Smart cities: przyszłość miast czy zgubny fetysz?
iStock

Smart cities: przyszłość miast czy zgubny fetysz?

Mają mieć wszystkie zalety współczesnych miast i żadnej z ich wad. To, co wydawało się wizją z filmów science fiction, staje się rzeczywistością. Tylko czy idealne miasta będą dobrymi miejscami do życia?
21.12.2018

Nazwa Masdar zapewne nic ci nie mówi. I nie jesteś w tym odosobniony. Ale to kwestia czasu. Niebawem ta miejscowość w Zjednoczonych Emiratach Arabskich znajdzie się w centrum uwagi światowych mediów. Powód? Będzie naprawdę inteligentnym miastem przyszłości, pierwszym „smart city” zbudowanym od podstaw. Wygodnym i bezpiecznym. Do tego ładnym, bo stworzonym przez światowej klasy architektów. Żadnych korków na ulicach, bo poprowadzony pod ziemią transport, oczywiście elektryczny, będzie monitorowany pod kątem przepustowości. W kranach popłynie woda odsalana z morza, a po zużyciu zostanie poddana recyklingowi. Prąd? Wyłącznie z energii słonecznej. Śmieci nie są przewidziane, bo te pochodzenia organicznego zasilą jako kompost parki czy skwery, nieorganiczne zaś zostaną na miejscu przetworzone na ekologiczne materiały budowlane, z których miasto w całości jest budowane. A do tego niemal zerowy poziom emisji dwutlenku węgla, więc można zapomnieć o smogu. I tak zresztą by się nie utrzymał przy systemie wentylacji, pilnującym, by w mieście nigdy nie było zbyt gorąco czy duszno.

W dłuższej formie: Ile dzieli nas od zagłady? O ekologicznej katastrofie i depresji klimatologów 

Cywilizacyjny fetysz 

Pieniądze na ten projekt wyłożył rząd w Emiratach, część kosztów eksploatacji wzięła na siebie proekologiczna agenda ONZ, projekt wykonało biuro architektoniczne sir Normana Fostera, a technologię opracowano na słynnej bostońskiej uczelni MIT. Trudno jednak powiedzieć, że Masdar jako miasto przyszłości będzie projektem unikatowym. Idea smart city jest dziś w centrum zainteresowania zarówno wielkich koncernów hi-tech, jak i start-upów, firm z branży nowych technologii oraz władz – i tych miejskich, i centralnych. Równocześnie z Masdarem w różnych miejscach na świecie powstają podobne projekty. W Arizonie Bill Gates, twórca Microsoftu, kupił sto kilometrów kwadratowych ziemi (to niewiele mniej niż powierzchnia Torunia) na budowę miasteczka Belmont. Quayside, dzielnicę hi-tech pod Toronto, buduje z kolei Google. W Korei Południowej na ziemi wydartej Morzu Żółtemu rozrasta się z kolei Songdo, aerotropolis, czyli miasto, którego spoiwem i centralnym punktem jest lotnisko. Wszystkie te miejsca w założeniach zbliżone są do Masdaru. To mają być miasta inteligentne, metropolie na miarę XXI wieku, które zmienią to, w jaki sposób żyjemy.

Nie jest jednak powiedziane, że tylko miasta budowane od podstaw mogą być inteligentne. Przeciwnie. Władze istniejących od stuleci metropolii pracują nad coraz nowocześniejszymi i bardziej kompleksowymi rozwiązaniami, dzięki którym wielkie miasta mają stać się „smart”. Odbywa się to stopniowo, niekoniecznie widowiskowo, ale za to konsekwentnie.

