Reklama

Światła, kamera, aukcja! O inwestycjach i spekulacjach na rynku sztuki

Większość poradników o tym, jak inwestować w sztukę, zaczyna się od prostej podpowiedzi: kupuj to, co ci się podoba. Towarzyszy jej krótkie wyjaśnienie: jeśli się pomylisz albo załamie się koniunktura, zostaną ci rzeczy, które po prostu lubisz.

Światła, kamera, aukcja! O inwestycjach i spekulacjach na rynku sztuki Starstock
Reklama

Zgodnie z tą koncepcją, żeby inwestować w sztukę, trzeba kochać dzieła artystów i być w kontakcie z tym, co przekazują, a równie ważny, jak saldo na koncie, jest rozwój intelektualny właściciela dzieła sztuki. Ta porada jest bardzo uczciwa, rzecz jednak w tym, że stoi w sprzeczności z oczekiwaniami większości początkujących inwestorów. Potencjalni nowi kupujący kuszeni są bowiem zachęcającymi wynikami aukcyjnymi z 2016 roku, a także ciągle żywym „mitem założycielskim” polskiego rynku sztuki: faktem, że prace Wilhelma Sasnala w okolicach 2000 roku można było kupić za kilkaset lub maksymalnie kilka tysięcy złotych, a dzisiaj, niecałe dwie dekady później, niektóre z nich znajdują nowych nabywców nawet za dwieście tysięcy dolarów. Młodzi stażem kolekcjonerzy często dostają rumieńców, gdy słyszą o takich kwotach. Jak pogodzić chęć zysku z zasadą, by przy zakupach sztuki kierować się sercem i smakiem? I jak przy tym nie stracić opanowania? Kupowanie sztuki to dziedzina, w której trzeba łączyć rozwagę z fantazją, a do równania dodać jeszcze całkiem sporą wiedzę.

Poznaj siłę swojej kolekcji

Według raportu firmy doradczej Deloitte dotyczącego sztuki i finansów, w 2016 roku sześćdziesiąt cztery procent osób kupujących dzieła sztuki na świecie jako kluczowy czynnik przy podejmowaniu decyzji wskazywało potencjalny zysk w przyszłości. To spory odsetek. Do tych statystyk należy jednak podejść z dystansem, bo metodologia badań jest dość niejasna, a do tego raport nie ujmuje polskiej specyfiki. Jednak z danych tych płynie wniosek – blisko jedna trzecia badanych pomija (przynajmniej na poziomie deklaracji) czynnik stricte finansowy i uważa się raczej za inwestorów-kolekcjonerów niż inwestorów. Jaka jest różnica? Inwestorzy-kolekcjonerzy respektują długoterminowość inwestycji i nie kursują z dziełami sztuki między magazynem a domami aukcyjnymi. Zakupy są przemyślane, poparte znajomością historii sztuki i twórczości artystów. Kupowane prace układają się w logiczne sekwencje, a nie są tylko chaotycznym zestawem hitów sezonu.

Na czym polega praktyczna przewaga kolekcjonowania nad inwestowaniem? Mając w miarę spójny i ukierunkowany zbiór dzieł sztuki, zyskujesz dostęp do lepszej oferty oraz większą wiarygodność, również przy sprzedaży. W dużym skrócie – silna kolekcja pracuje na wartość pojedynczej pracy. Tak myślą i działają inwestorzy-kolekcjonerzy.

 

Miliarderzy, mecenasi i spekulanci

Mówiąc precyzyjnie – tak myślą, działają, a do tego odnoszą sukcesy. Na przykład David Geffen, amerykański miliarder, producent filmowy, współtwórca studia DreamWorks i pierwszoligowy kolekcjoner, zbiera najciekawsze dzieła amerykańskiej sztuki powojennej; Niemka Julia Stoschek, córka potentata branży samochodowej, specjalizuje się w kolekcjonowaniu sztuki wideo, z kolei Duńczyk Claus Busch Risvig zbiera młodą sztukę, przede wszystkim ze Skandynawii. A inwestorzy? Ci pomijają wartość związaną z kolekcjonowaniem. Bywa, że ich działalność ociera się wręcz o spekulację. Najprościej przywołać tu kontrowersyjną postać Charlesa Saatchiego, brytyjskiego biznesmena, kupującego szybko i popularyzującego kupowanie w sieci młodych artystów „rokujących w tym sezonie” (czytaj – sprawnie zarabiającego na obiecywaniu krociowych zysków mniej doświadczonym).

