Czuły raróg: Andriej Tarkowski
Fot: Starstock

Czuły raróg: Andriej Tarkowski

Wielki mistyk kina zmarł 29 grudnia 1986 r. W 2016 roku, w trzydziestą rocznicę śmierci ukazało się „Zwierciadło”, zapis rozmowy, jaką z reżyserem przeprowadzili Jerzy Illg i Leonard Neuger. Nam Illg opowiedział o tym, jak doszło do tego niezwykłego spotkania.
31.10.2018

Esquire: W latach 80. jedziesz, jak wielu Polaków, do Szwecji na saksy: zmywak, malowanie mieszkań...

Jerzy Illg: ...różne rzeczy tam robiłem, łącznie z fotografowaniem prototypów lotni motorowych i remontowaniem domku dziadka Alfreda Nobla.

I przypadkiem się zdarza...

Nie ma przypadków. Otwieram „Dagens Nyheter”, a tam tekst na całą stronę, że w Sztokholmie jest retrospektywa filmów Andrieja Tarkowskiego, a pod spodem informacja o spotkaniu z reżyserem. Tarkowski był zawsze jednym z najważniejszych dla mnie twórców filmowych. „Rublow” – to najprawdziwszy film historyczny, jaki widziałem, zdarcie kotary czasu, porażające pokazanie okrucieństwa średniowiecza w połączeniu ze świętością. „Stalker”, „Zwierciadło” to także były filmy, które zrobiły na mnie ogromne wrażenie.

(Stalker) 

No więc idę pod to kino, gdzie jest mój ukochany reżyser, ale nie pomyślałem, że trzeba wcześniej zaopatrzyć się w wejściówkę. Patrzę, a tam tłum tamuje ruch uliczny. Żadnych biletów nie ma – wyprzedane od kilku tygodni. Stękam, że jestem z Polski, że „Solidarność”, a Tarkowski to przecież my, wschodnioeuropejscy dysydenci, ale na szwedzkiej kasjerce nie robi to najmniejszego wrażenia. Stoję zgnębiony w tym tłumie, a tu ktoś klepie mnie w plecy i pyta: „Jurek, co tu robisz?”. To był prof. Lars Kleberg ze slawistyki Uniwersytetu Sztokholmskiego. Jego partnerka spóźniła się na spotkanie, wszedłem na jej bilet. A kiedy siedzieliśmy już w sali, podszedł bileter i powiada, że przyszła jakaś pani. Powiedziałem Larsowi, że nie dam się wyprowadzić.

Z Tarkowskim rozmawiało na scenie kilku krytyków filmowych. Z pełnej sali padło wiele pytań. Napisałem z tego relację do „Tygodnika Powszechnego”, ale miałem wrażenie, że ci Szwedzi nie bardzo wiedzą, o co jemu chodzi, brakuje chemii, która pozwoliłaby się porozumieć. Moja relacja została ocenzurowana; w sposób bolesny wycięto wszystkie fragmenty, gdzie Tarkowski mówi o religijności, wierze, duchowości, kulturze. Los łaskaw, że archiwum „Tygodnika” jest dzisiaj zdigitalizowane i można było te ingerencje odtworzyć – czytelnik mojej książki może zatem zobaczyć i przeczytać fragmenty, które za PRL-u wycięto.

Byłeś rozczarowany tym spotkaniem?

Myślę, że przede wszystkim rozczarowany był Tarkowski. On był tak naprawdę mistykiem, czego na Zachodzie nie pojmowano. Widać było gołym okiem, że kiedy mówi o duchowości, jego rozmówcy gubią się, nie rozumieją, o co mu chodzi. Właśnie z tego mojego nienasycenia i rozczarowania zrodził się pomysł, żeby spróbować do niego dotrzeć.

Uruchomiłem wszystkie sztokholmskie kontakty, ale byłem pewien, że nie ma żadnych szans. Aż tu nagle telefon: „Jutro pan Tarkowski czeka na pana”. Miałem mniej niż dobę, żeby się przygotować. Obiecano mi pół godziny rozmowy: nazajutrz, godzina 16:00 w sztokholmskiej telewizji.

Zaskoczenie, szczęście czy strach?

