. Choć oczywiście sięgnięcie po jedyną jak dotąd solową płytę muzyka również będzie dobrym pomysłem.

Wyciąganie siebie ze strefy komfortu - rozmowa z Arturem Rojkiem Fot. Jacek Poremba
Reklama

Najnowszy lipcowo-sierpniowy numer Esquire to nie tylko Kit Harington, czyli serialowy Jon Snow z „Gry o tron”, znany z roli agenta Coopera w „Twin Peaks” Kyle MacLachlan czy rozmowy z Juliuszem Machulskim i Wojciechem Szczęsnym. To również przewodnik po najlepszych europejskich festiwalach muzycznych. Dodajmy festiwalach, w które z powodzeniem wpisuje się polski OFF. Swego czasu imprezę wyróżniono m.in. nagrodą European Festival Award w kategorii Najlepszy Festiwal Średniej Wielkości, a prestiżowy serwis internetowy Pitchfork umieścił katowicką imprezę na liście 20 najważniejszych festiwali letnich na świecie. Przypadek? Bynajmniej, za co tym bardziej trzeba pogratulować stojącemu za wszystkim Arturowi Rojkowi i jego współpracownikom.

Były muzyk Myslovitz to zapracowany człowiek, ale znalazł dla nas chwilę. W szczerej rozmowie opowiedział m.in., jak organizuje się jeden z najlepszych alternatywnych festiwali muzycznych w Europie i jak to się stało, że sukces OFF-a przewidział jego trener pływania.

 

Esquire: „Widzicie ten hotel? Tutaj nigdy nie będziecie spać” - podobno takie słowa powiedział przed warszawskim hotelem Victoria do ciebie i twoich kolegów trener pływania, z którym przed laty byliście na wycieczce w stolicy. Jak już zacząłeś robić OFF Festival 11 lat temu, często spotykałeś się ze stwierdzeniami bliskimi temu zdaniu, w stylu „na tego artystę nigdy nie będzie cię stać”?

 

Artur Rojek: Mam inne przeżycie z tym trenerem, które dobrze opisuje drogę, jaką przeszedł OFF. Mój trener pływania zarządzał bowiem kąpieliskiem Słupna, na którego terenie na początku odbywał się festiwal. Po pierwszej edycji przyszedł do mnie i powiedział: Artur gratuluję ci, świetnie. Trener nie był osobą, od której często można było usłyszeć takie słowa, więc to było dla mnie bardzo ważne. Powiedział też, coś co może wyda się abstrakcją, ale jednak skala tego pasuje do tego, co stało się z OFF-em. Z poważną miną stwierdził: „ja sobie myślę, że w następnym roku widzę na tym kąpielisku Tinę Turner”. I tu nie chodziło o samą Tinę, tylko o rozmach, o przewidywanie wielkich rzeczy. I kiedy patrzę na to, kto grał już na festiwalu, od Iggy'ego Popa i Patti Smith przez The National, którzy zagrali pierwszy koncert w Mysłowicach w 2009 roku, po PJ Harvey, która zaśpiewa na tegorocznej edycji, myślę sobie, że jego słowa się spełniły.

 

Nie ukrywasz jednak, że często przed kolejną edycją masz tzw. doła?

 

Różne są powody moich dołów (śmiech). Bywało, że miałem coś takiego, że nie do końca byłem zadowolony z line-upu, coś mnie drażniło. Byli wykonawcy czy inne „składowe” części festiwalu, z którymi się identyfikowałem w momencie podejmowania decyzji, ale po jakimś czasie spoglądałem na nie inaczej. W tym roku jest mało takich sytuacji. Line-up ułożył się wyjątkowo dobrze.

 

Poprzednia edycja nie była łatwa.

 

Z każdej edycji wyciągamy wnioski i każda jest inspirująca, a ostatnia była szczególnie. Zrobiliśmy sobie po niej festiwalową reminiscencję. Przyglądaliśmy się czym jest festiwal, na bazie czego wyrobił swoją pozycję, jaki jest nasz odbiorca, czego oczekuje. To dało nam impuls do powrotu do korzeni. Pomimo upływu już ponad 10 lat od pierwszej edycji wciąż robią na mnie wrażenie wykonawcy, którzy wyciągają mnie z pewnego komfortu i tym wyciąganiem inspirują. I w tym roku, jak dawniej, starałem się tak ustawiać line-up, żeby samego siebie zaskakiwać, żeby mnie rajcował. I tu nie chodzi o to, żeby ułożyć go według zespołów, których słucham. To nie ma być wybór moich ulubionych wykonawców. Zresztą pewnie gdybyś zobaczył, czego słucham na co dzień, to nie posądziłbyś mnie o to, że robię ten festiwal (śmiech). Mam swoich „faworytów” i oni też się pojawiali i pojawią na festiwalu, jak chociażby Feist, PJ Harvey i Arab Strap. Ale jest też masa artystów, którzy interesują mnie z powodu właśnie tego wyciągania mnie ze strefy komfortu.

