Powrót króla

Powrót króla

To geniuszowi Wilhelma Maybacha (1846-1929) zawdzięczamy techniczny kręgosłup współczesnego, napędzanego silnikiem spalinowym samochodu. Mercedes-Benz znów przypomina nazwisko mistrza, ogłaszając powrót marki na rynek.
18.02.2015

Trzydzieści centymetrów. O tyle chłopaki z Mercedes-Benz przedłużą swojego S 600. I nazwą go Mercedes-Maybach S 600. Ma zwabić klientów, którzy rozglądają się, trochę znudzeni, w klasie rolls royce’a ghosta lub bentleya flying spur. Skąd taki pomysł? Obecna klasa S sprzedaje się jak nigdy dotąd. W rok z fabryk wyjechało 100 tysięcy limuzyn. W Stuttgarcie pomyśleli więc, że sięgną po klientów, którzy chcieliby mieć większe możliwości indywidualizacji pojazdu. Wiadomo – im człowiek bogatszy, tym bardziej dostrzega, że w świecie motoryzacji coraz trudniej o oryginalność (oryginalność połączoną z praktycznością, bo co komu po koenigseggu, który zawiśnie na pierwszym po drodze progu spowalniającym). Ostatnio modne są reaktywacje „premium”. Ford wskrzesił markę Vignale, z zaświatów wróciły firmy karoseryjne, takie jak Castagna czy Touring Superleggera Milano. Mercedes-Benz postanowił ten trend wykorzystać. Pan Fisz, dziś już klasyk polskiego hip hopu, w utworze „30 cm” rymował przed laty: „30 centymetrów ponad chodnikami / Nadciąga F.I.S.Z. / Z siłą jak dynamit (...) Poruszam się 30 centymetrów nad / Więc patrzę na was z góry / Proszę śmiało / Bijcie brawo”.

Trawestując pana Fisza, myślicie, że ziomkom ze Stuttgartu sukces zapewni 30 centymetrów tuż za zderzakami? Że ludziska, gdy zobaczą wydłużoną klasę S, będą bili brawo, a potem ochoczo sięgną w otchłanie swych portfeli?
Stuttgart chce się znów odwoływać do historii. No bo przed wojną produkty Maybacha były przecież jedyną konkurencją dla angielskich cudów ze stajni Charles’a Rollsa i Henry’ego Royce’a, a pod wieloma względami nawet je przewyższały. Nie dzięki luksusowemu wyposażeniu – firma sprzedawała wyłącznie podwozia z silnikami i skrzyniami biegów, które potem „karosowano” u modnych budowniczych nadwozi – ale przede wszystkim pod względem technicznym. Wraz z synem Karlem Wilhelm Maybach opatentował pierwszą na świecie dwustopniową, zautomatyzowaną skrzynię preselekcyjną, montowaną w modelu DS7 Zeppelin. W czasach, w których dla Mercedesa takie osiągnięcia były technicznie niemożliwe, 7-litrowy, 12-cylindrowy silnik rozpędzał zeppelina do 150 km/h.
Wyobraźcie sobie, że jedziecie czarnym adlerem z zawrotną prędkością 90 km/h (to wszystko, co możecie wycisnąć) i nagle wyprzedza was zeppelin. Was? Jawohl! 150 na liczniku. Wyobraźcie sobie, jak to musiało boleć. Niestety, po pierwszej wojnie światowej przyszedł kryzys, więc limuzyny Wilhelma nie znajdowały wielu nabywców. Po śmierci ojca Karl wsparł „niemiecki wysiłek wojenny”, współtworząc czołg Tygrys. I dlatego rodacy woleli o nich zapomnieć.
Ale w 1997 r. na salonie w Tokio Mercedes-Benz po raz pierwszy przypomniał światu o „królu konstruktorów” (jak nazywali Maybacha Francuzi), prezentując prototypy modeli 57 i 62. Choć były zaawansowane technologicznie, tak jak ich pradziadowie z lat 20. i 30. XX w., księgowi postanowili w 2011 r. zakończyć produkcję.


I co? Bawiąc się tabelkami w Excelu, najwyraźniej zmienili zdanie. Zarząd uwierzył
w 30-centymetrową przedłużkę klasy S i magię nazwy Maybach. Jeśli ludzie to kupią, w Daimlerze mają plan, by wydłużyć i okleić nazwą Maybach resztę merców. Mercedes-Maybach Vito. Albo lepiej: Mercedes-Maybach Citan. Tylko 30 centymetrów różnicy, a tyle prestiżu. W ciemno brać.

 

Tekst Błażej Żuławski

Polecane wideo

Komentarze

Polecane dla Ciebie