"Śmiałem się ze wszystkiego" - rozmowa z Terrym Gilliamem
Zdjęcia: Starstock

"Śmiałem się ze wszystkiego" - rozmowa z Terrym Gilliamem

W poszerzonej wersji wywiadu z ostatniego numeru naszego pisma pytamy reżysera m.in o rady, jakich udzielił Quentinowi Tarantino, oraz o to, dlaczego uważa Warszawę za miasto "piękne, ale dziwne".
05.10.2018

Jego filmy to istny sen wariata, który widzowi zapada na długo w pamięci. Dzięki niecodziennemu poczuci humoru jako jedyny człowiek z poza Wielkiej Brytanii, został członkiem legendarnej grupy Monty Pythona. Z okazji wydania książki „Gilliamesque. Przedśmiertna autobiografia” Terry Gilliam opowiada nam o swoim życiu.

Świat byłby o wiele smutniejszym miejscem, gdyby nie Terry Gilliam - to dość powszechna opinia i to nie tylko wielbicieli Monty Pythona. Gdyby nie ty, Quentin Tarantino mógłby nigdy nie zająć się reżyserią. Jestem twoim dłużnikiem, bo uwielbiam jego kino.

Ja też! Skubaniec ma więcej talentu niż ja kiedykolwiek miałem. Gnojek! (śmiech). To w ogóle zabawna historia. Razem z wieloma innymi reżyserami brałem udział w warsztatach w Sundance Institute, gdzie profesjonaliści byli konfrontowani z młodymi talentami amatorami. Podzielono nas na dwie grupy. Quentin był w drugiej, gdzie prezentował scenariusz „Wściekłych psów”, który został totalnie zjechany przez starszych kolegów. Powiedzieli mu, że najlepsze co może z nim zrobić, to wyrzucić do kosza. Więc gdy przyszedł do nas, był bardzo zdołowany. Normalnie wrak człowieka.  Z miną zbitego psa usiadł naprzeciwko mnie, Stanleya Donena (reżyser „Deszczowej Piosenki) i Volkera Schlöndorffa (reżyser „Blaszanego bębenka”) by zaprezentować swój scenariusz. Moi koledzy w ogóle nie zrozumieli o co w nim chodzi, ale ja byłem nim zachwycony. Chciałem zobaczyć tę jego wizję na ekranie. Okazało się, że nakręcił już kilka przykładowych scen i… to było pod względem warsztatu bardzo złe. Na szczęście, gdy zabrał się za realizację filmu, nakręcił te sceny jeszcze raz, uwzględniając większość wskazówek, jakie przekazaliśmy mu podczas tych warsztatów. 

Do dziś wypowiada się o tobie jako o swoim wielkim mentorze. Coś ty mu takiego powiedział?

Prawdę, jaką powinien znać każdy reżyser: „Jeśli masz już przemyślaną wizję swojego filmu, to zatrudnij najlepszych ludzi, którzy pod twoim okiem ją zrealizują. To do nich należy to zadanie. Ty nie musisz się znać na oświetleniu, kostiumach czy efektach specjalnych. Ty masz mieć wizję, którą oni za pomocą swoich umiejętności przekują w rzeczywistość. Tylko tyle i aż tyle. On wziął sobie do serca te moje słowa i stał się dużo lepszym reżyserem niż ja. Teraz to ja powinienem do niego jeździć na warsztaty, by mnie nauczył jak kręcić filmy, na które do kina będą chodziły miliony ludzi na całym świecie. 

Ty coś o tym wiesz, nigdy nie poszedłeś na kompromisy dotyczące swoich filmów.

Dlatego tak uwielbiałem pracę przy Monty Phytonie. Poznałem chłopaków, dzięki Johnowi Cleese'owi. Rysowałem wtedy kreskówki dla jednej z londyńskich gazet. Miałem tego już serdecznie dość. Chciałem się wyrwać zza biurka. Poprosiłem więc Johna o pomoc, a on zabrał mnie na spotkanie ze swoimi postrzelonymi kolegami, czyli Michaelem Palinem, Terrym Jonesem i Erikiem Idlem, którzy w tym czasie robili program telewizyjny dla dzieci. Wyobrażasz sobie? Jako, że byłem dla nich zwykłym jankesem, nie pokochali mnie tak szybko jak John. Zwłaszcza Michael i Terry przez długi czas trzymali się na dystans, okazując mi co chwila ogromną niechęć. Ta nasza miłość rodziła się w bólach. Ale by pokazać przewrotność tej sytuacji dodam tylko, że to z tą dwójką przyjaźnię się najmocniej.

Zostałeś u nich specem od animacji?

Dokładnie. Kojarzyli mnie jako tego gościa od kreskówek, więc gdy pojawiła się pierwsza lepsza oferta stworzenia krótkiej animacji, przyszli z tym do mnie. Było mało czasu, dużo kasy, więc zabrałem się do roboty. Tworzyłem animację z wycinków różnych fotografii i grafik, coś z czego teraz Monty Python jest znany na całym świecie, ale wtedy to była zupełna nowość. Widzowie nie wiedzieli co mają o tym myśleć. W pierwszym odruchu czuli odrzucenie, ale jakoś nie mogli się zdobyć na zmianę kanału. I to wcale nie dlatego, że nie było jeszcze pilotów i by zmienić kanał trzeba było wstać z kanapy - a wiadomo jak bardzo jest to upierdliwe (śmiech). Byli zahipnotyzowani. Tym w sumie wkupiłem się w łaski całej grupy i zostałem jej pełnoprawnym członkiem.

Podobno testowali na tobie wszystkie skecze?

