Reklama

Moralne szczury i mentalna halitoza

Fragmenty książki "Ogar piekielny ściga mnie" Hamptona Sidesa o zabójstwie Martina Luthera Kinga i pościgu za jego zabójcą

Moralne szczury i mentalna halitoza (c) Gary Oakley
Reklama

Większość problemów, z którymi mierzą się obecnie Stany Zjednoczone - kryzys opioidowy, huragany czy eksplozja rasowej przemocy w Charlottesville - ma swoje odpowiedniki w niedalekiej przeszłości. Nie potrzeba historii długiego trwania, by spojrzeć na nie jako część większych zjawisk społecznych czy przyrodniczych - w zupełności wystarczy ostatnie 50 lat. Dzięki uprzejmości wydawnictwa Czarne prezentujemy fragmenty znakomitej książki Hamptona Sidesa (w tłumaczeniu Tomasza Bieronia), opowiadającej o śmierci Martina Luthera Kinga i pościgu za jego zabójcą - Jamesem Earlem Rayem. Choć z pewnością nie wyjaśnia ona wszystkich wstrząsów na tle rasowym, to jest bardzo przydatnym narzędziem w zrozumieniu Stanów Zjednoczonych - również takich, jakimi są dziś. 

Rodział drugi, "Postawić wszystko na jedną kartę", str. 36-38 

    Jesienią 1967 roku Martin Luther King był wyczerpany psychicznie.Ten trzydziestoośmiolatek od dwunastu lat bez chwili wytchnienia walczył o prawa obywatelskie. Jego życie nie należało do niego. Napięty do granic możliwości grafik, praca do późna w nocy i nieustanne podróże – jego sztabowcy nazywali to „wojną ze snem” – zrobiły swoje. Za dużo palił i pił, przybierał na wadze, zażywał tabletki nasenne, które nie skutkowały. Prawie codziennie grożono mu śmiercią. Jego małżeństwo się rozpadało. W wyniku krytyki wojny wietnamskiej stracił prawie wszystkich najważniejszych sojuszników w Waszyngtonie. Coraz więcej osób traktowało go jako niegdyś wybitnego przywódcę, którego czas minął.

 

   Z całą pewnością nie był już mile widziany w Białym Domu. Martin Luther King i Lyndon Johnson razem tworzyli historię – wspólnymi siłami przeforsowali przełomową ustawę o prawach obywatelskich z 1964 roku i ustawę o prawie wyborczym z 1965 roku – ale teraz Johnson nie chciał nawet rozmawiać z Kingiem. Prezydent widział w nim zdrajcę, zdarzyło mu się nazwać go „tym czarnuchem kaznodzieją”.

Chociaż King nadal cieszył się powszechnym szacunkiem, jego pozycja się pogorszyła, nawet wśród swoich. W 1967 roku po raz pierwszy od dekady nie trafił do pierwszej dziesiątki „najpopularniejszych Amerykanów” w sondażu Gallupa. Jego baza poparcia od kilku lat powoli się wykruszała. W 1965 roku, kiedy pojawił się w Los Angeles podczas zamieszek w dzielnicy Watts, czarni go wygwizdali. Jego wizja pokojowych protestów znajdowała w gettach coraz mniej zwolenników. Wielu młodych ludzi nazywało go „Lordzik” i traktowało jako kaznodzieję z Południa, sztywniaka, który stracił kontakt z rzeczywistością. Ruch Black Power, pod wodzą młodych radykałów takich jak Stokely Carmichael i H. Rap Brown, rósł w siłę. King znalazł się między młotem a kowadłem.

    Chodziło mu po głowie, żeby porzucić ruch praw obywatelskich. Po co się dalej męczyć? Dosyć już zrobił i wycierpiał. Od 1955 roku, kiedy niechętnie zgodził się zostać rzecznikiem bojkotu autobusów w Montgomery, historia wzięła go za fraki i nie chciała puścić. Jego odwaga była zdumiewająca. Osiemnaście razy trafił do więzienia. Jego dom obrzucano koktajlami Mołotowa. Obłąkana Murzynka dźgnęła go nożem, jakiś nazista uderzył go w twarz, raz dostał kamieniem w głowę. Brał udział w marszach w całym kraju, mając przeciwko sobie gaz łzawiący, psy policyjne, paralizatory i armatki wodne. Nie sposób zliczyć, ile razy spalono jego podobizny. Jakby tego wszystkiego było mało, bez przerwy deptało mu po piętach FBI, obserwowało go i podsłuchiwało.