 

Tak jak Siksa, duet który wyzwala skrajne emocje?

 

Tak. Słuchając wokalistki, mam wrażenie, jakby się ze mną drażniła. Czuję się nieswojo, nie wiem czy mam wyjść, czy ona śpiewa bezpośrednio do mnie, czy czasami nie przesadza. To są fajne uczucia, których wciąż mi brakuje i których szukam. Takie, można to nazwać, dyskomfortowe momenty były już na pierwszej edycji festiwalu w Mysłowicach, jak robiliśmy wystawy sztuki współczesnej i akcje performatywne. Drażniły niektórych ludzi, nie wiedzieli o co chodzi. Zastanawiali się po co rozdajemy ostrygi na rynku w Mysłowicach albo wypuszczamy czarne balony z napisem „The End”.

 

Fot. Jacek Poremba 

 

Do korzeni wracasz też ponownie, zapraszając do roli kuratora wystaw Sebastiana Cichockiego. Zawsze ta interdyscyplinarność, łączenie muzyki ze sztuką, literaturą, było dla ciebie ważne?

 

Ten powrót ma związek z podjęciem współpracy z Muzeum Śląskim. Faktycznie Sebastian był kuratorem sztuk wizualnych na OFF-ie jeszcze w Mysłowicach. Interdyscyplinarność, która się wtedy narodziła, wyszła trochę z przypadku. W moim rodzinnym mieście na kąpielisko Słupna dochodziło się z centrum niespecjalnie przyjemną ścieżką. Postanowiliśmy ożywić ją współczesnymi pracami. Okazało się, że ludzie zwracają na nie uwagę, że zwłaszcza wśród mieszkańców, a niekoniecznie bywalców OFF-a, powodowały lekką konsternację. I właśnie to zaczepianie, drażnienie mnie też kręciło. Nie chodziło jednak o to, żeby pokazać: patrzcie i uczcie się; ale o sztukę dla każdego. Nie wiedziałem, kto na ten festiwal przyjedzie, ale jak już zobaczyłem tyle mądrych otwartych ludzi, to chciałem wykorzystać to miejsce na sztukę. Nie bez znaczenia było pewnie, że interesowałem się sztuką współczesną. Tym chociażby, co robiła w tamtym czasie ekipa Grupy Ładnie z Marcinem Maciejowskim czy Wilhelmem Sasnalem, który zresztą bywa u nas jako fan muzyki.

 

Każda edycja OFF-a to jakieś muzyczne odkrycia, wykonawcy, którzy później do nas wracają na większe koncerty i wypływają na świecie. Masz tak, że trochę z góry czujesz, co będzie odkryciem danej edycji czy też jesteś zaskakiwany?

 

Nie da się tego przewidzieć. Czuję, że coś jest ciekawe, ma potencjał, jak koreański zespół Jambinai, który zagrał u nas w zeszłym roku, ale nie mogłem przewidzieć, że fala popularności wzniesie się tak mocno. Co prawda, swój wyjątkowy start trochę zawdzięczają artyście, który odwołał swój koncert. Wskoczyli zamiast niego na główną scenę. Gdyby zagrali o godzinie pierwszej na scenie eksperymentalnej, prawdopodobnie nie byłoby takiego bumu. Ale wybuchł on zasłużenie. Dobrym przykładem eksplozji popularności po OFF-ie jest też złożonych z kobiet zespół Savages. Po katowickim koncercie w 2012 roku, jeszcze przed wydaniem debiutanckiej płyty, weszły na inny poziom. Dzisiaj z powodzeniem grają na największych scenach na świecie. 

 

Może w tym roku odkryciem będą Frele, niesamowite dziewczyny, których śląskie covery popowych hitów robią furorę w sieci. Skąd one znalazły się w line-upie imprezy?

 

Kilka miesięcy temu u znajomych na kolacji koleżanka poleciła mi filmik z dziewczynami. W subtelny sposób i de facto poważny coverują hity po śląsku. Jednocześnie Frele, czyli w gwarze „dziewczyny”, są świetnymi wokalistkami. Myślę, że to będzie przyjemne zaskoczenie festiwalu.

 

Skąd pomysł na tak mocną obecność na tegorocznej edycji muzyki ze świata Davida Lyncha? Reaktywacja serialu „Twin Peaks” miała znaczenie?

 

Obecność lynchowskiego uniwersum to trochę kwestia przypadku. Michaela Gira z zespołu Swans, w tym roku nie tylko zagra ze swoim zespołem, ale jest też kuratorem naszej sceny eksperymentalnej i zażyczył sobie występ Jamiego Stewarta. Zresztą Stewart grał już u nas muzykę z „Twin Peaks”, z zespołem Xiu Xiu. Tym razem w duecie z Lawrence'em Englishem wykonają ścieżkę dźwiękową, którą stworzyli do wystawy fotografii autorstwa Davida Lyncha.

