Urugwaj i piłka nożna. "Liczy się tylko orgazm"
Fot: fragment okładki

Urugwaj i piłka nożna. "Liczy się tylko orgazm"

Fragment książki "Wyhoduj sobie wolność. Reportaże z Urugwaju" Marii Hawranek i Szymona Opryszka, która ukazała się 26 września nakładem wydawnictwa Czarne.
01.10.2018

En su vida, un hombre puede cambiar de mujer, de partido político o de religión, pero no puede cambiar de equipo de fútbol. 

(W swoim życiu mężczyzna może zmienić kobietę, partię polityczną, religię, ale nie może zmienić drużyny piłkarskiej) 

Eduardo Galeano

Na szczęście nadchodzi wszechmogąca niedziela. Stają fabryki, miasto zamiera, kochankowie przerywają pocałunki. Wyznawcy udają się do królestwa lojalności na świeżym powietrzu, pogańskiej świątyni kulistego boga.

To jedyna religia, która nie ma ateistów. Ma za to kibiców i fanatyków, czyli fanów z domu wariatów. Rolę kapłana odgrywa trener. Wierzy, że futbol to nauka, a boisko – laboratorium. Kibice domagają się od niego geniuszu Einsteina i subtelności Freuda, ale także cudownych zdolności Dziewicy z Lourdes i uporu Gandhiego.

Na zielonym ołtarzu królują ci, których wielbią kobiety i naśladują dzieci. Ci, którzy upijają się samą wodą. Bożki, takie jak Luis Suárez, Edinson Cavani czy Diego Forlán. Grają, choć wiedzą, że sława, przelotna kochanka, nie pozostawi im nawet liściku na pocieszenie.

A między słupkami ten zawsze przegrany, który jednym błędem rujnuje wszystko, mecz, mistrzostwo. Tam, gdzie chodzi bramkarz, trawa nie rośnie nigdy. Przez niego niedziela może stać się równie melancholijna jak środa popielcowa po karnawale.

Liczy się tylko orgazm.

Goool!

Mammograf, kanasta i runda olimpijska 

W takim duchu o piłce pisał Eduardo Galeano, zmarły w 2015 roku urugwajski dziennikarz, autor kultowej książki "Otwarte żyły Ameryki Łacińskiej". Sam, jak powtarzał, grał dobrze, a nawet bardzo dobrze. Kiedy śnił. Tak jak większość jego rodaków. W zaledwie trzyipółmilionowym Urugwaju „piłka jest jedyną różdżką, w którą wierzą dzieci”.

Futbol przywieźli tutaj brytyjscy imigranci. Szybko wymknął się spod kontroli. Na początku XX wieku piłka nożna była prosta i brutalna, na wskroś wyspiarska, przypominała rugby bez użycia rąk. Urugwajczycy tchnęli w nią ducha: technikę, krótkie podania, dynamikę, grę pozycyjną.

Gdy w 1924 roku przypłynęli na igrzyska olimpijskie do Paryża, świat nie mógł się nadziwić. W drużynie byli lekarz i ekspert od przygotowania fizycznego, a selekcjoner Ernesto Figoli wybrał na bazę mały ośrodek na łonie natury, z dala od pokus francuskiej stolicy, w którym można było przygotować tradycyjny asado, grill. Piłkarze w błyskotliwym stylu wygrali turniej, a po ostatnim gwizdku okrążyli boisko, by podziękować kibicom za wsparcie w finale przeciwko Szwajcarom. Urugwajczycy do dziś uważają rundę olimpijską za jeden ze swoich największych wynalazków – obok mammografu, kanasty i rękawicy bokserskiej z tak zwanym wolnym kciukiem.

Cztery lata później, podczas igrzysk olimpijskich w Amsterdamie, Urugwaj grał w finale z Argentyną. Do siedemdziesiątej trzeciej minuty było 1:1. Wtedy René Borjas zrobił zwód i podał piłkę do Héctora „Magika” Scarone. Jego okrzyk: „Twoja, Héctor!” poniósł się po całym stadionie.

Zanim padł gol, który zapewnił Urugwajowi drugie olimpijskie złoto, zwrot wszedł do języka na stałe.

„Twoja, Héctor!” – słyszą klienci w warzywniaku, gdy jego właściciel pakuje do torby ziemniaki, a potem podaje kasjerowi do zważenia.

Dokończ dzieła, strzel gola i będzie po sprawie.