    Czasami marzył o prostszym życiu jako pastor, pracownik akademicki czy pisarz. Zdarzało mu się mówić, że chętnie złożyłby śluby ubóstwa, rozdał swój skąpy majątek i spędził rok za granicą. Sam wiedział, że powinien przynajmniej wziąć krótki urlop, na jakiś czas rozstać się ze swoim ruchem i pozbierać myśli. „Mam dosyć tego ciągłego podróżowania, do którego jestem zmuszony – powiedział do swoich wiernych w Atlancie. – Wykańczam się i rujnuję sobie zdrowie. Jestem zmęczony”. Żyjąc w nieustannym zagrożeniu śmiercią, „od czasu do czasu czuję się zniechęcony i mam wrażenie, że moja praca zdaje się na nic. Ale potem Duch Święty odradza moją duszę”. Sprawy zaszły jednak tak daleko, że King nie był w stanie się z tego wszystkiego wyplątać. Ruch praw obywatelskich stał się jego życiem. King nie miał innego wyboru, jak tylko zacząć następny logiczny etap walki.

   Doszedł do wniosku, że podstawowa kwestia została przesunięta ze sfery czysto rasowej do sfery ekonomicznej. Porównał położenie czarnych do sytuacji więźnia, który po wielu latach odsiadki został wypuszczony na wolność, ponieważ okazało się, że fałszywie go oskarżono. „Idź, jesteś wolny”, mówi naczelnik więzienia. Ale więzień nie ma żadnych kwalifikacji, żadnych perspektyw, a naczelnik więzienia nie pomyślał nawet o tym, żeby dać mu pieniądze na autobus do miasta.

   Kampania Biednych Ludzi miała więc podjąć kwestię długiego cienia niewolnictwa, cienia ekonomicznego. Mimo oporów sztabu King przeforsował swój pomysł. SCLC zamierzała poświęcić następne kilka miesięcy na zorganizowanie wielkiej kampanii.

    King powrócił do Atlanty podbudowany podjętą we Frogmore decyzją. 4 grudnia wystąpił na konferencji prasowej. „Wiosną następnego roku SCLC poprowadzi fale biednych i wydziedziczonych Amerykanów do Waszyngtonu – zakomunikował nieco skonsternowanym mediom ogólnokrajowym. – Nie wiemy, co się wydarzy. Mogą próbować nas przegonić. Jak pamiętacie, zrobili tak przed laty z Bonus Marchers”

    King nie ukrywał, że jego plan jest ryzykowny, ale niepodjęcie żadnych działań, jak ogłosił, „[…] byłoby moralną nieodpowiedzialnością. Kiedy poszliśmy do Birmingham, mówiono nam, że Kongres nie ustąpi. To samo nam mówiono, kiedy poszliśmy do Selmy. Nasze doświadczenia pokazały, że potulne domaganie się sprawiedliwości nie rozwiąże problemu. Musimy przystąpić do zmasowanej konfrontacji ze strukturami władzy”. 

    King rwał się do największego przedsięwzięcia w całym swoim życiu. „Jest to rodzaj ostatniej rozpaczliwej prośby do narodu, żeby w końcu zareagował na pokojowe protesty”. 

Rozdział 4, "Postrach dla złoczyńców" str. 48-50 


    Na przełomie jesieni i zimy 1967 roku Martin Luther King wytrwale realizował swój ambitny plan poprowadzenia armii biednych ludzi do Waszyngtonu w lecie następnego roku. Przedsięwzięciu temu z całą pewnością uważnie przyglądał się J. Edgar Hoover, siedemdziesięciodwuletni dyrektor FBI. Hoover urodził się i wychował w Dystrykcie Kolumbii i spędził tam całe swoje życie zawodowe, szefując FBI za dziewięciu prezydentów. Ten pobożny prezbiterianin, który kiedyś chciał zostać pastorem, już dawno mianował się strażnikiem stołecznej moralności. Perspektywę najazdu armii ubogich wywrotowców na National Mall postrzegał nie tylko jako zagrożenie dla republiki, lecz także jako atak wandali na swoje rodzinne miasto.

