Frank Lloyd Wright: nonszalancki wizjoner
Fot: Starstock

Frank Lloyd Wright: nonszalancki wizjoner

W ubiegłym roku minęła 150. rocznica jego urodzin. Przypominamy sylwetkę architekta, która ukazała się w pierwszym ubiegłorocznym numerze „Big Black Booka”.
10.07.2019

Ponoć zeznając w sądzie w jednej ze spraw, na standardowe w takich sytuacjach pytanie o zawód, odparł: „najwybitniejszy żyjący architekt”. Kolegom po fachu miał wytłumaczyć to faktem, że „przecież zeznawał pod przysięgą”. Wpatrzony w siebie, pyszny, arogancki Frank Lloyd Wright miał jednak rację. Możliwe nawet, że z tym „żyjącym” okazał skromność – wielu krytyków architektury twierdzi, ze najwybitniejszym pozostaje do dziś.

Był prekursorem architektury organicznej. W myśl hasła, ze forma wynika z funkcji, potraktował oba czynniki jako jedność. Nie skupiał się na jednym stylu, bo uważał, ze wygląd budynku determinuje jego otoczenie. Najlepiej zaś, by była nim niczym nieskrępowana przyroda. Można powiedzieć, że wymyślił nowoczesną architekturę, którą powiązał z pejzażem i naturą.

Miał walijskie korzenie. Jego dziadek, kaznodzieja (co może tłumaczyć życiowe perypetie i ciągoty Wrighta, o czym za chwilę), przybył do Ameryki w 1844 roku wraz z żoną i dziećmi, w tym z ojcem przyszłego architekta. Zamieszkali w bajkowej Helena Valley niedaleko Chicago, której krajobraz stał się nie tylko pierwszą inspiracją dla Wrighta, ale też tłem wielu jego późniejszych realizacji, w tym jego ulubionego budynku zwanego Taliesin. Po relatywnie krótkim stażowaniu w najlepszych pracowniach Chicago, w 1889 roku, w wieku zaledwie 22 lat zaprojektował pierwszy dom własny – dla siebie i żony Kitty: w stylu Arts and Crafts i nie zapowiadający jeszcze jego późniejszego geniuszu.

Charles i Ray Eamesowie - układ idealny. Przeczytaj sylwetkę pionierów współczesnego designu 

(Muzeum Guggenheima w Nowym Jorku, iStock) 

Dom z 394 oknami

Pięć lat później, wyrzucony z pracowni za robienie fuch na boku, założył firmę. Rozbudował w tym celu dom, dodając salon w formie tunelu. Jego studio, inspirowane architekturą Japonii i typową dla niej harmonią, zbudowane zostało wokół drzewa, co było jednym z pierwszych przykładów jego późniejszego przywiązania do natury i włączania jej w projekty. A te stawały się coraz śmielsze. Zaczął wymyślać słynne domy preriowe, których nazwę wziął od rozległych pól, gdzie powstawały. Do 1901 roku stworzył ich aż pięćdziesiąt. To jedno- lub dwupiętrowe rozłożyste rezydencje z pasami okien, niskim dachem i kominem, jako punktem centralnym, budowane głównie z kamienia i drewna.

Jednym z najoryginalniejszych domów preriowych jest model z 1904 roku, zaprojektowany dla Darwina M. Martina, szefa Larkin Soap Company. Ukryty za pergolami i identycznymi ze wszystkich stron – z wyjątkiem wejścia – fasadami obiekt, to tylko pozorna prostota. Wyróżnia się już choćby samymi 394 oknami, zdobionymi różnymi wzorami. Na każde z okien składa się z kolei nawet 750 indywidualnie dobieranych szkiełek, tworzących obrazy świetlne. Do zaprawy murarskiej dodano szczere złoto. Jadalnia łączy się z biblioteką, salon z werandą, a na każde dwie sypialnie (jest ich łącznie osiem) przypada jedna łazienka. Jak twierdził Wright, to był dom najbliższy ideału w historii świata. Stoi do dziś. Zdaniem Mary Roberts, szefowej Martin House Restoration Corporation, inicjatywy walczącej o przywrócenie obiektowi świetności, nawet jak na obecne czasy jest on ekstrawagancki ponad wszelką miarę. Na jego renowacje wydano już 50 milionów dolarów. – Każde okno to wydatek rzędu 28 tysięcy dolarów – skarżyła się dziennikarzowi „Guardiana”. A mówimy tylko o jednym domu, bo cały kompleks o powierzchni 2,7 tysiąca metrów kwadratowych, składa się z pięciu budynków. Rezydencja kosztowała 300 tysięcy dolarów. Cena „przeciętnego” domu w tej okolicy ? Około siedmiu tysięcy. Zważywszy, że Wright był orędownikiem idei niedrogiego domu dla każdej rodziny, zakrawa to na hipokryzję.’ Ale architekt potrafił też budować tanio – projektował American System-Build Homes – niedrogie domy, na które mógłby sobie pozwolić przeciętny Amerykanin. Ocalało ich kilkanaście, głównie w Wisconsin.

