Ile dzieli nas od zagłady? John H. Richardson pisze o nadciągającej katastrofie
Fot: iStock

Ile dzieli nas od zagłady? John H. Richardson pisze o nadciągającej katastrofie

Wybitni klimatolodzy popadają w depresję, bo jak to ujął dosadnie jeden z nich: „Mamy przejebane”.
05.09.2018

To był tylko drobny incydent, ale Jason Box nie chce o nim rozmawiać. Od tamtej pory skrzętnie unika mediów. Zeszłego lata, kiedy przeczytał na blogu szefa ekipy naukowców ze szwedzkiego lodołamacza „Oden” relację z prowadzonych przez niego badań na Arktyce w ramach międzynarodowej ekspedycji Uniwersytetu Sztokholmskiego. „Potwierdziły się nasze obserwacje dotyczące podwyższonej koncentracji metanu, którego jest tu około dziesięć razy więcej niż w otaczających wodach morskich […] Odkryliśmy ponad sto nowych miejsc, z których uwalnia się metan. […] Płyniemy przez wolne teraz od lodu Morze Łaptiewów, a bogowie pogody wciąż nam sprzyjają...”

Czytaj też: Wyspa śmieci zniknie z oceanu? Boyan Slat ma pomysł na czyszczenie Pacyfiku 

Jako wybitny klimatolog, który wiele lat poświęcił badaniom Arktyki w Centrum Studiów Polarnych i Klimatycznych przy Uniwersytecie Stanowym w Ohio, Box wiedział, że ta notatka, mimo że utrzymana w zdystansowanym naukowym tonie, opisuje jeden z najbardziej koszmarnych długookresowych scenariuszy związanych ze zmianą klimatu: coraz wyższa temperatura wód morskich powoduje ulatnianie się większych ilości metanu, który sprzyja dalszemu ociepleniu, co z kolei jeszcze bardziej nasila proces emisji tego gazu cieplarnianego. To błędne koło będzie się kręcić dopóty, dopóki nasza planeta wytrzyma. I ani chwili dłużej.

Box spontanicznie wysłał tweeta: „Jeżeli choćby część związków węgla z dna Oceanu Arktycznego przedostanie się do atmosfery, mamy przejebane”.

Box od lat mówi otwartym tekstem. Prowadził projekty naukowe dla Greenpeace, a w 2011 roku uczestniczył w masowych protestach pod Białym Domem, zorganizowanych przez 350.org. Gdy w 2013 jedno z czasopism przytoczyło jego prognozę, że w ciągu najbliższych stuleci prawdopodobnie czeka nas wzrost poziomu mórz o ponad 20 metrów, trafił na pierwsze strony wielu gazet. Teraz jednym dosadnym słowem Box wkroczył na szczególnie cienki lód. Przede wszystkim, brudny sekret klimatologów i urzędników rządowej polityki klimatycznej polega na tym, że jedni i drudzyw swoich przewidywaniach opierają się na zasadzie prawdopodobieństwa. A to oznacza, że standardy, jakie wyznacza się w kwestii docelowej emisji CO2 (np. redukcja o 80 proc. do roku 2050) wynikają ze środkowych wartości na krzywej prawdopodobieństwa. Box tymczasem wziął pod uwagę znacznie bardziej pesymistyczne dane z ogona krzywej, czyli te, które dopuszczają tylko nieliczni naukowcy i chyba żaden z polityków.

Co gorsza, Box dał się ponieść emocjom, a to przecież nie na miejscu we wszystkich gałęziach nauki, a już zwłaszcza w klimatologii. Jak wykazały niedawne badania Uniwersytetu w Bristolu, specjaliści od zjawisk klimatycznych są tak zniechęceni prowadzonymi przeciwko nim bezwzględnymi kampaniami, że na ogół unikają jakichkolwiek kategorycznych stwierdzeń, by nie przyczepiono im etykietki „alarmistów”. Wycofują się więc w świat danych, wykresów i statystyk. Ale nie Box. On zdołał temu wszystkiemu stawić czoła. Oburzał się nawet na szum w mediach, czemu dał wyraz w wywiadach dla duńskiej prasy, która jego „przejebane” tłumaczyła na eufemistyczne „jesteśmy w czarnej dupie”, drukowane wielkimi literami w większości gazet w kraju.

Kłopot w tym, że Box pracuje obecnie dla rządu duńskiego, i chociaż Dania w dziedzinie polityki klimatycznej uchodzi za najbardziej postępowe państwo na świecie, to jej przywódcy nie byli zachwyceni rewelacjami naukowca roztaczającego przed ludźmi wizję globalnej zagłady. W przeświadczeniu, że może stracić pracę i stanowisko zaledwie rok po tym, jak z niemałym trudem namówił rodzinę do przeprowadzki za ocean, Box musiał się tłumaczyć przed kierownictwem swojego instytutu badawczego. Teraz więc dmucha na zimne i kiedy wysyłam do niego mail z prośbą o telefon i rozmowę na temat jego ostatnich „ponurych przewidywań”, po prostu nie odpisuje.

Pięć dni później: „Doktorze Box, piszę ponownie, na wypadek gdyby moja poprzednia wiadomość wylądowała w koszu. Proszę o kontakt”.

Tym razem naukowiec lakonicznie odpowiada. „Przypuszczam, że większość klimatologów zdaje sobie sprawę z zatrważających faktów dotyczącychzmian klimatycznych, ale zakopuje tę świadomość pod ochronną warstwą uników (choć oczywiście w zupełnie inny sposób, niż to czynią konserwatyści). Wciąż mnie zdumiewa, jak niewielu klimatologów publicznie wzywa do przeciwdziałania globalnemu ociepleniu czy bierze udział w demonstracjach, domagając się podjęcia jakichś działań.” Prośbę o kontakt telefoniczny jednak ignoruje.

Po tygodniu dobijam się kolejny raz: „Doktorze Box, obejrzałem pana wystąpienie na szczycie arktycznym pisma „The Economist”. Jestem pod wrażeniem. Chciałbym się z panem spotkać”.

