Barkley Marathons: pięć pętli piekła
Facebook/ TheBarkleyMarathons/

Barkley Marathons: pięć pętli piekła

Walczą z zimnem, zmęczeniem, bólem. Większość nie dociera do mety. Mimo to najlepsi biegacze na świecie co roku wracają na Barkley Marathons. Co w tym jest?
20.11.2018

Na mokrym, zimnym asfalcie leży wycieńczony mężczyzna i zanosi się szlochem. Jest skulony, jego ubrania są przemoczone do cna, a on z trudem łapie powietrze. Kobieta, która przykucnęła obok niego, bezskutecznie próbuje go pocieszyć. Nad nimi stoi brodaty mężczyzna w kapeluszu z szerokim rondem i w znoszonym prochowcu. – Zebrałem wszystkie kartki! – krzyczy leżący; jego głos jest piskliwy, histeryczny. – Z powodu mgły znalazłem się po złej stronie góry. Musiałem przepłynąć rzekę! – przerywa, by wziąć kilka płytkich oddechów i wykrzykuje: – Zebrałem wszystkie kartki!

Grupa widzów w napięciu obserwuje sytuację, przypatrując się płaczącemu facetowi na asfalcie oraz brodaczowi. – Zebrał wszystkie kartki! – podnosi się krzyk w tłumie.

Czytaj też wywiad z Piotrem Pustelnikiem: Antarktyda to drogi kontynent 

Sześćdziesiąt godzin udręki

Jest wiele poziomów biegowego wtajemniczenia. Dla niektórych nieosiągalnym wyzwaniem pozostaje ukończenie maratonu – 42 kilometry i 195 metrów biegu. Pokonanie takiego dystansu traktowane jest jak osiągnięcie, bez względu na wynik na mecie. Doświadczeni maratończycy szukają jeszcze poważniejszych wyzwań. Dla nich są ultramaratony, biegi terenowe na sześćdziesiąt, osiemdziesiąt czy sto dwadzieścia kilometrów, po lasach, w górach albo przez pustynię. Przykłady można mnożyć. Trasa maratonu Badwater, uznawanego za jedną z najtrudniejszych imprez tego typu, wiedzie środkiem kalifornijskiej Doliny Śmierci, w której temperatura latem sięga pięćdziesięciu stopni Celsjusza. Maraton Piasków trwa sześć dni, a jego trasa liczy 251 kilometrów wytyczonych na bezdrożach marokańskiej Sahary. Jest też Ultra Trail de Mont Blanc prowadzący dookoła najwyższej góry Europy, 166 kilometrów po stromych alpejskich dróżkach. Wśród najtrudniejszych biegów terenowych jest jeden, znany jedynie wtajemniczonym, którego nie sposób porównać do jakiegokolwiek innego ultramaratonu. To Barkley Marathons. Ci, którzy brali w nim udział, określają tę imprezę jako sześćdziesiąt godzin w piekle.

Everest w środku Ameryki 

Trasa maratonu Barkleya to pięć pętli wytyczonych w lasach parku stanowego Frozen Head w amerykańskim stanie Tennessee. Według organizatora, do pokonania jest trasa o łącznej długości stu sześćdziesięciu kilometrów, chociaż wielu uczestników utrzymuje, że prawdziwy dystans przekracza dwieście kilometrów. Nie długość jednak stanowi główne wyzwanie. W trakcie biegu zawodnicy muszą pokonać przewyższenie o łącznej wysokości trzydziestu sześciu kilometrów, co można porównać do dwukrotnego wejścia i zejścia z Mount Everestu. Z tą trasą mierzyli się już najbardziej doświadczeni „ultrasi” zaprawieni w walce na górskich i leśnych szlakach – i ponosili sromotne porażki. We wszystkich edycjach biegu wzięło udział już ponad tysiąc osób. Do 2017 roku metę osiągnęło jedynie piętnastu biegaczy. Legenda Barkley Marathons niesie się szeroko, wielu zawodników chce się przekonać, czy ten bieg rzeczywiście stanowi aż takie wyzwanie. Trenują miesiącami, niekiedy nawet latami, by potem znosić upokorzenie porażki na wilgotnych, śliskich i stromych ścieżkach parku stanowego Frozen Head – wycieńczeni, przemoknięci, poranieni, gubiący drogę we mgle. A rok później wracają, by spróbować jeszcze raz walki na trasie najtrudniejszego biegu terenowego na świecie.

