Skąd się bierze moda na rajdy klasycznych samochodów?
Zdjęcia: Goodwood Festival of Speed/ iStock

Skąd się bierze moda na rajdy klasycznych samochodów?

Jeśli po przeczytaniu tego artykułu nabierzesz udział na uczestnictwo w podobnym rajdzie, upewnij się, że masz odpowiedni zegarek.
30.07.2019

Światy klasyków motoryzacyjnych i drogich zegarków przenikają się. W obu liczy się design i precyzja wykonania, oba przyciągają też rzesze wiernych wyznawców. To nie przypadek, że miłośnicy starych aut są też fanami dobrych zegarków. W świecie, który staje się coraz bardziej cyfrowy i w którym jakość wykonania i ręczną pracę widać coraz rzadziej, te dwa światy coraz częściej łączą się, czego dowodem niech będą takie wydarzenia jak Goodwood Festival of Speed, Goodwood Revival czy Chantily Arts & Elegance – każdy z tych eventów sponsoruje jakaś firma zegarkowa. Znaczenie klasycznych samochodów jako symbolu statusu wciąż rośnie. Widać to choćby na rynku aukcji. Ceny rzadkich modeli aut od blisko dwóch dekad nieustannie rosną. Po części winni są spekulanci, którzy zwietrzyli w tym świetny interes. Nie da się zaprzeczyć, że ceny osiągnęły nieprzyzwoity poziom – w czerwcu 2018 roku za Ferrari 250 GTO, które startowało w wyścigu Le Mans w 1963 roku i w Grand Prix w Angoli, zapłacono 52 miliony funtów (blisko 260 milionów złotych).

Czytaj też: Dlaczego świat oszalał na punkcie rzadkich zegarków?

Dzisiaj nawet pozornie tak pospolite samochody jak Ford Escort Cosworth czy Peugeot 205 GTI, w latach 90. XX wieku stanowiące przedmiot marzeń nastolatków, zyskały status klasyków. Widać to też, jeśli spojrzeć na rynek replik klasycznych samochodów, takich jak David Brown Mini czy Eagle E-Type. Najbardziej pożądanym obecnie nowym/starym samochodem jest Singer DLS, kosztujące blisko 7,5 miliona złotych trzydziestoletnie Porsche 911, które poddane zostało całkowitej przebudowie w warsztacie prowadzonym przez Roba Dickinsona, Anglika mieszkającego w Kalifornii. Samochody klasyczne widać wszędzie – są na YouTubie i na Instagramie, są w produkcjach wideo serwisu Petrolicious, widać je też w reklamach – na przykład supermodel David Gandy reklamuje parafarmaceutyki, opierając się o maskę Mercedesa 190 SL.

Liczy się precyzja

Tak dotarliśmy do tematu zlotów miłośników klasycznej motoryzacji, takich jak wspomniane Goodwood w Anglii, podczas którego właściciele i miłośnicy klasyków zbierają się dwa razy w roku (lipiec i wrzesień) w posiadłości lorda Marcha w hrabstwie Sussex, żeby przeżywać ekscytację klasyczną motoryzacją.

Goodwood wystartowało w 1993 roku jako niewielka impreza dla kręgu zainteresowanych. Obecnie co roku sto pięćdziesiąt tysięcy biletów rozchodzi się błyskawicznie. W większości krajów europejskich spotkania czy zloty w sezonie odbywają się właściwie co tydzień. Goodwood zyskało jednak status mekki dla ludzi zakochanych w klasycznych samochodach, jednak pokazy to nie wszystko. Dla prawdziwych fanatyków liczy się przede wszystkim to, by móc pojeździć klasykami, dlatego ponad Goodwood przedkładają oni takie rajdy i wyścigi drogowe, jak Tour Auto we Francji (w ubiegłym roku trasa wiodła z Paryża do Nicei) czy Mille Miglia we Włoszech (z Bresci do Rzymu i z powrotem).