Domy preriowe, zwłaszcza te wystawne, siła rzeczy ustawiły Wrighta zarówno zawodowo, jak i finansowo. Co lubił okazywać.  Jak pisze Marcus Field w „The Independent” skromnie niegdyś ubrany architekt zaczął nagle nosić efektowne kapelusze, wyściełane czerwienia peleryny i podpierać się dla animuszu laską. Potrafił też, ubrany w garnitur, nonszalancko chodzić boso. W towarzystwie czuł, że może pozwolić sobie na wszystko.

Ale co tam stroje! Jurny Wright poczuł, ze mu wszystko ujdzie także w poważniejszych kwestiach. Dla przykładu, w wieku 42 lat porzucił Kitty i ich szóstkę dzieci, porywając do Europy żonę jednego ze swoich klientów, Mamah Cheney. Wydawało się wówczas, ze Wright będzie w purytańskich przecież Stanach skończony. I był. Ale nie na długo. Dwa lata później, w 1911 roku, para wróciła do Ameryki i Wright zaczął odbudowywać swoją  pozycję. Stworzył kolejny dom, nazwany przez lokalna gazetę miłosnym bungalowem. Żył w nim bowiem z Mamah całkowicie nieskrępowanie, bez zahamowań. Jego styl bycia był do tego stopnia ekstrawagancki, że redaktorzy lokalnych mediów zaczęli publikować listy otwarte, wzywające architekta do publicznych wyjaśnień. Odpisał im wówczas: „Życie bez zasad jest nieporównywalnie trudniejsze. Ale do tego właśnie prawdziwie szczery i uczciwy mężczyzna jest stworzony”.

Miłosny bungalow to Taliesin, jedno ze szczytowych osiągnięć Wrighta. Rezydencja otwarta, z podwórzami, ogrodami. Powstała zgodnie z doktryną architekta, że żaden dom nie powinien „stać na wzgórzu”, lecz z niego wyrastać, należeć do niego i tworzyć nierozerwalną całość. Lokatorzy bungalowu i ich igraszki najwidoczniej miały stanowić uzupełnienie całości.

(Taliesin West, fot: Starstock) 

O tym, jak niewinny na tle swego następcy był Taliesin, Amerykanie przekonali się w kolejnym dziesięcioleciu. Zanim do tego doszło, w 1914 roku jeden ze zwolnionych pracowników architekta wylał parafinę wokół Taliesina, zablokował wszystkie drzwi i z zemsty podłożył ogień. Zginęło siedem z dziewięciu przebywających wówczas w domu osób, w tym nowa wybranka Wrighta i jej dzieci. Wright odbudował dom i przez dekadę pogrążony w żałobie zajął się wyłącznie pracą.

W latach dwudziestych miał się już psychicznie coraz lepiej. Na placach budowy, ku uciesze klientów, zaczął pojawiać się w aksamitnych garniturach i butach na wysokim obcasie. Trudno jednak powiedzieć, by jego projekty były tak samo pożądane, jak widok ekscentrycznych strojów. Zwłaszcza że nadciągnęło zagrożenie w postaci Le Corbusiera, którego nowe idee, takie jak dom niczym maszyna do mieszkania, trafiły w USA na podatny grunt. Pięćdziesięcioletni wówczas Wright na chwilę przeniósł się do Los Angeles, gdzie projektował domy dla zamożnych. Jednak architekt, chronicznie niecierpiący metropolii, szybko czmychnął z powrotem do siebie na prowincję.