Jaka jest skala tego najnowszego cywilizacyjnego fetyszu? Wydatki na projekty „smart city” wkrótce osiągną 35 miliardów dolarów globalnie. Na tyle szacuje je Gary Shapiro, prezes CES, największej na świecie imprezy branży hi-tech, odbywającej się w Las Vegas. W tym roku po raz pierwszy „smart cities” miały tam wydzieloną, odrębną przestrzeń. Odpowiednio wypromowane, od razu awansowały na jedną z głównych dziedzin nowych technologii. Jaki jest powód szaleństwa na punkcie inteligentnych metropolii? Jak przewiduje ONZ, w 2050 roku w miastach będzie mieszkać już dwie trzecie ludzkości (dziś ledwie połowa). Wielkie metropolie coraz silniej i drapieżniej będą rywalizować ze sobą gospodarczo, politycznie czy kulturalnie. I coraz trudniej będzie im pozyskiwać inwestorów, jeśli spóźnią się na technologiczną rewolucję, która życie w nich uczyni łatwiejszym, prostszym i przyjemniejszym, innymi słowy pod każdym względem opłacalnym. Gra jest zatem warta świeczki.

 

Po co latarniom połączenie z internetem?

Miasta inteligentne to miasta podłączone do Internetu. Czy raczej spowite miliardami sieciowych połączeń wszystkiego ze wszystkim. Dlatego kluczowy w ich powstawaniu jest Internet of Things, czyli internet rzeczy: wszystko – od budynków, przez drobną architekturę miejską, po pojazdy – podłączone jest do sieci, współpracuje i komunikuje się ze sobą. „Smart cities” są więc rozwinięciem pomysłu „smart homes”, inteligentnych domów. Bo skoro ogołocona w weekend lodówka może dodać do listy zakupów kilka niezbędnych produktów, lustro w łazience na głosową komendę może włączać wodę pod prysznicem i regulować jej temperaturę, a zamontowana nad wejściem do domu kamera odnotuje powrót kota po tygodniu nieobecności i wyśle do ciebie sms-a, dlaczego w podobny sposób nie miałoby komunikować się ze sobą całe miasto? Przeszkodą do niedawna był zbyt wolny Internet. Ale razy szybsza od swej poprzedniczki 4G, bez minimalnych opóźnień w transferze danych, zapewni połączenie milionów sensorów jednocześnie.

Weźmy choćby latarnie. Wybór nieprzypadkowy, bo to one stały się forpocztą eksperymentów „smart cities”. W kalifornijskim San Leandro, dla przykładu, firma Bosch ustawiła pięć tysięcy latarni z oświetleniem LED, które zapalają się tylko wtedy, gdy są potrzebne: nie ma sensu świecić, gdy okolica jest całkowicie opustoszała. A wszystko dzięki zamontowanym w nich czujnikom z detektorem ruchu. Sprawiają one, że latarnie zapalają się dla przechodnia czy przejeżdżającego samochodu. Dodatkowo czujniki badają jakość powietrza i na bieżąco ślą komunikaty o przekroczeniu norm. Umiejscowione w latarniach kamery sprawią z kolei, że łatwiej będzie przekierować ruch samochodów w czasie korków. Albo połączą obie te funkcje, jak w Amsterdamie. Tam, gdy przy szkołach czy przedszkolach wyłapią za dużo spalin, uruchomią system objazdów, wyłączając czasowo okolicę z ruchu. Jest to możliwe dzięki zintegrowaniu miejskich latarni z sygnalizacją świetlną i elektronicznymi znakami drogowymi.

Inteligentne latarnie stoją też już w San Diego. W najbliższym czasie ich czujniki zostaną wykorzystane również do „wykrywania” miejsc parkingowych. Bo czyż nie byłoby świetnie od razu wiedzieć, gdzie jest wolne miejsce do parkowania? Zwłaszcza że jego poszukiwanie to niedogodność nie tylko dla kierowcy. Tracimy na tym wszyscy. Trzydzieści procent korków w centrach miast powodują kierowcy próbujący zaparkować – tak twierdzi Bret Beringer, wiceprezes Fybr, platformy rozwijającej Internet Rzeczy. Latarnie przekażą wiadomość o wolnym miejscu parkingowym i o jego rozmiarze wprost do nawigacji w samochodzie. Takie rozwiązania testowane są już w Stuttgarcie, w tym roku dołączą między innymi Los Angeles i Boston.