Naturalnie o kupowaniu sztuki można myśleć tak pragmatycznie, instrumentalnie i krótkoterminowo. Ale po co? W Polsce także doczekaliśmy się kilku bardzo wyrazistych liderów rynku kupowania sztuki, sprawnie łączących kulturę kolekcjonerską z inwestowaniem. Warto zwrócić uwagę na kolekcję Anny i Jerzego Staraków, dość konsekwentnie zbudowaną wokół abstrakcji lat 50., 60. i 70. Inny przykład to wybory Grażyny Kulczyk, w szczególności jej fascynacja amerykańskim minimalizmem. Ciekawa jest też Jankilevitsch Collection łącząca polską i światową awangardę.

 

Artystyczne naczynia połączone

To wszystko jednak nie jest niestety takie proste, a granice zacierają się nie tylko między pojęciami ’kolekcjoner’ i ’inwestor’. Cały rynek sztuki to obszar bardzo płynnych zjawisk, który najłatwiej opisać jako system naczyń połączonych. Składają się na niego, oprócz domów aukcyjnych i samych artystów, również publiczne galerie i instytucje sztuki (takie jak muzea), a także system rezydencji dla artystów, czyli pobytów twórczych, oraz konkursy. To dzięki tym „naczyniom” powstają dzieła, które później wycenia się i spienięża w komercyjnych, prywatnych galeriach, na aukcjach czy targach sztuki. Stąd część prac artystów trafia do publicznych instytucji i – w bardzo dużym uproszczeniu – koło się zamyka. Ten układ ulega zresztą rozmaitym deformacjom i, wraz ze zmieniającym się światem, pojawiają się nowe punkty ciężkości. Czasem ważniejsze są w nim konserwatywne instytucje i prywatne galerie. Kiedy indziej młode pokolenie kuratorów, które prezentuje nowy punkt widzenia na to, co warte uwagi. Później wielcy kolekcjonerzy, którzy znacząco wpływają na program instytucji lub kształtują własne.

Niezależnie od zmian – myśląc o inwestycjach, na pewno należy sięgać do tego układu, a więc kupować w galeriach, domach aukcyjnych, od antykwariuszy lub pośredników pracujących z artystami, którzy już zaznaczyli się w tym obiegu. Kupowanie prac zdolnych, ciekawych absolwentów akademii od nich samych albo wynajdowanie dzieł zdolnych plastyków na kurortowych deptakach nie będzie inwestycją w sztukę – choć może okazać się inwestycją w coś ładnego.

Należy zachować duży dystans do hurtowego nabywania prac młodych absolwentów akademii z nadzieją, że któryś z nich rynkowo „chwyci” – to jest recepta głównie na szybkie zapełnienie strychu. Można też dać sobie spokój z szukaniem bezpośredniego kontaktu z artystami, którzy są reprezentowani przez galerię, po to, by kupić ich prace taniej. Szanse, żeby na taki układ zgodził się poważny gracz, są minimalne, a wieści o podobnych metodach działania szybko się roznoszą i raczej nie przyniosą aspirującym kolekcjonerom dobrej reputacji.

 

Gra pozorów

Instytucje rynku sztuki – domy aukcyjne, galerie, pośrednicy, konsultanci czy antykwariusze – wabią informacjami o świetnych wzrostach i dobrych okazjach. Warto tu jednak przywołać drugą radę, na pozór równie oczywistą, co „kupuj to, co ci się podoba”. Podobnie jak sowy z serialu „Twin Peaks” Davida Lyncha i Marka Frosta, okazje też często nie są tym, czym się wydają. Trzeba zachować zimną krew – co bywa trudne, zwłaszcza na aukcjach – i dać sobie kilka dni na podjęcie decyzji, sprawdzenie wyników (choćby na stronie artprice.com), rezerwację pracy czy rozmowę w kuluarach. Szczególnie ostrożnie należy podchodzić do okazji związanych z tzw. młodą sztuką, wokół której najwięcej jest wielkich obietnic i spekulacji. Domy aukcyjne, które organizują aukcje dzieł młodych twórców (z pracami w cenie wywoławczej pięciuset złotych), zazwyczaj porządnie na nich zarabiają. Wystawione obiekty osiągają dobre wyniki, kupujący wracają do domów zadowoleni, a w ich głowach tli się nadzieja, że być może upolowali nowego Rafała Bujnowskiego czy Wilhelma Sasnala. Tyle że większość w ten sposób kupionych prac ma co najwyżej – i przy naprawdę sprzyjających okolicznościach – wartość zaledwie ozdoby na ścianie w salonie. Wielu doświadczonych inwestorów-kolekcjonerów zaczyna na ich widok chichotać, a domy aukcyjne, kiedy próbuje się wrócić do nich z takim „dziełem”, nabierają wody w usta i tłumaczą, że zakup „młodej sztuki w dobrej cenie” był związany z ryzykiem, które kupujący powinien był wziąć pod uwagę.

Cały tekst Anny Theiss ukazał się w Esquire 05, wrzesień/ październik 2017

Reklama

Polecane wideo

Polecamy również

Reklama

Inne artykuły

Reklama