Wszystko na raz. I zdumienie własną bezczelnością, tupetem, na który dzisiaj pewnie bym się niezdobył. Na gwałt przypominałem sobie filmy. Zadzwoniłem do mojego przyjaciela Leonarda Neugera i proszę: „Leonku, ty mówisz po rosyjsku lepiej niż ja, jutro mam stanąć przed Tarkowskim. Ratuj!”. Do północy przygotowaliśmy pytania. A potem Leon pyta: „Na co ty go nagrasz?”. Załatwiliśmy profesjonalny magnetofon, ale później podczas spotkania okazało się, że nie umiem go uruchomić. Na szczęście po nerwowym początku jakoś się udało.

Czytaj też: 20 najlepszych filmów nieanglojęzycznych wg BBC 

Wchodzicie do pokoju w gmachu telewizji...

... a po chwili wchodzi Andriej Tarkowski. To było niesamowite, bo od drzwi czuło się uderzenie niezwykłej, sprężonej energii. Skupione, badawcze spojrzenie, mocny uścisk dłoni, to my mamy pytać, ale Tarkowski zaczyna: „Kak Wajda, kak Zanussi?”.

Miało być pół godziny, tymczasem po dwóch godzinach Tarkowski mówi: „Co będziemy tu siedzieć, jedźmy do mojego domu”. Mieszkał na Östermalmie, w najlepszej dzielnicy Sztokholmu. Dograliśmy kolejne dwie godziny tej rozmowy, która pod koniec stała się mocno osobista. Na przykład pytał, czy jesteśmy emigrantami. Odpowiedziałem, że wracam lada chwila. Tarkowski mówi (dokładnie to słyszę jeszcze teraz): „Nie ujezżaj iz Polszy. Nam nie nada ujezżat”.

Nie wiedzieliśmy wówczas, a może nawet on nie wiedział, że jest śmiertelnie chory. Chociaż Leon pamięta, że podczas rozmowy Tarkowski zażywał spore ilości proszków.

W Sztokholmie Tarkowski był przede wszystkim wielkim reżyserem, ale też emigrantem i banitą.

Władze Związku Sowieckiego pozbawiły go obywatelstwa po słynnej konferencji prasowej w Mediolanie, kiedy odmówił powrotu do ZSRR. Ale dodał, że nie chce być dysydentem, drugim Aleksandrem Sołżenicynem ani Andriejem Sacharowem. Nie wróci, bo chce korzystać z wolności twórczej, której mu odmawiano. W Związku Sowieckim został jego syn. Był na indeksie twórców zakazanych, nie pokazywano jego filmów. Wiozłem do Polski kasety z naszym wywiadem podpisane „Bob Dylan” i „Leonard Cohen”, a spisywałem je w mieszkaniu mojej przyjaciółki, żeby podczas jakiejś rewizji w moim domu bezpieka tych taśm nie zabrała.

Wtedy rozeszła się wiadomość, że Tarkowski ma raka. Cała sprawa nie trwała dłużej niż rok. Nasza rozmowa była ostatnim wielkim wywiadem, jakiego udzielił. Została odebrana jako swego rodzaju duchowy testament artysty.

Akurat w Warszawie redakcja „Res Publiki” przygotowywała się do wydania pierwszego legalnego numeru. Wysłałem im rozmowę z Tarkowskim, nie bardzo świadom, że zostanie hitem numeru. Oddzwonili z redakcji na drugi dzień: „Chłopie, czy ty masz świadomość, co przywiozłeś?”. Poszło w „Res Publice”, jeszcze z ingerencją cenzury, kiedy Tarkowski mówi, że wszyscy Rosjanie mają świadomość, iż Rosja zawsze gnębiła Polskę. Po śmierci Tarkowskiego rozmowa ta została przetłumaczona na kilkanaście języków; także na bardzo egzotyczne, arabski czy kurdyjski.

Ciekaw jestem, czy dzisiaj dla młodych ludzi, którzy wielbią Davida Lyncha, braci Coen czy Larsa von Triera, Tarkowski w dalszym ciągu może być kimś ważnym. Wydaje mi się, że np. „Stalker”, metafora zniewolenia przez totalitarną apokalipsę i fałszywych przewodników, prowadzących przemocą ku poznaniu złudnych prawd, jest cały czas aktualna.

Andriej Tarkowski był wielki, ale dzisiaj może wydawać się archaiczny.