Samochody, oczywiście inteligentne, to jedna z osi projektu „smart cities”. Jednak jesteśmy jeszcze daleko od spełnienia wizji ulic zapełnionych autami bez kierowcy. Owszem, widują je już mieszkańcy Pittsburga czy Bostonu, gdzie takie projekty są prowadzone, bezzałogowe minibusy jeżdżą po Lyonie, a metro – m.in. w Londynie. Na tegorocznych targach CES propozycje bardziej autonomicznych pojazdów pokazali m.in. Ford, Hyundai, BMW i Audi. Od tego, by takie auta masowo pojawiły się na drogach, dzieli nas co najmniej dekada. Będą używane choćby przez firmy w rodzaju Ubera, które zawalczą o rynek przewozów – osób i towarów, od aut osobowych po ciężarówki i autobusy.

Funkcje autonomiczne pojawiają się też w samochodach, które już dzisiaj można kupić w salonach. W Teslach można włączyć tryb autopilota i zdjąć ręce z kierownicy w czasie jazdy, a nogę – z gazu. To już nie science fiction, ale powoli codzienność na drogach w wielu krajach, tam, gdzie Tesle jeżdżą po ulicach, choćby w USA czy w Skandynawii. Inne marki, np. Audi, montują w swoich samochodach systemy półautonomiczne pozwalające na to, by podczas jazdy w korku zdjąć nogę z gazu – komputer pokładowy zadba o utrzymanie właściwej odległości od innych aut. Samochody Volvo, Mercedesa czy BMW dzięki czujnikom potrafią zahamować szybciej niż człowiek, przewidzieć potencjalne zagrożenia na drodze pozostające poza polem widzenia kierowcy czy uniknąć korków. Komputery wyposażone w czujniki powoli, ale nieubłaganie udowadniają, że bezpieczeństwo na drodze zwiększy się, jeśli zmniejszyć wpływ kierowcy na prowadzenie samochodu. Kolejnym krokiem będzie połączenie samochodów autonomicznych w wielką sieć – wtedy zarządzanie ruchem drogowym będą mogły ostatecznie przejąć algorytymy.

Nowy, bezpieczny (?) świat 

Na CES w Las Vegas dużo mówiono też o bezpieczeństwie w inteligentnych miastach. Wzmacniać je mają choćby detektory hałasu, mogące rozróżnić strzały z broni czy wybuch granatu albo bomby. Czujniki mogą zostać umieszczone w dowolnym miejscu – wmontowane w latarnie albo w fasady budynków. Błyskawicznie alarmowałyby policję i służby o zagrożeniu. W jaki sposób system byłby w stanie odróżnić wystrzał z broni od odgłosu pękającego balona czy strzelającego korka od szampana? Problem nie jest wydumany – Alexa, domowy system sztucznej inteligencji sterowany głosem, oferowany przez firmę Amazon, miewa problem z odróżnieniem dźwięków z telewizora od głosów domowników i w efekcie zamawia w Amazonie zakupy. To jednak jedyne niedociągnięcie, które zostanie wyeliminowane w najbliższych latach – sztuczna inteligencja też będzie stawać się coraz bardziej „smart”.

Dzięki niej możliwe stanie się użycie technologii chroniących mieszkańców miast przed klęskami żywiołowymi. Pierwsze rozwiązania są już w fazie testów. Przykładem niech będzie choćby nowy system przeciwpowodziowy na rzece Neckar obok Ludwigsburga w Niemczech. Czujniki i kamery badają poziom wody, jej prędkość i nurt oraz stan pobliskich zbiorników. Dane trafiają do serwerów i tam są analizowane. Jeśli stan wody zacznie zagrażać okolicy, system wyśle sms-y z ostrzeżeniem do mieszkańców, właścicieli firm czy sklepów i do władz miasta. To pozwoli na bezpieczną ewakuację czy umocnienie wałów. Czujniki mogą też ostrzegać przed katastrofami budowlanymi. Weźmy choćby wynalazek firmy AT&T. Urządzenia montowane na budynkach czy mostach co kilka godzin będą dokonywać pomiarów temperatury i natężenia ruchu i przesyłać dane do serwerów. Jeśli algorytm wychwyci niepokojące wskazania, prześle je do odpowiednich służb. Na podobnej zasadzie sensory będą ostrzegać o pękniętych rurach, wyciekach gazu, awariach w zakładach przemysłowych i, oczywiście, o smogu.