 

A po drodze pojawił się twój „lynchowski” projekt z Kwadrofonik.

 

Ten niezwykły zespół, przygotowując oprawę dźwiękową do gali Paszportów Polityki 2015, opracował aranżacje moich dwóch piosenek. Na tyle dobrze nam się współpracowało, że postanowiliśmy kontynuować nasze spotkanie. Kiedy zaczęli przygotowywać plan na swój festiwal Kwadrofonik pod koniec zeszłego roku, wymyślili koncert z muzyką do „Industrial Symphony no1”, czyli swoistego eksperymentu filmowego Davida Lyncha z 1990 roku, zaprosili mnie do projektu. Muzykę napisał do niego Angelo Badalamenti, piosenki śpiewa Julee Cruise, czyli duet znany później z muzyki do „Twin Peaks”. Na początku wydało mi się to strasznie trudne do zrobienia. Ale wyszło super i po udanym koncercie na ich małym festiwalu, powtarzamy to na OFF-ie. Jesienią ruszymy też w dużą trasę po Polsce.

 

 

Masz słabość do Lyncha, jego filmów, „Twin Peaks”?

 

Nie znam specjalnie serialu, bliższy jest mi świat jego filmów, w stylu „Prosta historia”, „Mulholland Drive” czy „Człowieka słonia”. „Blue Velvet”, który oglądałem w kinie Adria w Mysłowicach, w towarzystwie jeszcze zaledwie jednego widza, zrobił na mnie niesamowite wrażenie. Fascynacja „Twin Peaks” mnie ominęła, bo serial leciał, kiedy miałem trening na basenie i nigdy na niego nie zdążałem. Ale mam na dvd i mam zamiar nadrobić zaległości. Tym bardziej, że byłem w Stanach w miejscu, w którym kręcono serial. Wciąż jest tam ten sam bar ze słynnym cherry pie, czyli plackiem wiśniowym, którym zajadają się mieszkańcy Twin Peaks i agent Cooper. To cały czas jest niespecjalnie wyróżniające się malutkie miasteczko.

 

Mówisz „z natury jestem bezkompromisowy”, ale pewnie sztuka robienia festiwalu to pójście na duże kompromisy wynikające z pewnych ograniczeń, zapewne nie do końca romantyczna przygoda?

 

Na początku mojej przygody z OFF-em, nie zastanawiałem się nad wieloma rzeczami. Napędzała mnie po prostu energia robienia festiwalu. Ona też przeprowadziła mnie przez pierwsze problemy. To był też okres, kiedy formuła zespołu Myslovitz zaczęła się wyczerpywać i OFF był dla mnie czymś ożywczym. Tym bardziej, że spotkał się z żywym przyjęciem, zarówno u nas jak i zagranicą. W ogóle festiwali w Polsce była wtedy garstka, tak jak samych koncertów. Oczywiście potem trochę zmieniło się to w pracę. Po 12 latach mogę powiedzieć, że organizacja wiąże się z ogromną huśtawką nastrojów. Od poczucia realizacji, szczęścia, po zmęczenie, frustrację, zniechęcenie. To wielka odpowiedzialność, wyczerpująca praca przez cały rok. Trzeba znaleźć partnerów, sponsorów, obsługę. Zresztą w tym roku będzie specjalny panel z ludźmi, którzy przygotowują festiwal, a ich nie widać. Nie są Arturem Rojkiem, ale są odpowiedzialni za wiele ważnych aspektów. Praca nad samym programem artystycznym należy akurat do tych najprzyjemniejszych momentów. Ważnym aspektem jest jednak znalezienie pieniędzy, a tu decyzje sponsorów są bardzo często zaskakujące, więc nie jest to łatwa festiwalowa praca. W tym roku było szczególnie trudno. Po raz pierwszy festiwal odbywa się bez sponsorów prywatnych i to nas bardzo martwi. Nie widać tego po line-upie, ale wymusiło to na nas wiele innych  ograniczeń. Na taką skalę jak do tej pory festiwal, wyłącznie z pomocą miasta i ministerstwa kultury, nie jest w stanie istnieć. Liczymy, że to się zmieni.

 

Kiedy jest szansa na twoją kolejną solową płytę, następcę znakomitego „Składam się z ciągłych powtórzeń”?

 

Powoli się rodzi, ale najpierw festiwal, potem koncerty z Kwadrofonik. Płyta może w przyszłym roku. Przysiądę nad nowymi piosenkami na jesieni, kiedy już opadnie festiwalowe wariactwo.

 

Rozmawiał Wojciech Przylipiak

 

Tegoroczna edycja OFF Festivalu odbędzie się w Dolinie Trzech Stawów w Katowicach. Impreza potrwa od 4 do 6 sierpnia. Zagrają m.in. PJ Harvey, Feist, Swans, Talib Kweli, Łoskot

Reklama

Polecane wideo

Polecamy również

Reklama

Inne artykuły

Reklama