    Siedząc za biurkiem w swoim sanktuarium na trzecim piętrze budynku Departamentu Sprawiedliwości z szarego granitu, z otrzymaną od matki, oprawioną na czarno Biblią zawsze przy sobie, amerykański szeryf numer jeden z narastającym niepokojem czytał raporty FBI na temat planów SCLC. Co ten King kombinuje? Czy to początek murzyńskiej rewolucji? Czy za tą awanturą stoją Sowieci? A przede wszystkim czy tego buraka da się zatrzymać?

    „Burak” to jedno z licznych przezwisk Kinga nadanych mu przez Hoovera, który żywił do pastora niemal patologiczną nienawiść od 1955 roku, kiedy ten stanął na czele ruchu praw obywatelskich. FBI Hoovera toczyło na razie nieskuteczną kampanię, której celem było (jak to barwnie określano w rozmaitych notatkach funkcjonariuszy) „zdemaskowanie tego łajdaka”, „strącenie go z piedestału”, „zneutralizowanie go” jako przywódcy społecznego. Kilka miesięcy wcześniej Hoover poinformował prezydenta Johnsona w prywatnym liście: „Z niedawnych działań i wypowiedzi publicznych Kinga jednoznacznie wynika, że jest on narzędziem w rękach wywrotowych sił, które chcą osłabić nasz kraj”.

    Chociaż J. Edgar Hoover nadal miał pełną kontrolę nad FBI, były to schyłkowe lata jego kariery – szef federalnych śledczych stał się karykaturą samego siebie z plamami wątrobowymi na twarzy. W tamtym okresie miał sterczący brzuch, worki pod oczami i wydatne czerwone podgardle. Cierpiał na nadciśnienie i inne dolegliwości. Ubierał się równie elegancko, jak zawsze, w prążkowany garnitur z odpowiednio dobranymi kolorystycznie chusteczkami i krawatami, ale jego krok nie był już tak prężny jak dawniej. Przejawiał różne dziwne fobie związane z robactwem, muchami czy niedoskonałym kształtem żółtka porannego jajka na parze. Posługiwał się archaicznym językiem, okraszał swoje tyrady sformułowaniami z czasów wielkiego kryzysu, które wprawiały młodszych funkcjonariuszy w konsternację, takimi jak „kryminalne szumowiny”, „moralne szczury” czy „zagraniczna hołota”. Lubił powtarzać, że jego wrogowie cierpią na „mentalną halitozę”. 

    Pod koniec lat sześćdziesiątych był żywym anachronizmem, zamieszkującym zastygły w dawnej epoce świat, który sam sobie zbudował. Art Buchwald żartował, że Hoover to „postać mityczna wymyślona przez »Reader’s Digest«”. Hoover jak zawsze posługiwał się swoim niebieskim długopisem z gderliwą precyzją. Jak zawsze sporządzał indeks wichrzycieli i inne listy niebezpiecznych radykałów, realnych albo wyimaginowanych. Nadal regularnie wyjeżdżał na „nieurlopy” (prasę informowano, że nawet przebywając poza Waszyngtonem, ani na chwilę nie przestaje pracować) do centrów gry w shuffleboard w Miami Beach albo trącących myszką hoteli w pobliżu torów wyścigów konnych w Del Mar czy Saratodze, gdzie zawsze rezerwował sąsiadujące ze sobą apartamenty ze swoim wieloletnim przyjacielem i zastępcą Clyde’em Tolsonem. Wytrwałe starokawalerstwo Hoovera w połączeniu z jego dziwnie matrymonialną relacją z Tolsonem rodziły liczne spekulacje, a także mnóstwo dowcipów, z których jeden przytacza Truman Capote:„Spotkałeś się kiedyś z terminem »zabójczy owoc«? Jest to gatunek homosia, którego krwiobieg chłodzi freon. Na przykład Hadrian albo J. Edgar Hoover”

