"O to chodzi w tym cholernym biznesie" - rozmowa z Chrisem Hemsworthem
Zdjęcia: Starstock

"O to chodzi w tym cholernym biznesie" - rozmowa z Chrisem Hemsworthem

Poznajcie rodzinne, kameralne oblicze Thora.
08.10.2018

Hemsworth wyciąga rękę na powitanie: – Jak się masz? – mówi. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdy nie to, że odezwał się do mnie po polsku. – Bardzo dobrze – odpowiedziałem, nie dając nic po sobie poznać. – Ale gorąco. Jesteś bardzo fajną dziewczyną – kontynuował Hemsworth. Zaraz, zaraz, coś jest nie tak. Czas przejść na angielski. – Tym razem nie trafiłeś. Nie te okoliczności, nie ten rozmówca – odparłem i przetłumaczyłem, co powiedział. Zaczął się śmiać.

– Skąd znasz polski?

– W szkole w Australii miałem kolegę, który był Polakiem. Kiedyś szliśmy podrywać dziewczyny, więc nauczył mnie kilku zdań w twoim języku. Bardzo fajny człowiek – odparł Chris. Dystans został szybko skrócony. Słyszałem, że Chris Hemsworth ma duże poczucie humoru i jest otwarty, ale tak bezpośredniego powitania się nie spodziewałem.

Hemsworth jest wysoki – góruje nad otoczeniem. Ma na sobie luźną bluzę, dżinsy. Na początku tego spotkania towarzyszyli nam jego agenci prasowi. – Wiem, że dostałeś informację, że nie można podczas wywiadu robić żadnych zdjęć, ale jeśli chcesz, to Chris chętnie się zgodzi – powiedział nagle jeden z nich. No cóż, trudno odmówić sobie wspólnego zdjęcia z Thorem. – Chodź bliżej okna, tu jest lepsze światło – dyryguje Hemsworth. Jest wyjątkowo swobodny i otwarty. Dziś ma za zadanie oczarować wszystkich. W końcu jego wizerunek w zaistniałych okolicznościach (o nich za chwilę) ma ogromne znaczenie. Czy to tylko gra, czy rzeczywiście ma w sobie ten australijski luz, którym się szczyci?

Swoją popularność zawdzięcza roli Thora – postaci wymyślonej przez rysowników Marvela. Nordycki bóg był na tyle popularny, że zainteresowali się nim filmowcy. Po jakimś czasie mogliśmy zobaczyć na dużym ekranie, jak Thor pojawia się na Ziemi, by walczyć ze złem. Staje po stronie tych dobrych, czyli ludzi. Jest dzielny, skryty i małomówny. Widzowie pokochali swojego rycerza nie z tej ziemi, który za pomocą magicznego młota pokonuje najgorszych złoczyńców.

Co tam Batman! Co tam Superman! Teraz liczy się Thor. I aktor – współczesny człowiek sukcesu, który dał mu swoją twarz i talent. Kto, jak nie on, mógł zatem zostać ambasadorem zapachu Hugo Bossa. Z tej okazji dziennikarze z całego świata zostali zaproszeni do Stuttgartu. W programie oczywiście spotkanie z Chrisem i prezentacja nowej kampanii „Man of Today” z udziałem gwiazdy (polska edycja „Esquire’a” była jedynym medium zaproszonym z naszego kraju).

Pierwsze spotkanie z aktorem miało charakter oficjalny. Przedstawiono filozofię marki i poprzednich ambasadorów – trzeba przyznać, że Hemsworth jest na tej liście najmocniejszym nazwiskiem. Potem przyszedł czas na wejście gwiazdy. I ta zjawiła się elegancka, w świetnie skrojonym garniturze. Po brawach Hemsworth przywitał się i oświadczył, że cieszy się z wyboru na ambasadora Hugo Bossa. – Czuję się znakomicie jako nowa twarz Boss Bottled. To zaszczyt być częścią i móc się identyfkować z wartościami kampanii „Man of Today” – mówił i był, jak to on, ujmujący, a jego niski głos dudnił jak dzwon w olbrzymiej hali centrali Hugo Bossa w Stuttgarcie.

Następnego dnia przyszedł czas na spotkanie w cztery oczy. Zanim przechodzimy do wywiadu, rozmawiamy o Wielkiej Orkiestrze Świątecznej Pomocy, idei fundacji, o tym, ile dobrego zrobiła od początku swojego istnienia i gitarze, którą w zeszłym roku Mick Jagger oddał na licytację. Hemsworth słucha uważnie, ogląda serduszka WOŚP przywiezione z Polski. Aktor znany jest z tego, że chętnie bierze udział w akcjach charytatywnych, szczególnie na rzecz dzieci.