Ale Box nie chce rozmawiać na temat ponurych przepowiedni. „Chowanie głowy w piasek nie wchodzi w grę” – odpowiada – „a poddawanie się objawom przypominającym przypominającym zespół stresu pourazowego nic nie da”. Cytuje skandynawskie przysłowie: „Głupi człowiek spędza bezsenne noce na zamartwianiu się, a kiedy wstaje dzień, niepokój nadal go dręczy”.

Większość ludzi nie ma w zanadrzu takich przysłów. Próbuję więc po raz ostatni: „Dobrze by było, gdybym mógł pana odwiedzić, poznać pańską rodzinę i postarać się, by ten wywiad miał bardziej ludzki, osobisty charakter”.

Chciałem spotkania z Boxem, aby się dowiedzieć, jak ten szczery do bólu Amerykanin daje sobie radę. Z rodziną opuścił Stany Zjednoczone, by z bliska obserwować i badać topnienie pokrywy lodowej na Grenlandii. Czy Box jest typowym naukowcem zaangażowanym w kluczowy problem dwudziestego pierwszego wieku? Jak znosi brzemię wykonywanej z własnego wyboru pracy w obliczu katastrofalnych zmian na Ziemi? Box w końcu ulega namowom i zaprasza mnie do Kopenhagi. Obiecuje nawet obiad w rodzinnym gronie.

Głód miliardów 

Od ponad trzydziestu lat klimatolodzy żyją w surrealistycznym świecie. Rosnąca liczba badań naukowych potwierdza, że globalne ocieplenie nasila się wraz ze wzrostem emisji gazów cieplarnianych, tak jak przewidywały symulacje. Obserwujemy namacalne, coraz bardziej drastyczne dowody na to zjawisko: kurczenie się areału lasów, migracje niektórych gatunków zwierząt na północ, topnienie wiecznej zmarzliny, dłuższe i gwałtowniejsze pożary lasów, częstsze występowanie susz, powodzi i gwałtownych burz – pięć razy częstsze w roku 2000 niż w 1970. Jak to otwarcie ujęto w ogólnokrajowej ocenie stanu klimatu z roku 2014, którą na zlecenie rządu Stanów Zjednoczonych przeprowadziło ponad trzystu najwybitniejszych ekspertów, zmiany klimatyczne wywołane przez człowieka są niezaprzeczalne – od lat siedemdziesiątych XX w. temperatury w USA wzrosły o 1,3-1,9 stopnia, co już zdążyło negatywnie wpłynąć na rolnictwo, stan wód, ludzkie zdrowie, przemysł energetyczny i transportowy oraz lasy i ekosystemy. Jednak nie to jest jeszcze najgorsze. Temperatura powietrza na Arktyce rośnie dwa razy szybciej niż w pozostałych rejonach świata – z badań zleconych przez Marynarkę Wojenną Stanów Zjednoczonych wynika, że morza wokół Arktyki mogą stracić swoją letnią pokrywę lodową już za rok, to jest 84 lata wcześniej niż przewidywały symulacje. Inne badania, przeprowadzone nieco ponad rok temu dowodzą, że pokrywa lodowa na zachodniej Antarktydzie również nie zdoła się utrzymać, co spowoduje, że poziom wód w oceanie podniesie się o jakieś 6-7,5 m. Sto milionów ludzi w Bangladeszu będzie potrzebowało nowego miejsca do życia, a mieszkańcy wielkich miast położonych na wybrzeżach całego świata również będą musieli się przesiedlić. Przedsięwzięcie to będą dodatkowo komplikowały kryzys ekonomiczny i zagrożenie klęską głodu – ponieważ tereny położone w środkowych obszarach kontynentów systematycznie wysychają. Czołowi naukowcy w departamencie Stanu USA przewidują, że w ciągu najbliższych 20-30 lat głód może dotknąć aż miliard osób. Pomimo optymistycznych dokonań w dziedzinie odnawialnych źródeł energii i przełomu w postawach elit rządzących wielu państw na świecie, emisja związków węgla nadal rośnie. Tymczasem za swoje wysiłki – to dość okrutny cios – naukowcy stali się celem nieprzejednanych, dobrze zorganizowanych ataków, które obejmują grożenie im śmiercią, wezwania do stawiennictwa przed wrogo nastawionym Kongresem, próby usuwania z pracy czy stanowisk, represje prawne czy trudne do spełnienia kryteria badań naukowych. By mócsię bronić, naukowcy musieli stworzyć własny fundusz. Do tego dochodzą nachalne kampanie propagandowe, jawnie finansowane przez światowe koncerny paliwowe. Tuż przed decydującym szczytem klimatycznym w Kopenhadze w roku 2009 w akcji inwigilacyjnej hakerzy przechwycili tysiące maili pracowników naukowych. Chociaż sprawy nigdy nie wyjaśniono, a oficjalne dochodzenie niczego nie udowodniło, analizy ekspertów kryminalistyki wskazują, że trop prowadzi do serwerów zlokalizowanych w Turcji oraz państwach, które są największymi producentami ropy naftowej, czyli Arabii Saudyjskiej i Rosji.

W środowiskach ekologów narasta przygnębienie. Jim Driscoll z National Institute of Peer Support niedawno ukończył badania z udziałem wieloletnich aktywistów, u których najczęściej występującymi uczuciami są smutek, następnie strach i gniew. Jedna z czołowych działaczek, Gillian Caldwell, przyznała publicznie, że cierpi na, jak to określiła, „traumę klimatyczną”. Opuściła grupę ekologów, którą kiedyś sama organizowała, i opublikowała artykuł pod tytułem: „16 rad, jak uniknąć klimatycznego wypalenia”. „Wzmocnij granice między sferą zawodową a prywatną. Bardzo trudno przełączyć się z obezwładniających apokaliptycznych prognoz w pracy na życie domowe, gdzie w zestawieniu z niepewną sytuacją świata wszystkie kłopoty wydaja się błahe i nieistotne”, pisze w swoim tekście.