Nie sądzę. Jego ostatni film „Ofiarowanie” to wielki traktat teologiczny, to kino i problematyka, które się nie starzeją. „Stalker” znakomicie koresponduje ze współczesną wrażliwością. „Zwierciadło” jest niezwykłe, gdyż Tarkowski dokonał rzeczy niemożliwej: film nie może być poematem, a jemu się udało stworzyć go na ekranie. To wiersz, dzieło liryczne, osobiste, intymne, a takich rzeczy nie robi się inaczej niż w samotności. Trudno sobie wyobrazić stworzenie takiego wyznania we współpracy z zespołem, który przy filmie pracuje.

Tarkowski był wizjonerem i perfekcjonistą. Jeśli w kadrze miała znaleźć się złamana gałązka, łamał ją i dbał, żeby była ułamana pod takim kątem, jak trzeba. Na potrzeby „Zwierciadła” kazał zbudować replikę swojego rodzinnego domu, z którego w Rosji zostały ledwie ślady po fundamentach. Odtworzono go ze zdjęć pod osobistym nadzorem Tarkowskiego tak wiernie, że kiedy budynek zobaczyła jego matka, która zresztą występuje w tym filmie, mogła niejako wejść w swoje poprzednie życie. W ostatnich scenach „Ofiarowania” płonie wielki, drewniany dom. Ale okazało się, że jedna z kamer się zacięła, nie miał dostatecznej liczby ujęć. Zażądał więc, by dom zbudowano ponownie, tylko po to, żeby jeszcze raz go podpalić. I to zrobiono – za pół miliona koron.

Twórcza dyktatura czy kaprys?

Tylko taki facet mógł osiągnąć wielkość. W Sowietach miał straszne życie. Przez dwadzieścia lat był reżyserem, lecz tak naprawdę przepracował niewiele ponad trzy. Jego filmy dostawały nagrody w Cannes i w Wenecji, ale w ZSSR szły na cenzorską półkę. W przypadku „Stalkera” zniszczono mu pierwotny materiał, naświetlono taśmę, więc kręcił jeszcze raz, za jakieś grosze. Cały czas walczył o swobodę twórczą z tym piekielnym systemem, potrafił nawet zwrócić się do zjazdu partii komunistycznej, w determinacji i naiwnej wierze, że apel artysty coś zmieni, pomoże uratować jego dzieło.

Nie znosił Sowiecji.

Tak. Ale z drugiej strony utożsamiał się z wielkimi twórcami rosyjskiej kultury, podobnie jak Brodski i twórcy tego pokolenia usiłował ocalić więź z tradycją, którą tam próbowano unicestwić. Najbliższy był mu Dostojewski i Tołstoj, jeszcze Puszkin, Lermontow, Turgieniew, Bunin. Był zbuntowanym młodym człowiekiem, który w tym systemie poszukiwał przestrzeni wolności. Przed wykolejeniem uratowała go matka, wysyłając na daleką Syberię, bo może skończyłby w więzieniu. Przez półtora roku przemierzał tajgę z ekspedycjami geologicznymi – co wspominał jako najpiękniejszy okres w życiu. Uderza zbieżność z losem Brodskiego, także w młodości uczestniczącego w podobnych ekspedycjach. I ten niezależny duch, nie mieszczący się w wyznaczonych artyście granicach, skazany został przez sowieckie władze na banicję. Po prostu – w ZSSR tacy ludzie mieli cały czas pod górkę. To ich hartowało, ale też sprawiło, że odeszli tak wcześnie: Tarkowski miał raptem 54 lata, Brodski 56.

Cały zachodni świat jest przekonany, że Andriej Tarkowski umarł na nowotwór. Lecz tak naprawdę – na tęsknotę.

O tym zrobił swój włoski film „Nostalgia”. Emigracja go zabiła, bo mimo wielkiego krytycyzmu wobec Związku Sowieckiego, był bardzo związany z Rosją. Tęsknił może nie za Moskwą, ale za swoimi wsiami – Zawrażje, Juriewo, Ignatiewo – gdzie czuł się świetnie, obserwował roczny cykl natury, odzyskiwał siebie, odradzał się. Na Zachodzie czuł się obco. Gdy w Stanach Zjednoczonych zabrano go do Monument Valley, popatrzył na te skały, przyrodę i mówił mi, że taki pejzaż to po prostu ikona, gdzie należy się modlić. Ikona dla rosyjskich mistyków to nie jest święty obraz na ścianie, ale okno, przez które dostaje się światło z Tamtego Świata. W takich miejscach – opowiadał – można rozmawiać z Bogiem, a ci Amerykanie mówili mu o tym, że w Monument Valley kręcono westerny, filmy o tym, jak ktoś komuś rąbnął pugilares podczas podróży dyliżansem.