 
 
 
 
 
Wyświetl ten post na Instagramie.
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

Post udostępniony przez FIFA World Cup (@fifaworldcup)

Piłka kształtuje język 

Urugwajski hiszpański cały jest przesiąknięty piłkarskim slangiem. W trakcie ożywionej dyskusji nikt tutaj nie odpowiada ciętą ripostą, lecz daje „krótką do nogi”. Menedżer dużej korporacji może zrobić świetną prezentację, ale powie o tym raczej: „Strzeliłem golazo”. O sędzim, który przekazał sprawę do sądu wyższej instancji, dziennikarz napisze: „Oddał piłkę”, czyli uniknął odpowiedzialności. Kolejni politycy rzucają frazesami o wspólnym dobru, działaniu na rzecz państwa, a po wygranych wyborach obiecują, że „włożą celeste”, czyli błękitną koszulkę reprezentacji. Będą służyć narodowi.

„Inne państwa mają historię, Urugwaj ma piłkę”. To zdanie, powtarzane jak mantra, przypisywane jest trenerowi Ondino Vierze. Gdy w 1928 roku Montevideo odwiedził niemiecki dziennikarz Kurt Heymann, zanotował: „Polityka jest tutaj wszystkim. Futbol też jest polityką”.

Wtedy jeszcze demokracja kiełkowała, a piłka łączyła klasy, języki, kultury. W jej złotej erze, przed wybuchem II wojny światowej, krajowa reprezentacja zagrała w jedenastu finałach mistrzostw Ameryki Południowej (odpowiedniku dzisiejszego Copa América). Dziewięciokrotnie jej rywalem była Argentyna, niewygodny sąsiad, hegemon z drugiej strony La Platy.

W 1930 roku Urugwajczycy zorganizowali pierwsze w historii mistrzostwa świata w piłce nożnej i tym samym wkroczyli na salony wielkiej polityki. Europa lizała rany po I wojnie światowej i zmagała się z kryzysem gospodarczym, tymczasem Urugwaj budował potężny stadion Centenario, który miał przypominać o setnej rocznicy uchwalenia konstytucji.

W finale gospodarze znów zmierzyli się z Argentyną. Legenda głosi, że belgijski arbiter John Langenus zdecydował się na sędziowanie w ostatnich chwilach przed meczem. W kontrakcie zagwarantował sobie ponoć, że godzinę po zakończeniu spotkania jego statek do Europy będzie gotów do wypłynięcia z portu w Montevideo.

Do przerwy było 1 : 2. Dziewięćdziesiąt tysięcy kibiców zajadle machało słomkowymi kapeluszami. W szatni Argentyńczyk Fernando Paternoster miał powiedzieć kolegom: „Lepiej, jeśli przegramy. Jeśli nie, wszyscy tutaj zginiemy”. Gdy ostatecznie Urugwaj wygrał 4:2, w Buenos Aires policja musiała zacząć strzelać do tłumu, który zaatakował urugwajską ambasadę. Stosunki dyplomatyczne między obydwoma krajami zostały zamrożone. Na pięć lat zrezygnowano z organizacji mistrzostw Ameryki Południowej. A władze Urugwaju zarządziły siedemdziesięciodwugodzinne święto narodowe.

Gazeta „Justicia”, biuletyn partii komunistycznej, po półfinale mistrzostw informowała w nagłówku rubryki sportowej: Reprezentanci burżuazji urugwajskiej zaprzedani imperializmowi kontra jugosłowiańscy faszyści – 6:1.

Po finale napisano: „Urugwaj mistrz! Ale mistrz burżuazji. Urugwaj mistrz! Podczas gdy bezrobocie powoduje prawdziwe spustoszenie w klasie robotniczej. Urugwaj mistrz! Podczas gdy tysiące kobiet i dzieci są wykorzystywane w sposób barbarzyński w fabrykach i warsztatach”.

Wielki kryzys nadchodził.

Skończyło się zamachem stanu w 1933 roku.

Minęły dwie dekady. Urugwaj znów został mistrzem świata, a ten sam komunistyczny periodyk wykrzyczał na okładce: „Zwycięstwo ma na imię Lud!”.

Polityka zawsze dostosowywała się do futbolu, podobnie jak urugwajscy szkoleniowcy do rywali. Potężna Argentyna onieśmielała przeciwników, roztańczona Brazylia peszyła ich piłkarską sambą. Wciśnięty między dwóch hegemonów Urugwaj musiał szukać sposobu: najpierw szczelna defensywa, potem kontratak. To była strategia zarówno dyplomatów, jak i trenerów.