Większość spośród dziesiątków naukowców i aktywistów, z którymi ostatnio rozmawiałem, tłumaczy swoją melancholię niepowodzeniem konferencji klimatycznej z 2009 roku. Wspominają też często, że od nadziei na powstrzymanie katastrofy stopniowo przechodzą do planowania, jak się przystosować: książka Billa McKibbena pod tytułem „Eaarth” jest poradnikiem przetrwania na planecie tak diametralnie różnej od tej, którą znamy, że jego zdaniem nawet nazwę powinniśmy pisać inaczej. James Lovelock podobne przesłanie zawarł w książce „A Rough Ride to the Future” . W Australii Clive Hamilton nadaje swoim książkom i artykułom tytuły w stylu „Requiem for a Species”. W jednym z ostatnich numerów „New Yorkera” pogrążony w melancholii Jonathan Franzen pisze, że dzisiejsza Ziemia „przypomina śmiertelnie chorego pacjenta, któremu możemy zaoferować albo agresywną terapię, albo współczucie i opiekę paliatywną”. Uważa, że powinniśmy więc porzucić daremne próby uniknięcia nieuniknionego i zamiast tego wydawać pieniądze na nowe rezerwaty przyrody, gdzie ptaki będą mogły wymierać trochę wolniej.

Na najciemniejszym krańcu spektrum są grupy takie jak Deep Green Resistance, które otwarcie popierają akcje sabotażowe przeciwko „infrastrukturze przemysłowej”, a także tysiące osób odwiedzających ich portal internetowy i słuchających wykładów Guya McPhersona, profesora biologii z Uniwersytetu Arizony. McPherson doszedł do wniosku, że odnawialne źródła energii nie poprawią stanu rzeczy; porzucił pracę i zamieszkał na samowystarczalnej farmie, by przygotować się na radykalną zmianę klimatu. „Cywilizacja jest jak silnik cieplny” – uważa. – „Nie uciekniemy z pułapki, w którą się sami zapędziliśmy”.

Najbardziej wpływowy jest Paul Kingsnorth, pisarz i długoletni działacz klimatyczny, który w 2009 roku stracił nadzieję na jakąkolwiek poprawę w polityce wobec zmian klimatu i zaszył się w lasach zachodniej Irlandii. Pomógł w założeniu grupy pod nazwą Dark Mountain, wzywającej w swoim poruszającym, pesymistycznym manifeście do tworzenia sieci pisarzy, publicystów, artystów i myślicieli, którzy przestali wierzyć w mity, jakie cywilizacja tworzy na swój temat. Są wśród tych mitów historie o dobrodziejstwach postępu, potrzebie nieustannego rozwoju i wyższości człowieka nad innymi gatunkami. Idee grupy szybko się rozprzestrzeniły – obecnie ma ona pięćdziesiąt sekcji na całym świecie. Sympatycy Dark Mountain piszą na jej temat sztuki teatralne, piosenki i prace doktorskie. Kingsnorth dzwoni z Irlandii i wyjaśnia mi swoje przesłanie: – Z nadzieją trzeba być ostrożnym. Oparta na nierealistycznych przesłankach musi upaść, a wtedy zostaje tylko rozpacz. Widziałem to w Kopenhadze – po szczycie klimatycznym zapanowała tam całkowita bezsilność i rezygnacja.

Prywatnie – chociaż jest przekonany, że są to gesty o nikłym znaczeniu – sadzi drzewa, uprawia warzywa, unika rzeczy z plastiku. Przestał latać samolotami. „Uważam to za swój moralny obowiązek. W takiej sytuacji można zrobić tylko to, co się uznaje za słuszne”. Jest, o dziwo, znacznie bardziej wyrozumiały niż działacze, którzy wciąż prowadzą walkę, nawet w stosunku do polityków skorumpowanych przez koncerny naftowe: „Wszyscy kochamy owoce postępu – samochody, komputery, iPhone’y. Który polityk obieca wyborcom przyszłość, w której nie będą mogli kupować co rok nowego modelu?” – śmieje się.

Czy uważa, że zrobię coś złego, jeśli na wywiad z klimatologiem przylecę samolotem? Znowu wybucha śmiechem: „Niech pan sam sobie odpowie na to pytanie”.

Panika nikomu nie pomoże 

Wszystko to stawia klimatologów w niezręcznym położeniu. Gavin Schmidt zajmuje narożne biuro na siódmym piętrze należącego do NASA Instytutu Studiów Kosmicznych im. Goddarda. To samo, gdzie dawniej urzędował legendarny naukowiec James Hansen, który w 1988 roku jako pierwszy przedstawił Kongresowi fakty dotyczące zmian klimatycznych i tak się zaangażował, że w końcu został aresztowany za udział w protestach przeciwko kopalniom węgla. Teraz Instytut naraził się swoim ostatnim raportem Republikanom, którzy na początku bieżącego roku zagrozili jego zespołowi obcięciem budżetu o 30 proc. Schmidt, chociaż podobnie jak wielu innych badaczy w 2009 roku padł ofiarą włamania do komputera (co, jak przyznaje, wpędziło go na jakiś czas w poważną depresję), dzisiaj konsekwentnie skupia się na pozytywach. „To nieprawda, że niczego nie dokonaliśmy. Wiele rzeczy udało się załatwić. Na przykład emisja gazów cieplarnianych jest w większości krajów rozwiniętych stabilna. Więc jednak coś robimy”.

Słynny tweet Boxa rozdrażnił go.

– Absolutnie się z tym nie zgadzam. Według mnie wcale nie mamy przejebane. Jest jeszcze czas, żeby wypracować rozsądne rozwiązania wielu problemów klimatycznych. Nie trzeba przecież od jutra zamykać wszystkich elektrowni węglowych. Można to robić stopniowo. „Mamy przejebane, nic się już nie da zrobić” brzmi efektownie, ale to jest dość nihilistyczne podejście. Zawsze mamy jakiś wybór. Możemy nadal podejmować złe decyzje, ale możemy też zacząć podejmować mądrzejsze.