(Nostalgia) 

Czym była dla niego Rosja?

Czymś najważniejszym, bez dwóch zdań. Nie system sowiecki, ale rosyjska duchowość. Powiadał, że to z Rosji może nadejść duchowe odrodzenie dla zachodniego świata, bo tam gdzieś na stepach, na dalekiej prowincji, te wartości i wiara przetrwały. W tym przypominał trochę Aleksandra Sołżenicyna, proroka rosyjskości.

Ten rodzaj rosyjskiego prorokowania i mistycyzmu jest, niestety, groźny, co widać również dzisiaj. Rosja ponad wszystko, jako ten trzeci Rzym, z którego nadejdzie odrodzenie, po prostu przeraża, bo to się zawsze, niezależnie, czy carstwo czy komunizm, źle i okrutnie kończyło.

Jest wielka różnica między nacjonalizmem a humanizmem, też gdzieś osadzonym w rosyjskiej glebie. Tarkowski był wielkim rosyjskim humanistą, człowiekiem wartości, a nie wyznawcą etnicznego, prawosławnego imperializmu. Taki jest los rosyjskich inteligentów, którzy tam stanowią ledwie warstewkę w tym zniewolonym, upodlonym, ogłupiałym społeczeństwie, które musi i chce mieć nad sobą władzę cara, Putina czy innego satrapy.

Tarkowski miał świadomość swojej pozycji w Rosji?

Tak, ale też doskonale wiedział, jak jest cały czas zwalczany. Gdy jego filmy trafiały na zagraniczne festiwale, ZSSR nalegał, by w jury zasiadał jakiś Rosjanin. Np. do Wenecji przyjechał Siergiej Bondarczuk, który robił wszystko, żeby Tarkowski nie dostał nawet wyróżnienia. Nie udało się. Z tego powodu miał ogromne poczucie krzywdy, czuł się zraniony. Mawiał, że tak traktuje go kraj, dla którego zarobił więcej dewiz niż cała sowiecka kinematografia. W ZSSR jego filmy pokazywano w małej liczbie kopii, z nadzieją, że zrobią klapę, robiono wszystko, żeby ludzie nie chodzili na nie do kina, a kiedy okazywało się, że mimo to odnoszą sukces, zdejmowano je z ekranu.

Wiele lat temu widziałem w Tallinnie ruiny fabryki, w której Tarkowski kręcił „Stalkera”. Krajobraz fantastyczny, pustka i dzikość, ani śladu informacji, że tutaj był filmowy plener. Lecz ludzie odwiedzający ruiny wiedzieli, po co tam przychodzą.

Filmy dokumentalne o Tarkowskim, np. prezentowany niedawno w TVP Kultura film Denisa Trofimowa „Ofiarowanie Andrieja Tarkowskiego”, gdzie występują czołowi rosyjscy twórcy filmowi – Michałkow, Konczałowski – pokazują, co tak naprawdę znaczył. Mimo szykan, otaczał go kult.

W jego idealizmie było wiele dziecięcej naiwności, ale też coś niezwykle szlachetnego i potrzebnego. Jego ogromny sukces na Zachodzie właśnie z tego się brał. Retrospektywy filmów Tarkowskiego, czy to w Londynie, czy w Sztokholmie, wyprzedawały się wiele tygodni naprzód do ostatniego miejsca. Zachodni widzowie czuli, że Tarkowski mówi o czymś, co oni utracili, dotyka jakiejś struny, z której braku może do końca nie zdają sobie sprawy, ale podświadomie, w jakiś tajemniczy sposób, jej potrzebują.

Mówisz o Europie, a nie o USA, gdzie Tarkowski prawie nie istniał.

Nie widział siebie w Hollywood, nie dostawał stamtąd propozycji – i pewnie nie byłby nimi zainteresowany. Nie lubił tej hałaśliwej maszynerii i takiego blichtru.  Powtarzał, że kino narodziło się w rynsztoku. Wrzucałeś grosik do fotoplastikonu i w okienku pojawiała się rozbierająca się panienka. Nie rozumiał, jak można zabiegać o popularność, po co komu gwiazdorstwo. Dla niego największym reżyserem był np. Robert Bresson, którego filmy chodziły przy pustej niemal widowni. Ja mu na to: „To pański sukces jest co najmniej podejrzany, skoro uważa pan, że to, co najlepsze, musi być elitarne i nie powinno być adorowane przez wielką publiczność”. Uśmiechnął się.