To był cały proces. Układanie programu i kolejności skeczy jest jedną z najważniejszych rzeczy podczas takiego przedstawienia. Wszystko musi być we właściwej kolejności. Chłopaki bali się, że niektóre teksty będą zbyt skomplikowane, że nie każdy je zrozumie, więc czytali je na głos i w zależności od tego, ile osób z naszej grupy się zaśmiało, to trafiały one na kupkę zabawne, średnio zabawne i niezabawne. Ze mną był zasadniczy problem, bo śmiałem się dosłownie ze wszystkiego. Chłopaki doszli więc do wniosku, że jak jankes rozumie nasze żarty, to nawet niewyedukowany Brytyjczyk będzie się na nich dobrze bawił.

Tak mocno poczułeś się częścią Wielkiej Brytanii, że aż zrezygnowałeś z obywatelstwa amerykańskiego.

To nie było wcale takie trudne jak mogłoby się wydawać. I tak na stałe mieszkałem w Londynie. Cała moja rodzina była tu. Nic mnie już nie trzymało w Stanach. A gdy George W. Bush został prezydentem poczułem, że to już jest dla mnie za dużo. Teraz jak patrzę na to, co się dzieje w moim byłym kraju i kto siedzi za sterami, utwierdzam się w przekonaniu, że to była bardzo dobra decyzja.

W 2005 roku z okazji premiery "Nieustraszonych Braci Grimm” przyjechałeś do Warszawy…

Strasznie dziwne miasto. Piękne, ale dziwne.

Dlaczego?

Wiesz, gdy mieszkasz w Londynie jesteś przyzwyczajony do jednolitej architektury, a w Warszawie każda dzielnica wygląda jakby pochodziła z innej epoki. Byłem na Starym Mieście, które wygląda przepięknie, ale kilka ulic dalej pojawiają się nagle wysokie bloki mieszkalne, które nijak swoim stylem nie pasują do reszty. Było to dla mnie fascynujące. Taki trochę sen szaleńca, jak czasami w moich filmach (śmiech).

Robienie programu telewizyjnego scaliło was jako grupę, ale już kręcenie pierwszego filmu, czyli „Monty Python i Święty Graal” mało nie doprowadziło do rozpadu.

Tak to bywa. Podczas programu każdy mógł przemycić swoje pomysły. Jak napisał skecz, to robiliśmy to zgodnie z jego wizją. Przy krótkich formach można sobie na to pozwolić. A tu  mamy nagle pełnometrażową produkcję z dużym budżetem i ktoś musi tym sterować. Za kamerą zasiadł Terry Jones, który bardzo chciał w końcu wyreżyserować jakiś film, i ja jako takie wsparcie. Reszta grupy na początku przyjęła ten pomysł z aprobatą, ale czym głębiej posuwaliśmy się w naszej pracy, tym bardziej ich entuzjazm malał. Pojawiły się głosy, że niszczymy cały humor i absurd tej produkcji. Atmosfera robiła się bardzo ciężka. Padały mocne słowa, ale to przetrwaliśmy i jest to jeden z naszych lepszych filmów. 

To zadziwiające, że Monty Python wciąż cieszy się taką wielką popularnością. Niedawno na krótką chwilę zrobiliście nawet reaktywację zespołu.

Pieniądze się nam zaczęły kończyć, a my już jesteśmy starzy i leniwi. Poza tym przyzwyczailiśmy się do pewnego stylu życia, więc widmo obniżenia standardów nas przeraził. Do tego wszystkiego John musi z czegoś te swoje alimenty wszystkim żonom płacić (śmiech). Ale fakt, prędkość z jaką rozeszły się bilety zaskoczyła nas wszystkich. Zwłaszcza, że ludzie, którzy przychodzili na te spotkania znali nasze skecze na pamięć. W pewnym momencie odniosłem wrażenie, że przychodzą tylko po to, by osobiście się przekonać, czy my jeszcze żyjemy.

Żyjemy w erze kina zdominowanego przez komiksowych superbohaterów. Nie chciałbyś takiego filmu wyreżyserować?

Nie. Już mi ta faza minęła. I właśnie przez to, że tych filmów jest tyle w kinach czuję pewien przesyt gatunkowy. I widzowie też go czują. Ile można odgrzewać tego samego kotleta i serwować go na nowo. Dlatego mam nadzieję, że część widzów, która już ma tego dosyć pójdzie na „Człowieka, który zabił Don Kichota”. Zawsze uważałem, że ludzie w kinie szukają oryginalnych opowieści i to właśnie staram się im zaserwować w każdym filmie, który kręcę. 

Po Warszawie krąży też pewna anegdota, że pomyliłeś budynek naszego sejmu z cyrkiem i zapytałeś o kondycję intelektualną zasiadających w nim klaunów?

Nie przypominam sobie takiej uwagi, choć brzmi jak coś co mogłem powiedzieć. Niestety, czasami wystrzeliwuję z siebie myśli z prędkością karabinu maszynowego i nie zawsze je zapamiętuję. Trudno mi więc zweryfikować, czy faktycznie takie słowa padły z moich ust. Mam nadzieję, że nikt się nie obraził.

Może klauni, ale tak serio mówiąc, to szkoda, jest to bardzo fajna anegdota, a tu okazuje się, że może być zmyślona.

Jeśli cieszy się popularnością i nikogo nie obraża, to umówmy się, że tak powiedziałem. Niech dalej ta anegdota żyje i bawi ludzi (śmiech). A jak przyjadę następnym razem, to stworzymy jakąś nową, by tamtą zastąpić. Obiecuję wymyślić coś bardziej oryginalnego. 

Rozmawiał Dawid Muszyński

Polecane wideo

Komentarze

Polecane dla Ciebie