Schmidt, który oczekuje narodzin swojego pierwszego dziecka i stara się prowadzić ekologiczny, „niskowęglowy” styl życia, cały czas twierdzi, że włamania do komputerów, śledztwa i groźby obcięcia budżetu wcale go nie zniechęcają. Odrzuca też dramatyczne wizje raptownych zmian klimatycznych.

– Akurat emisją metanu dużo się zajmuję i wiem, że większość tego, co piszą w gazetach, to bzdury. Nie ma jednoznacznych dowodów, że na Arktyce dzieje się coś radykalnie innego niż dotychczas, poza faktem, że pokrywa lodowa wszędzie dość szybko topnieje.

A jednak zmiany klimatyczne zachodzą nieustannie, choć stopniowo. Średnie temperatury poszły w górę o prawie 1 stopień Celsjusza, a poziom wody w oceanach wzrósł o około 20 cm. Jeżeli nie stanie się nic nieprzewidzianego, za 30-40 lat dojdziemy do dwóch stopni, a to już uważa się za potężną katastrofę – topniejące lodowce, podniesienie poziomu wód, susze, głód, turbulencje gospodarcze na ogromną skalę. A wielu naukowców obecnie uważa, że jesteśmy na prostej drodze do 4-5 stopni – nawet koncern Shell ogłosił, że przewiduje ocieplenie o 4 stopnie, ponieważ nie zauważa, by „rządy podejmowały kroki, odpowiadające scenariuszowi 2 stopni”. To by oznaczało, że światu grozi ekonomiczna, społeczna i ekologiczna zapaść.

– Nie da się ukryć – rzuca Schmidt niemal od niechcenia – że zwykły porządek tego świata będzie wkrótce wyglądał zupełnie inaczej. Jeśli przewidywania się spełnią, dojdzie do przesiedleń na ogromną skalę. Ale niektóre przemiany społeczne zachodzą szybciej, niż można by się spodziewać – dodaje. – Weźmy na przykład stosunek do małżeństw homoseksualnych.

A co się stanie z lodowcami?

– Lodowce będą topnieć nadal – odpowiada. – Ale i tak moja odpowiedź na komentarz Boxa brzmi: jaki jest sens, żeby tak mówić? To nikomu nie pomoże.

Tak się składa, że Schmidt był pierwszym laureatem Climate Communication Prize – nagrody przyznawanej przez Amerykańskie Towarzystwo Geofizyczne za rzetelne informowanie o zmianach klimatycznych, a ostatnio przeprowadzone badania nad przekazami o stanie klimatu potwierdzają, że uczciwe rozmowy na temat ponurej rzeczywistości odstręczają ludzi – prawda po prostu nas przerasta. Ale prawda to jedno, a strategia co innego. Czy topniejące lodowce nie są cennym źródłem wody dla setek milionów ludzi?

– Zwłaszcza na subkontynencie indyjskim jest to poważny problem – mówi Schmidt. – W tym rejonie bez wątpienia ludność będzie musiała migrować. A podniesienie poziomu wód w oceanach? Bangladesz już teraz jest prawie pod wodą. Czy sto milionów ludzi trzeba będzie przenieść gdzie indziej?

– Z pewnością tak. W ramach zwykłego porządku rzeczy. Nadal nie uważam, że mamy przejebane.

Wojny o zasoby naturalne, niedożywienie, głód, masowe migracje?

– Będzie się działo wiele złego. Co może zrobić pojedynczy człowiek? Pan pisze artykuły, ja zajmuję się pracą naukową. Nie będziemy przecież biegać i krzyczeć: „Przejebane! Przejebane!”. To nikogo nie zmotywuje do działania.

Klimatologiczna depresja 

Naukowcy to ludzie z definicji nastawieni na rozwiązywanie problemów, którzy hołdują etycznemu ideałowi zachowania obiektywizmu i dystansu. Gdy Jeffrey Kiehl był starszym pracownikiem w Narodowym Centrum Badań Atmosfery, zwrócił uwagę na sposób, w jaki nasz umysł uparcie zaprzecza zmianom klimatycznym. To zagadnienie tak go zafrapowało, że postanowił skończyć studia psychologiczne. Po dziesięciu latach badań doszedł do wniosku, że konsumpcja i rozwój stały się tak ważne dla naszego poczucia tożsamości, a perspektywa strat ekonomicznych wywołuje tak obezwładniający lęk i niepokój, że nie chcemynawet słyszeć o podjęciu koniecznych kroków.

A jeszcze gorsze jest to, że zaakceptowanie faktów grozi nam utratą wiary w fundamentalny porządek świata. Kiehl uważa, że klimatolodzy różnią się od zwykłych ludzi tylko tym, że mają zawodową wymówkę dla swojego naukowego dystansu. Zazwyczaj dopiero w dojrzałym wieku przyznają, jak bardzo są przejęci i zaczynają wypowiadać się bardziej bezkompromisowo.

– W końcu dochodzimy do punktu, w którym czujemy – tak, to właściwe słowo, czujemy, nie tylko uważamy – że musimy coś zrobić – tłumaczy Kiehl.

To mogłoby wyjaśniać gwałtowną reakcję Camille Parmesan z Uniwersytetu Teksańskiego – członkini grupy, która wspólnie z Alem Gorem otrzymała Nagrodę Nobla za pracę na rzecz klimatu. Parmesan nieoczekiwanie ogłosiła, że padła ofiarą „depresji zawodowej” i zamierza wyjechać na stałe ze Stanów do Anglii. Prostolinijna mieszkanka Teksasu, która wychowała się w Houston jako córka geologa naftowego, twierdzi, że podjęła tę decyzję bardziej z powodów politycznych niż naukowych:

– Szczerze mówiąc, piętnaście lat temu spanikowałam. To było wtedy, gdy opublikowano pierwsze badania na temat zmian w tundrze arktycznej, która dawniej pochłaniała dwutlenek węgla, a teraz stała się jego źródłem. Ta wiadomość w połączeniu z faktem, że obszar występowania gatunku motyla, który badałam, przesunął się prawie o pół kontynentu, sprawiła, że stwierdziłam: to nie są żarty. A od tamtej pory coraz więcej zjawisk to potwierdza.