Także na najbardziej tu pamiętanym mundialu w 1950 roku w Brazylii.

Dzieci w szkole podstawowej na lekcjach patriotyzmu szybciej dowiadują się o Maracanazo, thrillerze na Maracanie, niż o wygranych bitwach czy romantycznych bohaterach walk o niepodległość. Tożsamość narodowa Urugwajczyków kształtuje się na stadionach.

Zwieńczeniem mitu był tamten mecz. 16 lipca 1950 roku w Rio de Janeiro o złoto zagrały Brazylia z Urugwajem.

Słynną Maracanę ozdobił napis „Hołd dla mistrzów świata”. Trybuny wypełniło dwieście tysięcy widzów, co do dziś stanowi światowy rekord. Miasto przystrojono jak na karnawał, koszulki z nadrukiem „Brazylia – mistrz świata 1950” sprzedały się na pniu (zeszło ich ponad pół miliona), okładki gazet ze  zdjęciem radosnych brazylijskich piłkarzy pachniały świeżym tuszem. Orkiestra trwała w gotowości do odegrania marszu triumfalnego Brazylia mistrzem.

W prawej kieszeni marynarki prezydenta FIFA Francuza Julesa Rimeta czekało gotowe przemówienie dla nowych mistrzów świata – po portugalsku.

Gdy padł pierwszy gol dla Brazylii, kapitan Urugwaju Obdulio Varela, El Negro Jefe, zaczął wykłócać się z sędzią. Iście urugwajska strategia – nie dać się rozpędzić Brazylijczykom, skontrować.

Udało się.

Z gola na 1:1 publika nic sobie nie robiła. Święto na trybunach trwało.

Prezydent FIFA zszedł do szatni szykować puchar dla gospodarzy.

Kiedy Alcides Ghiggia strzelił drugą bramkę dla Urugwaju, zapanowała cisza, która sięgnęła drugiego brzegu Atlantyku. Brazylijski dziennikarz Mario Filho, którego imię nadano później Maracanie, napisał: „Słyszeliśmy krzyki sycylijskich wdów”.

– Tylko trzy osoby były w stanie wyciszyć Maracanę: Jan Paweł II, Frank Sinatra i ja – wspominał po latach Ghiggia.

 
 
 
 
 
Wyświetl ten post na Instagramie.
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

Post udostępniony przez Eternamente Leyendas (@eternamenteleyendas)

To był ostatni mecz Brazylijczyków w białych strojach. Fasada Maracany, która zgodnie z wcześniejszą obietnicą organizatorów mundialu miała zostać przemalowana w barwy mistrzów, przez kilkadziesiąt lat przypominała cariocas, mieszkańcom Rio, błękitem o Maracanazo.

Słowo to stało się synonimem nieoczekiwanej klęski.

– Wracałem korytarzem z pucharem w ramionach. Panowało milczenie – wspominał prezydent FIFA. – Nie było gwardii honorowej, nie wygłosiłem uroczystej mowy, nie wiedziałem, co robić. Po prostu wręczyłem Obdulio Vareli złotą statuetkę. Nie byłem w stanie wykrztusić słowa.

Zaraz potem Varela, ulubieniec kibiców, który słynął z zamiłowania do prostoty i żył z dala od blichtru, poszedł na piwo do baru w dzielnicy Flamengo. Do rana pocieszał zapłakanych Brazylijczyków.

Ghiggia wrócił po latach do Brazylii jako turysta. Został rozpoznany pod wodospadami Iguazú.

– Podszedł do mnie [mężczyzna] i powiedział: po twoim golu mój ojciec zmarł na atak serca. Zamurowało mnie. Przytuliliśmy się w milczeniu – wspominał. Sam zmarł z powodu problemów z sercem w sześćdziesiątą piątą rocznicę Maracanazo.

Kilkanaście lat później Galeano zanotował: „Nie ma nic bardziej pustego niż pusty stadion, nie ma nic bardziej niemego niż trybuny bez ludzi. Centenario w Montevideo wzdycha z tęsknoty za chwałą urugwajskiej piłki nożnej. Maracana opłakuje porażkę na mundialu z 1950 roku”. 

Polecane wideo

Komentarze

Polecane dla Ciebie