ESQUIRE: Podczas pobytu w Stuttgarcie słowo „boss” padło już kilkadziesiąt razy. Proponuję przy nim pozostać. Jesteś sam sobie szefem, słuchasz się intuicji czy są jednak osoby, które mają prawo mówić ci, co masz robić?

CHRIS HEMSWORTH: Nigdy nie lubiłem jednoznacznych deklaracji. Wszystko zależy od okoliczności i tego, w jakim momencie życia się znajdujesz. Kiedy jesteś dzieckiem albo masz niewiele ponad dwadzieścia lat, często punktem odniesienia są rodzice. Tak było w moim przypadku. Mama z tatą zawsze mnie wspierali. Wiedziałem, że mnie kochają i ta świadomość dała mi ogromną siłę na przyszłość. Ich wiara we mnie sprawiała, że w trudnych momentach powtarzałem sobie: „Wszystko jest możliwe” i szedłem dalej, podejmowałem kolejne wyzwania, co dawało konkretne efekty. Rodzice powtarzali mi też, że powinienem ciągle się uczyć, być otwartym i słuchać mądrzejszych od siebie.

W domu Hemsworthów nigdy się nie przelewało. Mama – nauczycielka angielskiego, ojciec – doradca społeczno-naukowy, z trudem wiązali koniec z końcem. Na wychowaniu mieli trzech synów – Luka, Chrisa i Liama (wszyscy zostali aktorami). Mieszkali w Melbourne, choć sytuacja życiowa zmuszała ich do wyprowadzki poza granice wielkiego miasta – tam koszty utrzymania są znacznie niższe.

– Moi rodzice siadali co miesiąc nad rachunkami i byli sfrustrowani, bo brakowało pieniędzy. Wtedy powtarzałem sobie: „Dosyć tego. Muszę zrobić coś, co pomoże rodzicom spłacić dom”. W ten sposób motywowałem się do działania. Tak zacząłem chodzić na przesłuchania do filmów, reklam. Okazało się, że zaczynam odnosić sukcesy. Aktorstwo mnie wciągało – mówił Chris Hemsworth w jednym z wywiadów.

Jego przeprowadzka do Hollywood nastąpiła w 2008 roku. Miał wtedy 24 lata i duże oczekiwania. Zdobył już pierwsze szlify aktorskie, choć były to dokonania nie najwyższych lotów. Pojawiał się w reklamach, zadebiutował w słynnym serialu „Sąsiedzi” (podobnie jak m.in. Kylie Minogue), gdzie... wypowiedział jedno zdanie: „Co się dzieje? Dzwońcie na policję!”. Nic wielkiego.

Dopiero rola w australijskim tasiemcu „Zatoka serc” zapewniła mu stały dochód i popularność. Do obsady dołączył w 2004 roku. Dostał rolę Kima Hyde’a, buntownika, obiektu kobiecych westchnień. Ale to nie była rola na miarę jego ambicji. Dobrze zarabiał, ale co z tego, kiedy scenariusze z odcinka na odcinek stawały się coraz bardziej banalne, producenci narzucali tempo, a Kima spotykały najbardziej niedorzeczne zdarzenia – przeżył katastrofę samolotową i miał trójkę dzieci z różnymi partnerkami, mimo że nie miał ukończonych 22 lat.

W Australii stał się popularny, ale mimo nagród, pozycja gwiazdy telewizyjnego tasiemca mu nie odpowiadała. Spłacił dom rodziców i chciał rozwijać się dalej. Aktorstwo przestało być środkiem na zarabianie pieniędzy. Stało się pomysłem na życie. Postanowił więc pójść w ślady swoich starszych kolegów – Nicole Kidman, Russella Crowe’a czy Hugh Jackmana – też Australijczyków, którzy za cel postawili sobie Hollywood. – Jesteśmy znani z tego, że mamy w sobie pewnego rodzaju luz, który wyróżnia nas na tle tłumu – mówił w rozmowie z „Esquire’em”.