Parmesan nie widzi powodu do optymizmu.

– Czy uważam za prawdopodobne, że w ciągu najbliższych pięćdziesięciu lat wspólnota międzynarodowa podejmie wystarczające kroki, by ustabilizować klimat? Szczerze mówiąc, nie.

W 2009 roku, po niepowodzeniu szczytu klimatycznego, mieszkała jeszcze w Teksasie. Wtedy to doniesienia w mediach na temat stanu klimatu spadły o dwie trzecie – problemu ani razu nie poruszono w debatach prezydenckich w 2012 – a gubernator Rick Perry usunął z raportu o zalaniu miasta Galveston na skutek huraganu Ike fragmenty dotyczące wzrostu poziomu wód w oceanach. W ten sposób został pierwszym, choć nie ostatnim urzędnikiem państwowym, który zakazał używania zwrotu „zmiany klimatyczne”.

– Teksas ma znakomitych klimatologów – mówi zdecydowanie Parmesan. – Na każdym uniwersytecie w tym stanie są pracownicy naukowi zajmujący się wpływem człowieka na klimat. Naprawdę można się załamać, kiedy władze stanowe całkowicie to ignorują.

Polityka zebrała swoje żniwo. Dzięki badaniom nad motylami Camille Parmesan wzięła udział w panelu klimatycznym zorganizowanym przez ONZ, odebrała tam jednak „krótką, twardą lekcję na temat polityki”. Z fragmentu raportu, mówiącego o tym, że naukowcy są głęboko przekonani, że różne gatunki zwierząt reagują negatywnie na zmiany klimatyczne, decydenci wykreślili słowa „głęboko przekonani”. Potem zaczęły się personalne ataki na prawicowych blogach i stronach internetowych.

– Kłamią nam bezczelnie prosto w twarz. Dlatego zamieszkałam w Wielkiej Brytanii. To nie jest tylko kwestia poglądów na zmiany klimatyczne. W Stanach od jakiegoś czasu nasila się wrogie nastawienie do nauki w ogóle. Ludzie są agresywni i napastliwi. Poczułam ogromną ulgę, kiedy wreszcie mogłam od tego odpocząć – tłumaczy. Teraz doradza swoim studentom, by szukali pracy poza Stanami Zjednoczonymi.

Nikt nie doświadczył wspomnianej wrogości bardziej dotkliwie niż Michael Mann, który jeszcze jako młody doktorant miał swój udział w zebraniu danych do historycznej rekonstrukcji temperatur w ostatnim tysiącleciu, nazwanej później „wykresem kija hokejowego”. Jest to chyba najbardziej kontrowersyjny wykres w historii ludzkości, na którym widać, jak krzywe temperatury i emisji gazów cieplarnianych szybują w górę, układając się w kształt łopatki kija hokejowego. Mann był inwigilowany, piętnowany w Kongresie, grożono mu śmiercią, oskarżano o oszustwo, przysłano mu biały proszek w kopercie, dostał też tysiące maili o treści w stylu: „powinno się pana rozstrzelać, poćwiartować i rzucić na pożarcie świniom, razem z całym pana pomiotem”. Sympatyzujące z konserwatystami firmy prawnicze wywierały naciski na władze uniwersytetu, a jeden z brytyjskich dziennikarzy zasugerował krzesło elektryczne. W roku 2003 komisja senatora Jamesa Inhofe’a wezwała go do składania zeznań w obecności dwóch ekspertów, zaprzeczających zmianom klimatycznym. W 2011 roku wspomniana komisja straszyła Manna i szesnastu innych naukowców śledztwem federalnym. Teraz Mann, za biurkiem w swoim biurze w Penn State, przypomina sobie targające nim emocje.

– Znalazłem się w samym środku politycznego teatru, przed szachownicą, na której rozgrywałem pojedynek z najbardziej wpływowymi figurami – czułem wściekłość, oszołomienie, rozczarowanie i odrazę. Przyznaje, że wielu naukowców daje się zastraszyć. Niektórym jego kolegom represje, oskarżenia i śledztwa dopiekły tak mocno, że w końcu wycofali się z życia publicznego. Jeden był bliski samobójstwa. Mann jednak postanowił walczyć. Zaczął poświęcać więcej czasu na wywiady prasowe i przemówienia. Tak odkrył, że kontakt z innymi zaangażowanymi ludźmi zawsze go podnosi go na duchu. Ale poczucie osobistego zagrożenia nigdy go nie opuszcza.

– Uważam na wszystko, co mówię i robię, bo wiem, że w każdej chwili mogę być pod obserwacją. Prywatnie jest coraz bardziej zaniepokojony postępującą zmianą klimatu. 

– Wiem, że rozmawiał pan z Jasonem Boxem – niejeden z nas miał podobne jak on odczucia, kiedy stało się jasne, że pod wieloma względami zmiany klimatyczne zachodzą szybciej, niż oczekiwaliśmy. Być może prawdą jest to, o czym przekonywali nas twórcy modeli topnienia wiecznej zmarzliny, że trzeba tysiąca lat lub więcej, by stopniała pokrywa lodowa Grenlandii. Być może jednak się mylą – to może się rozegrać w ciągu zaledwie stu, dwustu lat. A wtedy to już zupełnie inna rozmowa – stawką w grze jest to, czy nasza cywilizacja i w ogóle życie na Ziemi zdoła się przystosować do zmian i przetrwać. 

Według Manna, naukowcy tacy jak Schmidt, którzy wolą koncentrować się na środkowej części krzywej prawdopodobieństwa, nie reprezentują prawdziwie naukowego podejścia. Jeszcze gorsi są niby sprzymierzeńcy, tacy jak Bjorn Lomborg, którzy biorą pod uwagę najbardziej optymistyczne wersje. Wprawdzie zawsze należy mieć nadzieję, że wszystko się ułoży, ale przygotować się trzeba na najgorsze, a rzetelni badacze powinni dopuszczać również pesymistyczne opcje. 