Coraz częściej odbywają się też zamknięte, lukusowe wydarzenia dla kolekcjonerów rzadkich aut, w których udział możliwy jest jedynie dzięki rekomendacji. Wystarczy spędzić trochę czasu z miłośnikami samochodów, by nasłuchać się opowieści o zamkniętych rajdach organizowanych przez pośredników w obrocie nieruchomościami z Monte Carlo czy przez przemysłowców z Holandii. Słowo „rajd” może być tu mylące, więc wyjaśnijmy: nie chodzi o rywalizację znaną z WRC. By wyrównać szanse startujących samochodami o różnej mocy i pochodzących z różnych epok, w wydarzeniach tego typu stworzono przepisy, dzięki którym o sukcesie na mecie decyduje regularność i precyzja jazdy – trzeba pokonać wyznaczoną trasę, a na każdym punkcie kontrolnym zameldować się o czasie, nie za późno i nie za wcześnie, bo za to otrzymuje się punkty karne. Najsłynniejszym tego typu rajdem klasyków jest Mille Miglia, w którym na dystansie tysiąca mil rywalizują posiadacze samochodów wyprodukowanych przed 1957 rokiem. Zgodnie z założeniami nie chodzi o ściganie, ale precyzyjną jazdę, ale i tak wszyscy starają się gnać jak najszybciej, przy aplauzie policjantów i karabinierów. W końcu to Włochy, trudno się dziwić.

Yuya Hasegawa potrafi sprawić, że w wyczyszczonych przez niego butach można się przejrzeć. Wizyta w jego pracowni nie należy do tanich, ale to w końcu mistrz świata, a samo doświadczenie jest wyjątkowe 

W 2018 roku w Europie odbyło się sporo imprez tego typu. Najczęściej organizowane są one w przepięknych miejscach. Weźmy Coupe des Alpes odbywający się na trasie historycznego Alpine Rally z lat 1932–1971. Start ma miejsce w miejscowości Evian, a potem trasa wiedzie przez dziewiętnaście szczytów górskich do mety w Cannes. Organizatorzy kładą nacisk na przyjacielską atmosferę. W zawodach bierze udział około dwustu kierowców, dlatego nigdy nie wiesz, z kim zasiądziesz wieczorem do kolacji. Wśród gości dominują bankierzy, eks-kierowcy rajdowi lub wyścigowi, a także szefowie domów aukcyjnych. Czasami zdarzy się też jakaś gwiazda muzyki.

To tylko usterki

„Podróże samolotem są wygodne, ale większość czasu na pokładzie spędzasz, oglądając kiepskie filmy na miniaturowym ekranie” – opowiada Guy Berryman, basista Coldplay i znany miłośnik klasycznej motoryzacji. W swojej posiadłości w Cotswolds w Anglii ma dość miejsca, by pomieścić ukochane samochody: między innymi Abartha 750 Zagato, Bugatti Veyrona i Alfę Romeo 6C Villa d’Este. „Zupełnie inaczej patrzysz na świat zza kierownicy – mówi Guy. – Dla mnie istota rajdów klasycznych samochodów nie wymaga tłumaczenia: widzisz i odczuwasz dużo więcej, dzięki temu wracasz do domu usatysfakcjonowany, spełniony”. Dla Berrymana tego typu wydarzenia stanowią świetną odskocznię od życia na trasie koncertowej, stara się więc oddawać swojemu hobby w okresach, gdy Coldplay nie koncertuje (zespół zazwyczaj robi sobie rok wolnego po każdym tournée). Poza tym – na coś trzeba wydawać pieniądze z hiciorów Coldplaya. Berryman zresztą planuje uruchomienie magazynu o samochodach, będzie się nazywał „Road Rat”.