Hemsworth miał dużo szczęścia. Rok po przyjeździe do Los Angeles trafił do obsady „Star Treka” i thrillera „Wyspa strachu”. Potem poszło jak z płatka, mimo że musiał na kolejne role czekać osiem miesięcy – komedia grozy: „Dom w głębi lasu” (2012), dark fantasy: „Królewna Śnieżka i Łowca” (2012), film wojenny: „Czerwony świt” i „Ghostbusters. Pogromcy duchów” (2015). Filmy odnosiły sukcesy komercyjne, ale to było nic w porównaniu z zamieszaniem, którego narobił w życiu Hemswortha superbohater z komiksów Marvela – Thor. Dzięki tej postaci Chris nie tylko stał się słynny na wszystkich kontynentach, ale trafił również na listę najlepiej opłacanych aktorów świata.

Jako Thor pojawił się po raz pierwszy na dużym ekranie w 2011 roku. Wygrał casting, choć na początku nic nie wskazywało, że to on zagra nordyckiego boga ( jego brat Liam był dla niego dużą konkurencją). Potem wcielał się w Thora jeszcze trzykrotnie. Trafi nawet do drużyny Avengersów, w której znaleźli się tacy superbohaterowie jak Iron Man (Robert Downey Jr.), Kapitan Ameryka (Chris Evans), Hulk (Mark Ruffalo), Czarna Wdowa (Scarlett Johansson), Sokole Oko (Jeremy Renner). W samej Ameryce Avengersi zarobili 623 miliony dolarów. To bez wątpienia przełożyło się na zarobki odtwórców głównych ról. Również Chrisa.

Niedawno wszedł do kin „Thor: Ragnarok”. Tu Hemsworth gra już pierwsze skrzypce. – Zdjęcia do tego filmu były jednym z najciekawszych doświadczeń, jakie przeżyłem na planie filmowym – twierdzi Chris. – W pewnym momencie doszedłem do wniosku, że jestem trochę znudzony tym, jak gram swoją postać. Stałem się zbyt przewidywalny. I pomyślałem: „Jeśli ja jestem znudzony, inni pewnie też”. Wtedy zrozumiałem, że czas zrobić to trochę inaczej – powtarza. W „Thor: Ragnarok” główny bohater zakochuje się, co wywołuje szereg zabawnych sytuacji. – Chris sprawił, że jego Thor jest bardziej ludzki – mówi Taika Waititi, reżyser filmu. – To aktor z dużym wyczuciem komediowym. Kiedy gra sceny, które mają rozbawić widzów, błyszczy na ekranie. Chcieliśmy wykorzystać te jego umiejętności. Z efektu jestem bardzo zadowolony.

O ile zawodowo Hemsworth ciągle siedzi na wulkanie, to prywatnie prowadzi spokojne, wyciszone życie rodzinne. W 2015 roku porzucił blichtr Hollywood i wrócił na stałe do Australii, do surferskiego miasta Byron Bay. Zamieszkał tam ze swoją żoną – hiszpańską modelką, aktorką i reżyserką  – Elsą Pataky. Poślubił ja w 2010 roku, mają trójkę dzieci. W domu zapomina o kontraktach, czerwonych dywanach i planie filmowym, gdzie pojawia się u boku nazwisk z najwyższej półki Hollywood. Chris nie ukrywa, ze dokonując wyborów zawodowych, zastanawia się, jaki to będzie miało wpływ na czas, który miał zaplanowany dla rodziny. Wcale nie tęskni za początkami kariery, kiedy wszystko musiał podporządkować pracy.

ESQ: Dlatego zdecydowałeś się przeprowadzić z Los Angeles do Australii?

CHH: W Stanach nie mógłbym żyć normalnie. Tu wszystko jest podporządkowane pracy. Ludzie ciągle rozmawiają o nowych projektach, innych ludziach, plotkują. A będąc daleko, masz szansę oderwać się myślami i poczuć, czym jest prawdziwy dom. I możesz żyć normalnie. Australia to moje miejsce na Ziemi. Przeniosłem się pięć lat temu i to nie tylko ze względu na to, że tam dorastałem. Tu żyje się w innym tempie. Bardziej moim.

ESQ: I to jest sposób na pełnię szczęścia?

CHH: Ważna jest rodzina, przyjaciele, których tam mam. Czas spędzony z nimi nigdy nie jest stracony. Ciągle mamy o czym rozmawiać, świetnie się bawimy. Często towarzyszą nam moi rodzice. Cieszę się, ze wciąż mamy tak dobry kontakt. 

ESQ: Święta spędzicie razem?