Mimo to Mann, podobnie jak Schmidt, usilnie patrzy na tę jaśniejszą stronę. Twierdzi, że możemy rozwiązać problem tak, by nie wywracać do góry nogami naszego stylu życia. Wszystko wskazuje na to, że świadomość opinii publicznej wzrasta, a władze wykonawcze podejmują wiele dobrych inicjatyw: wprowadza się surowsze normy dotyczące paliw, kary za przekroczenie dopuszczalnej emisji związków węgla, zawarto porozumienie między Chinami a USA w sprawie emisji gazów cieplarnianych. W ubiegłym roku odnotowaliśmy wzrost ekonomiczny bez zwiększenia emisji związków węgla, co sugeruje, że można uniezależnić wzrost od ropy naftowej. A przemiany społeczne czasami następują w zadziwiająco szybkim tempie – jak w kwestii małżeństw homoseksualnych. 

Oczywiście rozumie, że małżeństwa homoseksualne to jednak co innego, bo nie przynoszą przecież ogromnych strat ekonomicznych, a najbardziej wpływowe koncerny na świecie wciąż walczą o powstrzymanie zmian w gospodarce opartej na paliwach kopalnych. Więc owszem, boryka się z wątpliwościami. I przyznaje, że niektórzy jego koledzy cierpią na stany depresyjne, przekonani, że nie ma sposobu, by wspólnota międzynarodowa stanęła na wysokości zadania. Mann po konferencjach klimatycznych dużo o tym rozmawia i zawsze podkreśla, że nie traci nadziei.

By sobie z tym wszystkim poradzić, przebył długą drogę, znaczoną sprzecznymi emocjami. Jako młody naukowiec był bardzo tradycyjny. „Uważałem, że w dyskusjach uczeni powinni przyjmować bezstronny, chłodny punkt widzenia” – napisał w książce „The Hockey Stick and the Climate Wars”. „Powinniśmy robić wszystko, co w naszej mocy, żeby odciąć się od popadania w emocje, zamartwiania się, współczucia”. Ale nawet kiedy doszedł do wniosku, że w tym przypadku chłodny dystans to błąd i podjął działalność publiczną, zazwyczaj potrafił wyrzucić z głowy myśl o możliwych konsekwencjach „krzywej kija hokejowego”. 

– Naukowcy z definicji wierzą, że każdy problem ma rozwiązanie – tłumaczy.

Pytam, czy to przypadkiem nie kolejna forma zaprzeczania? Widać, że to pytanie daje mu do myślenia. Bierze głęboki oddech i odpowiada wyważonym tonem naukowca:

– Trudno powiedzieć. Zakładając daremność wszelkich wysiłków, jest to zaprzeczanie tej daremności.

Ale ja nie wiem na pewno, czy nasze wysiłki są daremne, więc o zaprzeczaniu w ścisłym sensie można by mówić tylko wtedy, gdybyśmy mieli niepodważalne dowody.

Przyznaje, że są chwile, kiedy docierają do niego wiadomości o nowych odkryciach w dziedzinie klimatologii i coś go w nich uderza. Czyta na przykład, że stopniały ogromne masy lodowców. Potem jednak spogląda z dystansu i zadaje sobie pytanie: „Co bym czuł, gdybym był zwykłym człowiekiem i przeczytał taki nagłówek? Chyba osiwiałbym z przerażenia”. 

Tuż po przejściu huraganu Sandy pokazywał w sali wykładowej film „Pojutrze”. Początkowo zamierzał skrytykować bzdurny scenariusz o osłabieniu cyrkulacji termohalinowej wód na Atlantyku, które następuje tak szybko, że Anglia pokrywa się lodem – tylko że badania, w których sam niedawno brał udział, wykazały, że globalny pas transmisyjny na Atlantyku rzeczywiście zwalnia, a to kolejne zjawisko, które zachodzi dziesiątki lat wcześniej niż to przewidywano w modelach. 

– A niektóre sceny po huraganie Sandy – zalanie metra w Nowym Jorku, samochody pod wodą – wcale się zbytnio nie różniły od tych w filmie. Fikcja przestaje być fikcją. 

Przejął się wtedy wyjątkowo, bo miał przed sobą studentów. Są młodzi, to bardziej ich przyszłość niż jego, pomyślał. Coś ścisnęło go w gardle i potrzebował dłuższej chwili, żeby wziąć się w garść. Mówi, że mniej więcej raz w roku ma koszmarne sny o tym, że Ziemia staje się obcą nieprzyjazną planetą. Najgorsze chwile przeżył, kiedy czytał córce książeczkę dr. Seussa, historyjkę o społeczeństwie zniszczonym przez chciwość. On sam uważał ją za krzepiącą, ponieważ kończy się wezwaniem do stworzenia nowego społeczeństwa, ale mała rozpłakała się i nie chciała do niej wracać. 

Kontrowersyjny kij hokejowy

Jest piękny dzień. wiosenny, słoneczny i rześki. W Kopenhadze roi się od turystów. Chcąc wykorzystać ten czas jak najlepiej, Jason Box proponuje, żebyśmy zrezygnowali z zapoznawczego obiadu i przejechali się rowerami. Pół godziny później przypinamy rowery przy wjeździe do Christianii, miejscowej wspólnoty anarchistycznej, jednej z najbardziej popularnych atrakcji Kopenhagi. Wynosi kilka piw z restauracji i prowadzi mnie na nabrzeże długiego, krętego jeziora. Wieje wiatr, tuż przy brzegu łabędzie trzepoczą skrzydłami, a Box siada w słońcu, grzebiąc stopami w piasku. 

– Jest wiele przerażających zjawisk – zaczyna i wylicza: topnienie morskiej pokrywy lodowej, spowolnienie cyrkulacji termohalinowej. Dopiero kilka lat temu badacze stwierdzili, że Grenlandia jest znacznie cieplejsza niż w latach 20., a jeszcze nieopublikowane dane bardzo przypominają „kij hokejowy”. Box przypuszcza, że prawdopodobieństwo, iż jesteśmy skazani na wzrost średnich temperatur o ponad dwa stopnie wynosi 50 procent, i przychyla się do coraz częstszego twierdzenia, że świat ociepli się wkrótce o 4-5 stopni. 