Spełnienie marzeń niekiedy okupione jest sporym wysiłkiem. Fenomen rajdów samochodów klasycznych polega właśnie na tym, że niemal zawsze coś idzie nie po twojej myśli. „Dotarcie do celu w kilkudziesięcioletnim samochodzie to zawsze wyzwanie – śmieje się Guy Berryman. – Usterki są pewne jak w banku, to może być popsuta pompa paliwowa, niedziałający cylinder (albo dwa), przegrzewanie się silnika albo okno, które nie daje się zamknąć – lista problemów zdaje się nie mieć końca i doświadczyłem wszystkich. Celem jest to, by dotrzeć do mety, bez względu na wszystko. To oznacza, że czasami musisz zajechać do lokalnego warsztatu, żeby dokonać niezbędnych napraw. Takie wizyty zawsze są ciekawym doświadczeniem, niemal na pewno spotkasz tam mechanika, który jest po osiemdziesiątce, nie dosłyszy, mówi jedynie w swoim języku i na dodatek jest strasznym zrzędą” – śmieje się Guy.

W pustyni i w stepie

Im trudniejszy rajd, tym bardziej niesamowite opowieści można usłyszeć. Daniel Spadini, szwajcarski biznesmen (jego firma to potentat w produkcji zegarów ściennych zamawianych przez marki takie jak Audemars Piguet czy TAG Heuer jako gadżety promocyjne), pokochał rajdy klasyków, gdy zobaczył w telewizji materiał o przywróconym do życia rajdzie z 1907 roku z Paryża do Pekinu. „Siedemdziesiąt pięć klasyków przekraczało granicę między Indiami i Pakistanem. Patrzyłem na to jak urzeczony i natychmiast zdecydowałem, że chcę wystartować w imprezie tego typu. Kupiłem Jaguara Mark 1 z silnikiem 3,4 litra. Mechanik pracował nad nim półtora roku, zanim uznałem, że jestem gotowy do startu w rajdzie Londyn–Pekin w 2000 roku”.

Przez ostatnich osiemnaście lat Spadini startował w ponad dwunastu tego typu zawodach i ma mnóstwo historii do opowiedzenia; wspomina na przykład jazdę przez mongolski step z niesprawnymi hamulcami, zatopienie Jaguara podczas przeprawy przez rzekę albo sytuację podczas Rally of the Incas w 2016 roku, gdy z powodu upału benzyna parowała z przewodów paliwowych. Mimo problemów, które wiążą się z tego typu wyprawami, a może właśnie ze względu na nie, Endurance Rally Association, organizacja zrzeszająca organizatorów rajdów klasycznych samochodów, podaje, że chętnych do udziału w nich nie brakuje, do tego stopnia, że powstają listy oczekujących.

„Popularność rajdów niepomiernie wzrosła w ostatnich latach” – przyznaje Paul Maudsley, niegdyś ekspert do spraw zegarków domu aukcyjnego Phillips, kolekcjoner klasycznych samochodów. Imprezy mają najróżniejszy charakter, od bardzo oficjalnych, którymi rządzą surowe regulaminy, do takich, które mają charakter głównie towarzyski. „Kiedyś ludzie zajmowali się klasyczną motoryzacją po przejściu na emeryturę. Teraz spotykam wielu kierowców w wieku od 25 do 45 lat i to pozwala mi czuć, że pasuję do tego grona” – śmieje się Paul .

Droga przyjemność

Nie jest to jednak tania przyjemność. Wpisowe w przypadku krótszych, dwu-, trzydniowych imprez to wydatek około piętnastu tysięcy złotych, w tę cenę wliczone jest zakwaterowanie, kolacje i wsparcie mechaników. W przypadku Mille Miglia trzeba wydać ok. 40 tysięcy złotych, a na udział w rajdzie Paryż–Pekin wyłożyć trzeba ok. 250 tysięcy złotych, w tej cenie są między innymi noclegi na trasie i możliwość korzystania z cystern z paliwem transportowanych na pustynię Gobi. Uczestnicy muszą jednak być przygotowani na dodatkowe wydatki, które, w przypadku rajdu Paryż–Pekin, mogą wynieść nawet 500 tysięcy złotych. Sporą część tej kwoty pochłaniają przygotowania samochodu do tak trudnej wyprawy. O ile start w europejskim rajdzie zazwyczaj nie wymaga szczególnych zabiegów, o tyle w Azji na samochody czekają fatalne drogi, które dla źle przygotowanego samochodu mogą okazać się zabójcze. Niekiedy jednak nie trzeba nawet mieć samochodu – organizacja o nazwie Historic Endurance Rally Organisation oferuje program, w którego ramach klasyka można wypożyczyć na czas trwania imprezy – może to być Ford Cortina, Porsche 911 czy przedwojenny Aston Martin.