CHH: Tak. Przy jednym stole. Nie wyobrażam sobie, by  mogło stać się inaczej.

ESQ: Powtarzasz, ze dzieci są dla ciebie największym życiowym wyzwaniem.

CHH: I czymś najpiękniejszym, co mi się w życiu przydarzyło. Z przyjściem dziecka na świat pojawia się strach o to, co je czeka. Drugą myślą jest to, czy sprawdzę się jako ojciec. Chciałbym nauczyć swoje dzieci wszystkiego. Kiedy zostałem tatą, zacząłem też inaczej patrzeć na siebie, swoją karierę. Nie myśleć już tak dużo o sobie, o tym, co powinienem zrobić w tej czy innej sytuacji. Zdystansowałem się do wszystkiego i dobrze się z tym czuje.

ESQ: Jesteś dobrym ojcem?

CCH: Myślę, że tak, choć nie spędzam w domu tyle czasu, ile bym chciał. Ale kiedy wracam do Australii, staram się oddać rodzinie. Choć nie jest to łatwe. Bo z jednej strony chciałbym spędzać z żoną i dziećmi jak najwięcej czasu, z drugiej – wiem, ze za chwile czeka mnie kolejne wyzwanie, któremu muszę sprostać.

ESQ: Kto dziś cię inspiruje?

CHH: Nadal rodzice. To oni nauczyli mnie, co to jest miłość, sprawiedliwość, współczucie. Pozostałem wierny tym wartościom przez całe życie. Z domu wyniosłem przekonanie, że wciąż trzeba się doskonalić. Nie stać w miejscu, tylko się rozwijać. 

ESQ: Zawodowo kto ci imponuje?

CHH: Jeśli chodzi o aktorów i twórców filmowych, to mógłbym wymienić mnóstwo nazwisk wzorem. Pierwszym aktorem, który zrobił na mnie wrażenie, był Jimmy Stewart. W dzieciństwie podczas Bożego Narodzenia zawsze oglądałem z mamą film „To wspaniałe życie” z jego udziałem. Był dla mnie wzorem. Do dziś kojarzy mi się z beztroskim okresem w moim życiu.

ESQ: „To wspaniałe życie” jest filmem z 1946 roku. Kto ze współczesnych robi na tobie wrażenie?

CHH: Tom Hardy jest fantastyczny. To aktorstwo najwyższych lotów. Tom kreuje różne postaci, zawsze jest inny i i równie przekonujący. Kto jeszcze? Ryan Gosling, George Clooney, Brad Pitt. Niedawno obejrzałem „Moonlight”. Zagrał w nim Trevante Rhodes. To jedyny film, w którym go widziałem. I powiem, że to jest właśnie to, o co chodzi w tym cholernym biznesie.

Życie z dala od centrum filmowych wydarzeń nie wpłynęło źle na jego karierę. Przeciwnie – ta rozwija się znakomicie. W przyszłym roku ponownie pojawi się w „Avengers: Infinity War”, w kolejnym „Star Treku” znowu wcieli sie w George’a Kirka, w „Horse Soldiers” zobaczymy go jako agenta CIA. Każda z tych produkcji wymaga od Hemswortha dużej sprawności fizycznej i niezłej kondycji. Ale – biorąc pod uwagę listę ról, które zagrał – to jego chleb powszedni. Zrzucanie wagi czy nabieranie ciała, bo rola tego wymaga, to stały element jego pracy.

Chris lubi sport. Jest zapalonym surferem, wskakuje na deskę, gdy tylko czas mu na to pozwala. Zresztą klimat, w którym dorastał, jak najbardziej sprzyjał uprawianiu tej dyscypliny. Nieustanne treningi, które pomagają mu w tym, żeby wyglądał jak nordycki bóg, i restrykcyjna dieta nie są dla niego aż takim wyrzeczeniem.

– Jestem prawdziwym Australijczykiem. Plaża to dla mnie miejsce obowiązkowe w przerwach między zdjęciami. Dużo serfuję i jestem sportowo aktywny. Jeśli nie trenuję przez długi czas, staję się sflaczały i markotny – zwierzał się w rozmowie z_„Esquire’em”. – Poza tym nie wiem, jak by to zostało przyjęte, gdybym pojawił sie na premierze „Thora” otyły – żartuje. Jak to Hemsworth. Z dystansem do siebie.


Rozmawiał Maciej Gajewski. Tekst ukazał się w numerze 6/2017 

Polecane wideo

Komentarze

Polecane dla Ciebie