Jakie ocieplenie spowoduje nieodwracalne straty na lodowcach Grenlandii? Odpowiedź brzmi: jakieś 2-3 stopnie. 

– Potem pokrywa lodowa będzie coraz cieńsza i nie da się jej odbudować bez epoki lodowcowej. Już teraz ułamek tych strat jest ogromnym problemem – na Florydzie instaluje się bardzo drogie pompy. (Według jednego z raportów grupy kierowanej przez Hanka Paulsona i Roberta Rubina, ministrów skarbu w rządach Busha juniora i Billa Clintona, w ciągu najbliższych 35 lat warte 23 mld dolarów nieruchomości na Florydzie mogą ulec zniszczeniu w powodziach). 

Box ma tylko 42 lata, ale ze swoją szpiczastą bródką wygląda jak stary hrabia z dawnych powieści, który chadza w surducie i sypie docinkami na temat kwestii kobiecej. Jest jak turysta, który próbuje się zrelaksować w obcym mieście. Wydaje się też dziwnie oderwany od tego, co sam mówi. Wygłasza kolejne apokaliptyczne przepowiednie bez emocji, niczym antropolog, przyglądający się cyklom życia cywilizacji z odległej planety. Ale nie potrafi długo utrzymać w ryzach wzburzenia i obsesyjnie wraca do dwóch tematów. 

– Musimy usunąć z drogi ludzi, którzy zaprzeczają zmianom klimatycznym. Ryzykują przyszłość nas wszystkich. Bracia Koch to po prostu kryminaliści. Powinno się im postawić zarzuty działalności przestępczej, bo zysk przedkładają nad środki niezbędne do przeżycia milionów ludzi, a nawet nad samo istnienie życia na Ziemi.

Podobnie jak Camille Parmesan, Box odżył, kiedy udało mu się opuścić Stany Zjednoczone, z całą ich toksyczną atmosferą wiszącą nad klimatologami. – Pamiętam, jak myślałem: „co za ulga, wreszcie nie muszę zadręczać się tym syfem”. – Dania wspiera jego badania, pomimo oporu polityków konserwatywnych. – Ale duńscy konserwatyści nie zaprzeczają zmianom klimatycznym – zaznacza.

Drugi temat, który go wciąż dręczy, to ogrom przyszłych ludzkich cierpień. Zanim topniejące lodowce Grenlandii spowodują migracje zdesperowanych milionów, rolnictwo dotknie nieurodzaj wywołany przez susze. Będzie też problem z zabezpieczeniem zapasów wody. Właściwie te zjawiska obserwujemy już od jakiegoś czasu. Przypomnijmy sobie choćby falę upałów w Rosji w roku 2010. Moskwa wstrzymała wtedy eksport zboża. W czasie suszy w Australii drastycznie wzrosły ceny żywności. Arabska Wiosna również rozpoczęła się od protestów przeciwko cenom żywności i samospalenia sprzedawcy warzyw w Tunezji. Konflikt syryjski poprzedziły cztery lata suszy. To samo było w Darfurze. Migranci masowo ciągną na północ przez Morze Śródziemne, a Europejczycy nie mogą dojść do porozumienia, co z nimi zrobić.

– Jak mówią w Pentagonie, zmiana klimatu mnoży komplikacje – wyjaśnia Box.

W jego rodzinnym stanie Kolorado również nie dzieje się najlepiej. – Lasy giną i już nigdy się nie odrodzą. Będziemy świadkami jeszcze większej liczby potężnych pożarów. To będzie coś nowego – mega pożary będą trawić lasy, dopóki te całkowicie nie znikną. Choć mówi o tym beznamiętnym tonem, wszystko to brzmi jak przejmujący lament, który można porównać do matki zawodzącej nad ciałami zabitych synów. W zasadzie, jak twierdzi, on sam także jest uchodźcą klimatycznym. Jego córka ma trzy i pół roku, a Dania jest w tym niepewnym świecie wspaniałym miejscem do życia – dostatek wody, rolnictwo na wysokim poziomie technicznym, coraz więcej elektrowni wiatrowych i duża odległość od miejsc, gdzie przewiduje się najgorsze turbulencje. – Zwłaszcza jeśli się pomyśli o napływie zdesperowanych ludzi, uciekających przed konfliktami i suszą – dodaje, znów wracając do swojej obsesji na temat tego, jak głęboko przeorana zostanie nasza cywilizacja. Pomimo to z uporem powtarza, że kwestia klimatu jest dla niego problemem głównie intelektualnym. W pierwszej dekadzie swojej kariery, chociaż należy do pokolenia klimatologów, którzy rozpoczęli studia już po wydaniu „Ziemi na krawędzi” Ala Gore’a, zajmował się przede wszystkim nauczaniem i badaniami naukowymi. Ryzyko zawodowe związane z pracą dla Greenpeace i udział w protestach przeciwko Keystone podjął dopiero, kiedy doszedł do wniosku, że zmiana klimatu jest problemem moralnym.

– Dewastowanie naturalnego środowiska naszej planety jest nieetyczne. To tragedia – uważa. Upiera się, że nawet teraz potworność tego, co się dzieje, rzadko dotyka go na poziomie emocjonalnym, chociaż ostatnio częściej. – Ale ja tego do siebie nie dopuszczam. Jeżeli będę tracił energię na dramatyzowanie, nie zdołam myśleć o możliwościach zminimalizowania problemu.

Te wywody są jednak mało przekonujące, zwłaszcza jeśli zważyć podniosłą aurę powagi, która spowija go niczym czarna peleryna. Ale najdziwniejszy jest ten upór – rozpaczliwa potrzeba, żeby nie niepokoić się czymś, co jest tak bardzo niepokojące. Nagle coś w końcu odciąga jego uwagę. Na plaży pojawia się zsiniały z zimna człowiek w samych bokserkach. Mówi, że jest Grekiem, od siedmiu miesięcy nocuje na tej plaży i chętnie za niewielką sumę przepłynie na drugą stronę jeziora. Przechodzący turysta pyta go, czy da radę przepłynąć tam i z powrotem.

