Nowy album Justina Timberlake’a jest lepszy od płyty Eminema
Starstock

Kultura

Nowy album Justina Timberlake’a jest lepszy od płyty Eminema

Niestety, na tym właściwie kończą się dobre wiadomości, jeśli chodzi o zawartość „Man of the Woods”.
02.02.2018

Od pierwszych zapowiedzi nowej płyty Justina Timberlake’a do jej publikacji minął niespełna miesiąc, ale w międzyczasie zdążyliśmy przeżyć prawdziwy emocjonalny rollercoaster. A wszystko za sprawą singli: przyzwoitego, choć zbyt zachowawczego „Filthy”, chaotycznego „Supplies” i kompletnie nieznośnego „Say Something”. Paradoksalnie okazało się, że utwory do promocji „Man of the Woods” nie zostały wybrane przypadkowo i dobrze zapowiadały to, co znajdziemy na albumie – zachowawczy, chaotyczny i zazwyczaj nieznośny, trącący myszką pop.

Nawet w najlepszych momentach płyta brzmi najwyżej jak kiepskie odrzuty z „FutureSex/LoveSounds” albo „Justified”, i choć bardzo lubimy oba te albumy, to pamiętajmy, że „młodszy” z nich kończy w tym roku 12 lat (a gdyby „Justified” było człowiekiem, to niedługo mogłoby napić się legalnie piwa w knajpie). Dekada w popie to wieczność, ale przecież Timberlake’owi nie brakuje środków, by współpracować z najgorętszymi nazwiskami we współczesnej muzyce. Zamiast tego postawił na wypróbowanych towarzyszy, z którymi po raz kolejny znalazł wspólny język. A ten wspólny język to hasło „nie chce mi się”, które sam gwiazdor, jak i jego producenci zdają się tłamsić w sobie w każdej minucie „Man of the Woods”


Weźmy na przykład drugi utwór na płycie, „Midnight Summer Jam”. Rozwodniona aranżacja przypomina „The 20/20 Experience”, a reszta bitu The Neptunes brzmi jakby Pharrell odnalazł zagubiony w połowie ubiegłej dekady dysk twardy i postanowił wykorzystać stare pomysły, uzupełniając je o żenujące smyczki i jeszcze bardziej żenującą harmonijkę ustną. Nikt nie ma chyba aż tak wiele czasu w życiu, by ponownie wrócić do tego pięciominutowego pokazu twórczej bezsilności.

Długo czekaliśmy na powrót do współpracy na linii Timbelake – The Neptunes, ale 9 podkładów, przygotowanych przez Williamsa i Hugo brzmi po prostu archaicznie i nudno. To przykre tym bardziej, że ostatnia płyta N.E.R.D, mimo wielu niedociągnięć, nie brzmiała jak karton środków usypiających. Z kolei kiepska forma Timbalanda nikogo nie zaskakuje – ostatnie dobre produkcje spod jego palców datuje się na 231 rok p.n.e, a groteskowe „Sauce” czy wspomniane już „Say Something” z pewnością nie przywrócą producenta do pierwszej ligi.

I nawet chcielibyśmy się poużalać jeszcze bardziej, powypominać „Man of the Woods” mniejsze lub większe grzechy, zastanowić się, po co właściwie byłemu wokaliście *NSYNC wzbudzające litość wyprawy w kierunku country i folku. Brzydzimy się jednak okrucieństwem, a do tego mamy świadomość,  że „Man of the Woods” to kompletnie nieistotny album, o którym wszyscy zapomną w ciągu kilku dni. Niespełna 37-letni Justin Timberlake na nowej płycie zabrał nas na potańcówkę dla emerytów i potwierdził, że zwrot w kierunku kariery aktorskiej nie był najgorszym pomysłem. 

 

Komentarze

Polecane dla Ciebie

Polecane wideo