Idea smart cities nie jest panaceum na wszelkie bolączki współczesnych metropolii. Gadżety, sensory i technologie nie zlikwidują problemów, ale mogą szybciej je wykryć i zaradzić im na czas. Przykładem są choćby czujniki monitorujące stan zapełnienia śmietników. To wynalazek popularny w Ameryce Południowej. Służby komunalne, zamiast rutynowo objeżdżać miasto, na bieżąco analizują stan zapełnienia koszy i wysyłają śmieciarki, gdy jest taka potrzeba. Ba, 130 smart-koszy firmy Ecube Labs, ustawionych w kolumbijskich miastach Ibague i Santa Marta, nie tylko wysyła informację, kiedy są przepełnione, ale także zaopatrzonych jest w wi-fi i oświetlenie, dzięki czemu można je traktować jako mikrolatarnie i zarazem miejski hot spot zapewniający dostęp do internetu. Energię zapewniają im panele słoneczne. 

Naszpikowane technologiami smart cities to projekty bardzo kosztowne. Choć „inteligentna” sygnalizacja uliczna pozwala dużym metropoliom Europy zredukować zużycie prądu o sześćdziesiąt procent i zaoszczędzić nawet dwa miliony euro rocznie, trzeba ponieść duże wydatki, by później czerpać z tego korzyści. Dlatego inteligentne rozwiązania wprowadzają na razie jedynie zamożne miasta. To jednak teraźniejszość, w przyszłości rozwiązania „smart” stanieją i staną się niemal powszechne. Oczywiście, rosną też obawy, czy zbyt dużo informacji zebranych przez operatora systemu „smart city” nie zmieni współczesnych miast w coś w rodzaju scenografii z filmu „Truman Show”. Czy nie staniemy się uczestnikami przedsięwzięcia przypominającego program „Big Brother”, w którym każdy krok i każde zachowanie będzie monitorowane, a działania niepożądane – błyskawicznie identyfikowane i karane? Mówiąc po prostu – czy miasto „smart” nie zmieni się w inteligentne więzienie? Twórcy innowacji zapewniają, że takie szczegóły jak twarze przechodniów czy tablice rejestracyjne aut będą zamazywane przed wysłaniem danych do chmury, czyli zanim mogłyby być analizowane przez ludzi. Jednocześnie naukowcy, także ci z technologicznych koncernów, uważają, że miasta staną się jednak naprawdę inteligentne, kiedy będą mogły zwalczyć przyczyny bolączek, a nie tylko likwidować czy minimalizować objawy. 

Skoro doraźnie można rozładować korek poprzez wskazanie kierowcom alternatywnych dróg czy miejsc parkingowych, dlaczego nie dowiedzieć się, dokąd ci kierowcy jadą? Czy muszą wyruszać akurat tego dnia i o danej godzinie? Dlaczego nie skorzystali z transportu miejskiego? Dlaczego jadą tą trasą, a nie inną? Poznanie odpowiedzi na te pytania może przynieść przełom w urbanistyce. Tak twierdzą na łamach „The Independent” Alison Heppenstal i Nick Malleson, profesorowie z Uniwersytetu Leeds. Jeśli tak się stanie, miasta będą wiedziały o nas niemal wszystko. 

Resztę sami ujawniamy. W sieci chętnie opisujemy nasze życie zawodowe i osobiste. W internecie można znaleźć informacje o tym, co kupujemy, gdzie i kiedy. Do sieci wprowadzamy stopnie ze szkół i uczelni, plany na wakacje czy dane dotyczące stanu stanu zdrowia (biegacze, to też o was). Wystarczy tylko do tych danych się dobrać, by mieć jak na dłoni informacje de facto poufne. To jednak temat na inną opowieść – nie o inteligentnych miastach, a o inteligentnych cyberprzestępcach.

Tekst Michała Zaczyńskiego ukazał się w pierwszym tegorocznym "Big Black Booku"

Polecane wideo

Komentarze

Polecane dla Ciebie