 

Strony 53-54

Już na wczesnym etapie kariery Kinga Hoover nabrał przekonania, że przywódca ruchu praw obywatelskich jest narzędziem Sowietów, i pod koniec 1963 roku nakłonił prokuratora generalnego Roberta Kennedy’ego, by ten wyraził zgodę na podsłuchy i inne środki operacyjne w celu wytropienia rzekomych powiązań Kinga z komunistami. Całe lata wytężonego śledztwa i niezliczone roboczogodziny inwigilacji nie potwierdziły jednak podejrzeń Hoovera. Najbardziej obciążającym dowodem, który udało się zdobyć FBI, było to, że jeden z najważniejszych doradców Kinga, liberalny żydowski adwokat z Nowego Jorku Stanley Levison, w młodości był blisko związany z partią komunistyczną, ale później według wszelkich danych nie utrzymywał z nią żadnych kontaktów.

   Agenci Hoovera dowiedzieli się również, że pewien związany z Amerykańską Partią Komunistyczną człowiek mający tę samą grupę krwi co King w odpowiedzi na publiczny apel w 1958 roku oddał krew po napaści na pastora, do której doszło podczas podpisywania książki w Harlemie; przez jakiś czas w notatkach FBI z upodobaniem rozwodzono się nad tym, że w żyłach Kinga dosłownie płynie komusza krew.

    Na tym jednak kończyły się owoce wieloletniego, kosztownego śledztwa Hoovera, które miało na celu wykrycie czerwonych powiązań Kinga. Martin Luther King junior nigdy nie był komunistą i nie miał żadnych związków z Chinami ani Sowietami. Uganianie się przez FBI za tym mirażem było gigantycznym marnotrawstwem publicznych pieniędzy. Jak to kiedyś ujął King, „w ruchu wolnościowym jest tylu komunistów, ilu Eskimosów na Florydzie”.

   Wszystkie te lata szpiegowania przywódcy ruchu praw obywatelskich zaowocowały jednak innymi informacjami – takimi, które Hoover uznał za równie smakowite. FBI odkryło, że King ma słabość do kobiet. Agenci Hoovera dowiedzieli się o kilku kochankach Kinga i stwierdzili, że piękne dziewczyny miały zwyczaj włazić mu do łóżka, kiedy kursował po kraju, a on nieszczególnie się bronił przed tymi awansami. Zbulwersowany Hoover usłyszał również, że King mówi o seksie sprośnym językiem, pije, pali i imprezuje do rana, a także opowiada świńskie dowcipy. FBI dysponowało kiepskiej jakości nagraniem, na którym rzekomo słychać, jak King uprawia seks w waszyngtońskim hotelu, używając przy tym dosyć wulgarnego języka.

Hoover był przerażony, a jednocześnie podniecony tym, co przeczytał – nazwał Kinga „kocurem z obsesyjnymi i zboczonymi ciągotami seksualnymi”. Pewien urzędnik FBI napisał, że kiedy Hoover czytał raporty wywiadowcze na temat Kinga, „mrużył oczy i wydymał usta”. Purytański Hoover „uważał seks pozamałżeński za dowód na degenerację moralną – w latach sześćdziesiątych, zanim Hollywood zaczęło lansować rozwiązłość jako uszlachetniającą, opinię tę podzielało wielu Amerykanów”.

Robert Kennedy, któremu seksualne ekscesy nie były obce, stwierdził: „Gdyby społeczeństwo dowiedziało się tego, co wiemy o poczynaniach Kinga, byłby skończony”. Hoover oczywiście próbował się podzielić z narodem swoim coraz grubszym dossier Kinga; jego podwładni regularnie przekazywali pikantne szczegóły prasie, kongresmenom, prezydentowi Johnsonowi, a nawet zagranicznym dyplomatom. Media nie połknęły jednak tej przynęty i etykietka rozpustnika nie przylepiła się do Kinga.

 



Reklama

Polecane wideo

Polecamy również

Reklama

Inne artykuły

Reklama