W 1923 roku poślubił Miriam Noel, jasnowidzkę, wróżkę, ale to małżeństwo trwało krótko. Zachowanie Noel stawało się nie do zniesienia, była wulgarna i gwałtowna. Groziła mu bronią, przystawiała nóż do gardła. Ot, efekt uzależnienia od morfiny. Rozwiódł się z nią i poznał Olgivannę Hinzenberg, mistyczkę (znów!) i tancerkę z Czarnogóry. Wraz z jej córką Svetlaną zamieszkali w Taliesinie i – co było łatwe do przewidzenia – Olgivanna wkrótce zaszła z Wrightem w ciążę.

W objęciach sekty

Happy end? Ani trochę. Taliesin bowiem… spłonął po raz drugi. Tym razem jednak na skutek wypadku. Tuż przed narodzinami córki Wrighta, Iovanny, doszło do spięcia elektrycznego. Spłonęły nie tylko meble czy rzeczy osobiste, ale i cała kolekcja dzieł sztuki architekta, warta wówczas pół miliona dolarów. Jakby tego było mało, na wieść o narodzinach Iovanny, Miriam, była żona Wrighta, wpadła do szpitala, domagając się wydania „dziecka jej męża”, a gdy nie dopięła swego, usiłowała oskarżyć Wrighta na podstawie Mann Act, zapisu stworzonego po to, by zapobiegać… porywaniu i stręczeniu imigranckich prostytutek. Jedną z nich, zdaniem Miriam, miała być oczywiście Olgivanna. W niesprawiedliwych oskarżeniach było jednak coś na rzeczy, bo nowa żona Wrighta nie była kobietą szczególnie nobliwą. Z jej inicjatywy w Taliesinie, cztery lata po ślubie, to jest w 1932 roku, zawiązał się Taliesin Fellowship: szkoła, miejsce pracy i świetlica w jednym. Młodzi ludzie marzący o zawodzie architekta lub chcący obserwować pracę Wrighta, przyjeżdżali do posiadłości na rok, by nie tylko pracować, ale też sadzić rośliny, muzykować, gotować. Inicjatywa miała całkiem praktyczne podstawy: pomagała utrzymać obiekt w czasach wielkiego kryzysu. Grupa stała się jednak rodzajem sekty. W książce Rogera Friedland i Harolda Zellmana „The Fellowship: The Untold Story of Frank Lloyd Wright and the Taliesin Fellowship” można przeczytać, że Wright był w niej guru na równi z żoną.


(Kaplica Anne Pfeiffer) 

Olgivanna promowała nauki Gieorgija Gurdżijewa, ormiańskiego mistyka i przywódcy duchowego, który rzekomo nie tylko potrafił wejść w ludzkie umysły, ale i doprowadzić kobiety do orgazmu, samemu siedząc w drugim pokoju. Na kolejne 30 lat Taliesin stał się miejscem, w którym żona Wrighta przejęła całkowitą kontrolę nad każdym aspektem życia asystentów męża; od psychicznego po seksualne. To ostatnie interesowało ją chyba najbardziej, skoro z posiadłości uczyniła dom schadzek. Rozładowywała napięcie seksualne młodych mężczyzn, tworząc seks kluby o rozmaitych konfiguracjach. Niektórzy z nich trafiali też do łóżka samego Wrighta, zdeklarowanego homofoba, który okazał się zaskakująco podatny także na męskie wdzięki. Do Taliesin Fellowship należały też jednak kobiety; wśród nich te dość znane, na przykład córka... Józefa Stalina, Swietłana, która przyznała później, że stała się niewolnicą Wrightów.

Kąpiel w wodospadzie

Co ciekawe, karierze zawodowej pana domu takie zwyczaje służyły nadzwyczaj dobrze. Wówczas bowiem powstał przecież m.in. Fallingwater, czyli dom nad wodospadem, dzieło życia Wrighta, stworzone dla Egdara Kaufmanna, prezesa słynnych domów towarowych Kaufmann, a przy okazji ojca jednego z członków sekty. 67- -letni wówczas Wright, po wizji lokalnej terenu zawyrokował, że dom stanie na wodospadzie. Kaufmann był zrozpaczony, bo jemu samemu marzyła się rezydencja naprzeciwko kaskady, by mógł ją oglądać przez okna salonu. To był główny powód, dla którego zresztą kupił ten teren. Ale to Wright miał rację.