Szczęśliwa trzynastka

Chyba nie ma na świecie drugiej imprezy biegowej, która w aż takim stopniu byłaby wyrazem osobowości organizatora. Pomysłodawcą i organizatorem Barkley Marathons jest niejaki Lazarus Lake, długowłosy brodacz z Tennessee. Naprawdę nazywa się Gary Cantrell i ma sześćdziesiątkę na karku. W młodości był maratończykiem i „ultrasem”, całkiem niezłym, choć nie wybitnym. W każdym razie okolice parku Frozen Head przebiegł wszerz i wzdłuż, zna tu niemal każdy kamień i każde drzewo. Trzydzieści lat temu nikt w Tennessee nie organizował biegów terenowych, więc Gary postanowił zorganizować swój własny – pięć pętli po trzydzieści dwa kilometry każda, wiodących przez góry północnej części stanu Tennessee.

W 1986 roku odbyła się pierwsza edycja Barkley Marathons, nazwanego tak na cześć sąsiada Cantrella, Barry’ego Barkleya. Uczestniczyło w nim trzynastu zawodników, żaden go nie ukończył. Tak narodziła się legenda biegu, w którym osiągnięciem i powodem do dumy jest nawet porażka. – Uczestnicy biorą pod uwagę, że mogą nie dotrzeć do mety, mają świadomość, że trasa może okazać się dla nich zbyt trudna – przyznaje Lazarus Lake. Im bardziej prawdopodobne jest, że nie dadzą rady, tym bardziej ten wyścig ich przyciąga.

Białe skarpety i Camele

Barkley Marathons to bieg inny niż wszystkie. Weźmy opłatę startową. Wpisowe wynosi jedynie 1,6 dolara (dla porównania start w maratonie nowojorskim to wydatek około 350 dolarów). Co roku wybieranych jest zaledwie czterdziestu uczestników, choć przychodzą setki zgłoszeń z całego świata. Ale do biegu Lazarusa Lake’a nie można się tak po prostu zgłosić. Procedura rejestracyjna jest wielostopniowa i skomplikowana. Najpierw należy wysłać zgłoszenie e-mailem. Wysyłka musi nastąpić wyznaczonego dnia o wskazanej godzinie; jeśli zgłoszenie zostanie przesłane za wcześnie lub za późno, nie zostanie rozpatrzone. Co więcej, e-mail nie może być jedynie prośbą o wpisanie na listę startową. Lazarus Lake oczekuje wypracowania zatytułowanego: „Dlaczego powinienem zostać uczestnikiem Barkley Marathons?”.

Ci, którym uda się przedrzeć przez sito eliminacji, mogą planować wyjazd do Tennessee, ale obowiązkiem jest przywiezienie prezentu dla organizatora. Debiutanci, zwani przez Lazarusa „dziewicami”, muszą podarować mu sa chodową tablicę rejestracyjną ze swojego rodzinnego miasta. Ci, którzy już startowali w Barkley, mają przywieźć jakąś część garderoby. Lake życzy sobie na przykład koszul flanelowych albo białych skarpet – co roku chce czegoś innego. Elita biegowa, czyli ci, którym udało się ukończyć Barkley Marathons, ma najłatwiejsze zadanie – muszą jedynie przywieźć paczkę papierosów Camel.

I jeszcze jedno: wszyscy uczestnicy muszą przed startem podpisać oświadczenie takiej treści: „Jeśli jestem wystarczająco głupi, aby wystartować w Barkley Marathons, zasługuję na to, by wziąć odpowiedzialność za każdy skutek tej próby, finansowy, fizyczny, psychiczny czy jakikolwiek inny”.

 

Cały tekst George’a Pendla znajdziecie w pierwszym numerze Esquire’a z tego roku.

Polecane wideo

Komentarze

Polecane dla Ciebie