Jeśli jednak nabrałeś ochoty na taki wyjazd, upewnij się, że masz odpowiedni zegarek. Bliskie związki zegarmistrzostwa i motoryzacji sięgają daleko wstecz, do czasów powojennych, gdy takie marki jak TAG Heuer czy Minerva zaczęły pojawiać się na torach wyścigowych. Paul Sweetenham, współtwórca brytyjskiej marki zegarkowej Farer, stwierdza: „Zegarek daje ci przepustkę do świata klasycznej motoryzacji. Pojechać do Goodwood z dobrym zegarkiem i pojechać bez niego to dwie różne rzeczy”. Firmy zegarkowe bacznie przyglądają się fenomenowi rajdów samochodów klasycznych. W przypadku niektórych marek, jak Chopard i Mille Miglia, współpraca trwa od ponad trzydziestu lat. W ostatnich latach dołączają inne marki zegarkowe, choćby Montblanc, który został partnerem Goodwood Festival of Speed. Z kolei A. Lange & Soehne sponsoruje Concours d’Elegance we włoskim Villa d’Este, prawdopodobnie najbardziej snobistyczną imprezę motoryzacyjną w Europie. Inne marki idą jeszcze dalej: Farer stworzył film dokumentujący podróż swojego założyciela Paula Sweetenhama za kierownicą Jaguara E-Type do Szwajcarii po odbiór pierwszej partii zegarków produkowanych tam dla tej marki. Z kolei twórcy angielskiej firmy Bremont, Nick i Giles English, odbyli podróż przez Stany Zjednoczone za kierownicą Porsche 911 i Jaguara E-Type, która w części była realizacją ich marzenia, a po części stanowiła promocję marki Bremont.

 

Przykładem niezwykłego mariażu świata zegarków i klasycznej motoryzacji jest historia mało znanej szwajcarskiej firmy zegarkowej Lonville, którą w 2007 roku do życia przywrócił holenderski bankier Joost Vreeswijk. Dwa lata później zrealizował inne ze swych marzeń i powołał do życia Lonville Classic, elitarny, zamknięty rajd. Trasa przejazdu wiedzie zazwyczaj przez szwajcarskie Alpy albo dookoła jezior północnych Włoch, choć raz uczestnicy zapędzili się też do Szkocji. Ważnym elementem imprezy jest duch dolce vita, dlatego uczestnicy odwiedzają pięciogwiazdkowe hotele i restauracje wyróżnione gwiazdkami Michelina.

„Dwanaście lat temu przeniosłem się z Londynu do Lugano w Szwajcarii – mówi Vreeswijk. – Przyjemność sprawia mi podziwianie piękna krajobrazu i smakowanie wyśmienitych potraw, dlatego w 2009 roku postanowiłem zorganizować pierwszą edycję Lonville Classic. Jeździmy samochodami, ale organizujemy nietypowe konkurencje dla uczestników, na przykład portretowanie swojego auta albo perfekcyjny dobór ubrań do samochodu”. W Lonville Classic każdy ma szansę wygrać, choć na mecie nie czeka nagroda pieniężna ani puchar. „Zwycięzca zostaje uwieczniony na plakacie, który promuje kolejną edycję naszej imprezy” – wyjaśnia Vreeswijk. W świecie klasycznej motoryzacji i miłości do starych samochodów, w którym ludzie mają pieniądze, trudno wymyślić piękniejsze trofeum.

Tekst Chrisa Halla ukazał się w pierwszym tegorocznym wydaniu "Big Black Booka" 

Polecane wideo

Komentarze

Polecane dla Ciebie