Paweł Sołtys: "Niewiele rzeczy wiem na pewno"
Zdjęcie: Sebastian Ciuliński/ Studio MMP

Paweł Sołtys: "Niewiele rzeczy wiem na pewno"

Z zawodu, jak mówi, jest muzykiem, ale do dzisiaj odczuwa przerażenie przed wyjściem na scenę. Nie chce, żeby nazywać go artystą. Wszyscy znają go jako Pablopavo, pod tym pseudonimem napisał setki piosenek. Książkę, jak dotąd, wydał jedną, za to bardzo dobrą.
12.09.2019

Nie jestem pisarzem. Mój ojciec powiedział mi kiedyś, że prawdziwym pisarzem jest człowiek, który napisał dwie książki, bo jedną to każdy głupi potrafi. Jestem przede wszystkim muzykiem, to mój zawód, wykonuję go od piętnastu lat. Ale oczywiście jeśli ktoś nazywa mnie pisarzem, jest to dla mnie nobilitujące.

Bałem się, że moja książka „Mikrotyki” będzie postrzegana przez pryzmat mojej działalności muzycznej. Że ludzie wezmą mnie za kolejnego muzyka, który postanowił napisać książkę, bo już nie miał co w życiu robić. Chciałem, żeby była oceniana jako książka z ambicjami literackimi, a nie wybryk. Z drugiej jednak strony myślałem, że skończy się na sprzedaży pięciuset egzemplarzy i dwóch recenzjach, a wydarzyły się rzeczy niepomiernie większe.

Szwung 

Przy pisaniu ważniejsze jest dla mnie raczej „jak” niż „co”. Chcę, żeby moje zdania miały melodię i szwung. Teraz zbyt wiele książek jest pisanych przezroczystym, „gazetowym” językiem. Tymczasem wszystko można napisać pięknie albo niepięknie. Ja chciałbym robić literaturę piękną.

Pisanie piosenek i pisanie prozy to zupełnie inna robota. Piosenki jest mi łatwiej pisać i nic dziwnego – napisałem ich w życiu z pięćset. Piosenka ma wprawdzie pewne ograniczenia formalne, musi współgrać z muzyką, ale mi paradoksalnie te ograniczenia  pomagają, od początku mam jakiś szkielet. Z prozą jest trudniej, bo musisz pilnować się samemu. Poza tym w piosence więcej uchodzi. W połączeniu z melodią obronią się nawet rzeczy na granicy kiczu. Na papierze zawsze będą razić, więc trzeba je wycinać.

Stropienie.

Opublikowany przez Pablopavo Wtorek, 3 grudnia 2013

Działaj i nie trać czasu 

Zawsze wydawało mi się, że jestem leniwy, dopóki nie zacząłem robić tego, co naprawdę sprawia mi przyjemność. Od 2005 roku wydałem szesnaście płyt. To więcej niż płyta na rok. Jestem pracowity, muszę jedynie robić to, co lubię. 

Tylu moich bardziej utalentowanych kolegów nie ma szans, by żyć z muzyki. Jeśli los dał szansę właśnie mnie, byłbym ostatnim sukinsynem, gdybym leżał i ćpał koks zamiast nagrywać płyty. Jeśli dostałeś szansę – działaj i nie trać czasu.

Nie lubię się nudzić. Jeśli ktoś przesłucha wszystkie płyty Ludzików, to zauważy, że każda jest inna. Mają wspólne cechy, ale za każdym razem próbujemy zadać sobie inne zadanie, zrobić coś nowego. Uważam, że tak trzeba. To ważne dla artysty, żeby zapuszczać się w nieznane. Nie interesuje mnie bycie jak zespół AC/DC, który przez trzydzieści lat ciągle nagrywa tę samą płytę. Bardziej imponuje mi David Bowie, który co chwila się przepoczwarzał i robił coś nowego. Takie podejście jest ciekawsze, nawet jeśli czasami się wypieprzysz i nie wszystko się uda.

Całe życie jestem przerażony. Mimo że zagrałem pewnie ponad tysiąc koncertów, cały czas odczuwam przed występami ogromną tremę. Takim już jestem człowiekiem. Ale w pewnym momencie odkryłem, że dzieje się tak dlatego, że ciągle mi zależy. Gdyby mi nie zależało, grałbym tak zwane „dżoby” i w ogóle się przed nimi nie denerwował. Tymczasem ja za każdym razem, kiedy wychodzę na scenę, zastanawiam się, czy tym razem publiczności występ się spodoba. Poza tym wykonywanie takiej osobistej muzyki jak moja wiąże się z obnażaniem się na scenie. Może gdybym tworzył popowe, bezpieczne „produkty”, które nie są tak osobiste, to tremy by nie było?

Dawno temu miałem zespół reggae, nazywał się Saduba. Pierwszy poważny koncert tego zespołu, z publicznością liczącą jakieś dwieście osób, to był ogromny stres. Właściwie wymiotowałem ze strachu. Ale w końcu wyszliśmy na scenę, zaczęliśmy grać i w okolicach drugiej piosenki ludzie zaczęli tańczyć. Do końca życia nie zapomnę tego uczucia. Było tak, jakbym unosił się nad sceną. Niczego nie da się z tym porównać. To wtedy, na kilka lat przed sukcesami, tak naprawdę poczułem, że właśnie to chcę w życiu robić.

Po koncercie Vavamuffin z okazji wydania pierwszej płyty podszedł do mnie Robert Brylewski, którego wtedy nie znałem. Był moim idolem, chociaż pewnie on sam nigdy nie chciał być niczyim idolem, bo to nie był tego typu facet. Podszedł do mnie, objął i wyściskał. Jak ojciec. To było trochę jak kiczowata scena z hollywoodzkiego filmu, ale rozpłakałem się.

Nie lubię, kiedy ludzie nazywają mnie artystą. Kiedy rozmawiamy, w tle leci płyta „My Favorite Things” Johna Coltrane’a. Kiedy pomyślę sobie, że ktoś nazywa „artystą” zarówno Coltrane’a, jak i mnie, to wydaje mi się, że coś mu się pomyliło. To słowo powinno być zarezerwowane dla najwybitniejszych jednostek. Ja uważam się za grajka. To, co robimy, granie muzyki rozrywkowej, jest tym samym, co kiedyś robiły orkiestry podwórkowe. Tylko czasy są teraz inne.

Jest bardzo niewiele rzeczy, które wiem na pewno. Jedną z nich jest to, że im jestem starszy, tym bardziej wątpliwości rosną. Nie rozwiewają się, ale rosną. Co jeszcze? Jest takie mądre angielskie powiedzenie, które leci jakoś tak: „Nigdy nie wiesz, kto z czym w środku walczy. Bądź miły.”. Według mnie to świetne motto.


Rozmawiał Radosław Pulkowski. Tekst ukazał się w numerze 1/2019. 

Polecane wideo

Komentarze

Polecane dla Ciebie