Tarkowski czasami lubił ekranizować adaptacje wielkiej literatury.

To nie były proste adaptacje, ale raczej szukanie inspiracji do wyrażenia własnych wizji, robił filmy nie według książki, ale na jej podstawie. Wydobywał ważną dla niego ideę i ją po swojemu przetwarzał. Był na tyle silną osobowością, że nie uginał się pod naciskami twórców oryginału.

Zabawne były jego kontakty ze Stanisławem Lemem, które przybrały postać burzliwą. Lem oczekiwał, że skoro Tarkowski wziął się za „Solaris”, po prostu tę powieść ekranizuje. A Tarkowski wybrał z niej kilka wątków, ważną dla Lema ideę zawłaszczania duchowości człowieka przez technologię zastąpił problematyką moralną, pokuty, wstąpienia na drogę duchowego rozwoju. Podobnie w przypadku powieści braci Strugackich, będącej impulsem do „Stalkera”, wystarczył mu jeden rozdział. Zaczął swój film tam, gdzie kończył się ostatni rozdział „Pikniku na skraju drogi”.

Z Lemem wybuchła awantura. Obaj krzyczeli na siebie, wyzywali się od durniów, przy pełnym szacunku jeden dla drugiego. Tarkowski pięknie o tym opowiadał: Lem był dla niego przykładem wielkiego pisarza, wizjonera, który kompletnie nie rozumie, czym jest kino i specyfika tego rodzaju sztuki.

(Solaris) 

Przyznawał się też do dalekich polskich korzeni.

Ponoć chętnie. Mówił – jak opowiadał mu ojciec – że jego dziad Karol walczył w powstaniu listopadowym, a potem skończył na zesłaniu. Pół żartem wyznawał, że może ten polski gen sprawił, iż został rebeliantem, niepokornym rarogiem. Ciekawe, że podobnie uważał Josif Brodski, który rozkoszował się np. słowem „niepodległość”. Powtarzał, że w rosyjskim nie ma takiego słowa, które wprost zaznacza, że się nikomu nie podlega. Rosyjskie „niezawisimost’” to – zdaniem poety – coś mniej kategorycznego. Tarkowski cenił to polskie pragnienie wolności.

Czy przy dzisiejszym rozmachu kina, zwłaszcza hollywoodzkiego, ktoś jeszcze chce oglądać filmy Andrieja Tarkowskiego? Kto jest odbiorcą tych monumentalnych dzieł?

Tarkowski ma ciągle wierną widownię, szukającą w jego filmach inspiracji duchowych, zachęty do przeżywania i myślenia. Rzadko je pokazują, nawet w kinach studyjnych, ale taki jest los dzieł kultowych. Jego twórczość pozostanie, jestem tego pewien. Te filmy są dzisiaj potrzebne, właśnie ze względu na wielką przenikliwość i ponadczasową aktualność. „Rublow” i jego krzyk o wolność artysty. Albo ten szalony odmieniec, który podpala się w zakończeniu „Nostalgii”, żeby uświadomić zachodniemu światu, że zagubił wartości. Zanim podpali się na placu Kapitolińskim, wygłasza artystyczne credo reżysera, coś, co – zwłaszcza dzisiaj w Polsce – brzmi szalenie aktualnie: „Społeczeństwo musi się znów zjednoczyć. Nie może być tak podzielone. Trzeba obserwować przyrodę, żeby zrozumieć, że życie jest przecież całkiem proste i że musimy wrócić do najważniejszych zasad życia, nie brudząc wody. Co to za świat, w którym szaleniec musi wam powiedzieć, wam zdrowym, że powinniście się wstydzić”. Jak to świetnie pasuje do naszych czasów, jak celnie brzmi – poczynając od polityki, a na globalnym ociepleniu i ekologii kończąc.

Dzisiejszy świat jest cyniczny, a Tarkowski w zestawieniu z nim wydaje się naiwnym idealistą.

Przyzwyczailiśmy się do kłamstwa, podłości, demagogii, populizmu, siania nienawiści do inaczej myślących. Dlatego tego typu przesłania mogą się dzisiaj wydawać naiwne. Ale są potrzebne. Właśnie z tego powodu.


Rozmawiał Paweł Smoleński. Tekstu ukazał się w w numerze 6/2016 

Polecane wideo

Komentarze

Polecane dla Ciebie