– Jasne.

– To pokaż.

– Za ile?

– Dostaniesz, jak przypłyniesz z powrotem.

– Przepłynę za stówkę.

– Dobrze, dobrze. Jak wrócisz.

Grek wskakuje do wody, a Box śmieje się po raz pierwszy od naszego spotkania. Nareszcie długo wyczekiwana odmiana od ponurych tematów, które wypełniają jego pracę zawodową.

Nowe odkrycia naukowe są często dla niego ciosem. Pierwszy nastąpił w 2002 roku, kiedy badacze stwierdzili, że wody roztopowe spływają na dno pokrywy lodowej Grenlandii i podmywają ją. No dobrze. Potem dopiero w pełni dociera do nich, co z tego właściwie wynika: dotychczasowy układ się destabilizuje. Potem, w 2006, wszystkie lodowce w południowej części Grenlandii zaczęły się cofać dwa-trzy razy szybciej niż dotychczas. Boże, jak to się szybko dzieje. Dwa lata później zauważyli, że kurczeniu się lodowców sprzyjają ciepłe wody podmywające lód na dnie morskim – dokładnie to samo, co się dzieje z pokrywą lodową Zachodniej Antarktydy. Na samą myśl o tym popada w przygnębienie.

– Tego już nie zatrzymamy. Czeka nas gwałtowny wzrost poziomu mórz. Grek wraca zaskakująco szybko i wynurza się z wody jak jakiś mityczny bóg, śmiejąc się i pusząc. Grecy są panami wody! Płaćcie!

– Dam mu sto koron – postanawia Box. Upewnia się, że turysta także płaci i wraca rozpromieniony, po czym prowadzi mnie w spokojniejsze miejsce na brzegu jeziora. Przechodzimy przez niewielkie miasteczko hipisów, poprzecinane wydeptanymi ścieżkami. Zgodnie ustalono, że Christiania ma być wolna od samochodów, co sprawia, że robi wrażenie zacisznej średniowiecznej osady, skrojonej na ludzką miarę. Box, popijając piwo, wpatruje się w wodę i zadowolonych ludzi wygrzewających się na słońcu.

– Myślenie o rozpaczy jest bardzo nieprzyjemne. Na chwilę się prawie od niego oderwałem. A to też coś w rodzaju zaprzeczania – wzdycha. Ta praca często odbiera mu sen, wypędza z łóżka i każe robić

cokolwiek. – Tak, syf, który na nas leci, wystawia na próbę moją zdolność powstrzymania go.

– Gdy się ma dzieci, to wszystko rzeczywiście jest straszne – mówi po chwili cicho ze wzrokiem wbitym w ziemię. Po czym dodaje: – Ale bądźmy realistami. Paliwa kopalne to dominujący przemysł na świecie i dopóki koncerny naftowe mają wpływ na władzę, nie można oczekiwać znaczącej zmiany nastrojów politycznych. Panuje powszechna zgoda, że musi nastąpić coś, co wstrząśnie systemem.

Rodzą się więc mroczne nadzieje, że dojdzie do jakiegoś kataklizmu – może to będzie szczególnie gwałtowny El Nino lub „bańka węglowa”, który sprawi, że rynki finansowe dostrzegą ekonomiczny potencjał w odnawialnych źródłach energii. A to może doprowadzi do upadku koncernów paliwowych i załamania się dotychczasowego systemu światowej gospodarki. Choć taki scenariusz przyniósłby wiele cierpień, pozwoliłby nam zyskać na czasie i w końcu układ sił by się zmienił.

Kawałek ziemi na Grenlandii 

Obiad z rodziną boxów mimo wszystko nie dojdzie do skutku, informuje mnie Jason. Ma po prostu zbyt dużo niewygodnych rzeczy do powiedzenia o stanie zmian klimatycznych na rok 2015, a jego żona, Klara, nie chce nawet słyszeć o tym, że jest „klimatyczną emigrantką”. To pierwsza oznaka, że jego bunt spowodował napięcia w rodzinie.

– Czasami mówię coś w stylu: Boże, następne dwadzieścia lat to będzie dopiero jazda. Czy: ci biedni uchodźcy z Afryki Północnej, zalewający Europę. A ona niby słucha, potakuje, ale sama nigdy nie porusza tych spraw. Później jednak Klara pisze do mnie i odpowiada na kilka pytań. Nie chciałaby się porównywać do zdesperowanych uciekinierów, którzy toną podczas przeprawy. Tak naprawdę jej rodzina przeniosła się do Danii, żeby poprawić sobie jakość życia. „Najtrudniej mi odpowiedzieć na pytanie o stan psychiczny Jasona. Sądzę, że zmiany klimatyczne, a szerzej biorąc cała masa problemów ekologicznych i społecznych, z jakimi zmaga się świat, źle działają na jego psychikę. Bardzo się tym wszystkim przejmuje, ale jest naukowcem i osobą niezwykle pragmatyczną, zorientowaną na cel. To nie w jego stylu leżeć bezsennie po nocach i się zamartwiać. W jego stylu jest wstać rano (a choćby i w środku nocy) i działać. Za to go kocham”.

– W Danii mamy więcej opcji, więc aż tak bardzo się nie martwię, czy moja córka będzie miała z czego żyć. Ale to mnie nie powstrzymuje od budowania strategii, jak zabezpieczyć jej przyszłość – oglądałem pewną nieruchomość na Grenlandii. Taki mam plan awaryjny – mówi Jason Box.

Na Grenlandii nie można mieć ziemi na własność, co najwyżej dom na kawałku gruntu. To przyjemna myśl, pocieszająca – nieważne, co się stanie, dom będzie stał bezpiecznie na czubku świata. 

Tekst Johna H. Richardsona ukazał się w numerze 4/2015 

Komentarze

Polecane dla Ciebie

Polecane wideo