Joe Dempsie: nic nie jest oczywiste
Fot: Starstock

Joe Dempsie: nic nie jest oczywiste

Zniknął z serialu, ale w finale powraca. Zanim dostał szansę zagrania Gendry’ego, królewskiego potomka z „Gra o tron”, Joe Dempsie starał się o rolę Jona Snowa. Nie wyszło, ale ostatecznie chyba nie powinien narzekać ani on, ani Kit Harington.
17.07.2019

ESQUIRE: Wiedziałeś, że grana przez ciebie postać Gendry’ego powróci do „Gry o tron”? Nie ukrywam, że dla mnie twoje pojawienie się na planie było dużym zaskoczeniem.

Joe Dempsie: Dowiedziałem się oczywiście wcześniej niż reszta obsady, ale też nie umiałem ukryć zaskoczenia. Gdy żegnałem się z rolą Gendry’ego pod koniec trzeciego sezonu serialu, jego twórcy uprzedzili mnie, że ta postać jeszcze powróci. Powstawały jednak kolejne sezony, a mój telefon milczał. Uznałem, że zapewne zmieniła się koncepcja i potomek króla Roberta Baratheona nie będzie już potrzebny. W końcu twórcy „Gry o tron” nie trzymają się już treści książek George’a R.R. Martina, więc mogą pozwolić sobie na fabularną dowolność. Więc gdy produkcja odezwała się do mnie, bym zarezerwował dla nich czas, byłem zaskoczony tak samo jak ty teraz. Specjalnie wstrzymywano się z ponownym wprowadzeniem Gendry’ego do „Gry o tron”. Zamysł był taki, by widzowie zapomnieli o jego istnieniu. Dzięki temu powrót stanowi większe zaskoczenie, a samo pojawienie się tej postaci oznacza, że ma on do odegrania jakąś rolę.

Zajrzyj też do pozostałych rozmów "Esquire'a" z gwiazdami "Gry o tron" 

ESQ: „Gra o tron”, którą opuściłeś w trzecim sezonie, była zupełnie innym serialem niż jest teraz.

JD: Był to serial popularny, ale nie był jeszcze takim hitem. Pod moją nieobecność sporo się zmieniło. Kiedyś wszyscy aktorzy otrzymywali wydruk scenariusza i mogli nosić go ze sobą wszędzie. W przypadku ósmego sezonu „Gry o tron” wersja papierowa scenariusza nie istniała. Dokumenty otrzymywaliśmy przez internet, przychodziły w zaszyfrowanych wiadomościach, które mogliśmy otworzyć jedynie za pomocą specjalnej aplikacji, po przejściu kilku poziomów zabezpieczeń. W takich chwilach czułem się, jakbym był w tajnych służbach. To chyba największa zmiana, jeśli chodzi o pracę w tym serialu.

 
 
 
 
 
Wyświetl ten post na Instagramie.
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

Post udostępniony przez Joe Dempsie (@josephdempsie)

ESQ: Zdarzało ci się igrać z uczuciami fanów w mediach społecznościowych.

JD: Rzeczywiście tak było, ale już tego nie robię. W połowie czwartego sezonu „Gry o tron”, gdy widzowie dopytywali, co dzieje się z postacią, którą grałem, zdarzało mi się dla żartu odpisywać dziwne rzeczy. To się na mnie szybko zemściło, bo nie każdy z fanów rozumiał, że to zabawa. Napisałem, że „Gendry pewnie nie żyje”, to spowodowało, że w mediach społecznościowych wybuchły dyskusje. Postanowiłem więc zaprzestać takich praktyk, by ludziom nie psuć zabawy. Ale muszę przyznać, że mojego pracodawcy też chyba nie bawiły takie wpisy (śmiech).

ESQ: Pamiętasz swój casting do „Gry o tron”?

JD: Pierwszego nie pamiętam. O rolę Gendry’ego starałem się chyba ze dwa razy, z drugiego podejścia nie byłem zadowolony. Wydawało mi się, że zagrałem źle i tym samym pogrzebałem swoje szanse. Wcześniej chodziłem też na castingi do trzech innych ról w tym serialu.

ESQ: Do jakich?

JD: Starałem się o rolę Jona Snowa. Startowałem też do ról kilku rycerzy, ale też nic z tego nie wyszło. Sądziłem, że jestem beznadziejny – tyle możliwości, a mnie cały czas odsyłają z kwitkiem. Co jakiś czas dzwonił ktoś z produkcji serialu, oferując udział w castingach do kolejnych ról. Okazało się, że po prostu szukają odpowiedniej postaci dla mnie, by wpasować ją do tej ogromnej układanki, którą jest „Gra o tron”.

Nominacje do Emmy 2019: "Gra o tron" bije rekord "Nowojorskich gliniarzy" 

ESQ: Gdy dostałeś scenariusz, przeleciałeś od razu do ostatniej sceny, by zobaczyć, czy w niej jesteś i jak kończy się ta historia?

JD: Nie. Lubię czytać scenariusz w całości, od początku do końca. Jestem cierpliwą osobą. Gdy ktoś z bliskich daje mi prezent tydzień przed urodzinami, czekam z jego otwarciem. Wiem jednak, że niektórzy moi koledzy z serialu natychmiast zaczęli sprawdzać zakończenie „Gry o tron”. Na początku scenariusza każdego z odcinków producenci umieszczają listę aktorów, którzy w nim występują i wiem, że niektórzy od tego zaczynali lekturę finałowego epizodu „Gry o tron”.

ESQ: Patrząc na sprawę czysto teoretycznie, Żelazny Tron należy się tobie.

JD: W idealnym świecie tak by było, syn króla przejmuje władzę. Jednak to świat Georga R.R. Martina, w nim nic nie jest oczywiste. W żyłach Gendry’ego rzeczywiście płynie krew Baratheonów, ale to może nie wystarczyć.

ESQ: Co poczułeś, gdy dotarło do ciebie, że to koniec? Smutek?

JD: Nie. To raczej będzie bomba z opóźnionym zapłonem, która wybuchnie dopiero za jakiś czas, gdy dotrze do nas, że nie spotkamy się już na planie w tym składzie.

Rozmawiał Dawid Muszyński. Tekst ukazał się w numerze 3/2019 

Polecane wideo

Komentarze

Polecane dla Ciebie