Reklama

Esquire nie poleca: "Borg McEnroe"

RECENZJA: Legendarny mecz jako punkt wyjścia dla kiepskiego filmu.

Esquire nie poleca: "Borg McEnroe" Best Film
Reklama

Mistrz i pretendent, „lodowaty” Szwed i „najgorszy promotor amerykańskich wartości od czasów Ala Capone” – rywalizacja Bjorna Borga i Johna McEnroe’a trwała zaledwie trzy lata (cóż to jest wobec trwającego już 13 lat pojedynku między Rafaelem Nadalem i Rogerem Federerem), ale i tak obrosła legendą i stała się punktem odniesienia dla innych tenisowych rywalizacji. Wyraziste, biegunowo odmienne charaktery sportowców mogłyby stać się też zalążkiem dobrego filmu.

Ale się nie stały. Otwierający w ubiegłym tygodniu festiwal w Toronto film do granic wytrzymałości eksploruje zgrane klisze, oferując widzowi trochę coachingowych złotych myśli o walce z własnymi słabościami, panowaniu nad emocjami, ciężarze presji – wszystko to znajdziecie w znakomicie znanym, archaicznym wydaniu.

Ale nawet jako kino środka „Borg McEnroe” sprawdza się średnio, chyba że wyjątkowo wzruszają was płaczący pod prysznicem milionerzy z kryzysem wiary w możliwość sprostania oczekiwaniom fanów i bliskich. Widz, który obserwuje biegnącego (uciekającego przed stłamszonymi emocjami, rozumiecie?) Borga może tylko ziewnąć. Na brak pogłębionego spojrzenia cierpi zresztą też odtwarzany przez Shię LaBeoufa McEnroe. Rola kontrowersyjnego aktora jest najmocniejszym punktem filmu – po świetnym występie w zeszłorocznym „American Honey” LaBeouf umacnia swoją grą pozycję pyskatego dzieciaka Hollywood. Nie mógł on jednak w pojedynkę udźwignąć mdłego scenariusza.

Nawet dla osób nie znających przebiegu słynnego meczu budowanie jego filmowej dramaturgii będzie mało ekscytującym przeżyciem. Skoro tie-break – to podniosłe smyki. Skoro decydująca piłka – to nagłe wyciszenie. Gem, set, mecz – i można rozejść się do domu bez żadnych istotnych wspomnień. 

Premiera filmu 27 października 

Zobacz trailer: 

Reklama

Polecane wideo

Polecamy również

Reklama

Inne artykuły

Reklama