Co czyni ten obiekt, oprócz samej lokalizacji, wyjątkowym? Rozłożyste tarasy zwisające nad strumieniem. Wielkie głazy, leżące w wodzie, nietknięte podczas budowy, dzięki czemu jeden z nich „przebija” podłogę w salonie. Przeszklenia, by natura przenikała do wnętrza i brak ram okiennych, przez co szkło znika w kamieniu. Schody dające złudzenie, że prowadzą wprost do wody. Koszt, początkowo obliczony na 35 tysięcy dolarów, w rzeczywistości okazał się pięć razy wyższy. Na biednego jednak nie trafiło. Kaufmannowie traktowali ten dom jako weekendową daczę i cieszyli się nim od 1937 do 1963 roku, po czym sprezentowali go organizacji zajmującej się renowacją oraz utrzymaniem przyrody i dziedzictwa kulturowego zachodniej Pensylwanii. Rok później w Fallingwater otwarto muzeum.

Dom nad wodospadem ugruntował pozycję Wrighta jako najważniejszego architekta Ameryki: zarówno jako praktyka, jak i teoretyka. Uznany za wizjonera, głosił, na przykład, że dawna architektura umarła, nowa zaś – już urodziła się martwa. „Pierwsza więzi ludzi w kształtach z przeszłości. Druga zamyka w prostokątnych klatkach, podporządkowuje maszynie, temu bezmózgiemu rzemieślnikowi nowego porządku społecznego”. Według Wrighta odpowiedzią jest architektura organiczna. Żywa, bogata, zrośnięta z miejscem, z ukształtowaniem terenu, geologią, klimatem, lokalnym materiałem, duchem i potrzebami mieszkańców”, pisał w recenzji wydanych w ubiegłym roku w Polsce prac Wrighta „Architektura nowoczesna. Wykłady” Marcin Wicha, autor głośnej pozycji „Jak przestałem kochać design”.

Popularność Wrighta urosła do takich rozmiarów, że stał się nawet – choć ukryty pod fikcyjnym nazwiskiem jako Howard Roark – głównym bohaterem popularnej książki „Źródło” Ayn Rand i późniejszego filmu na jej podstawie, z Garym Cooperem w roli głównej.

Wright wiecznie żywy

W 1941 roku Wright zabrał się za najtrudniejszy bodaj, najbardziej żmudny projekt w karierze. Zaprojektowanie Muzeum Guggenheima zajęło mu 15 lat. Ów gmach to wielka spirala – cylindrycznie zwinięta wstęga, rozszerzająca się na górze i zwieńczona szklaną kopułą. Różni się zarówno od typowej zabudowy Manhattanu, jak i w ogóle od prac Wrighta. Powód? Architekt chciał, by pobliski MET wyglądał w porównaniu z Guggenheimem przaśnie. Wnętrze muzeum ma kształt wznoszącej się serpentyny, na której wystawiane są obrazy. Nie wszystkim się to podobało. Narzekano na oświetlenie wewnątrz budynku i ekspozycję dzieł, wystawianych w niszach bez okien, przez co obrazy odstawały od ścian.

Czas jednak podziałał na korzyść Wrighta. Dziś Muzeum Guggenheima, choć od jego otwarcia minęło 57 lat, nadal wygląda nowocześnie. Równie dobrze mogłoby właśnie zostać oddane do użytku. To dotyczy zresztą wszystkich wybitnych dzieł Franka Lloyda Wrighta. Także tych nigdy nie zrealizowanych. A bywały równie ciekawe. Choćby miasteczko przyszłości na będącej niegdyś pierwszym przystankiem dla emigrantów w Ameryce wyspie Ellis. Centrum imigracyjne zamknięto w 1954 roku; na jego miejscu Wright planował zbudować wieżowce z tysięcem apartamentów, hotele, teatry, szpitale, kościoły i szkoły. A wszystko klimatyzowane, pod dachem. Samochody były w jego wizji zastąpione ruchomymi chodnikami – bieżniami. Niestety lub stety, wyspę zamieniono w muzeum i niczego istotnego na niej nie zbudowano. W 1956 roku z kolei Wright pokazał projekt wieżowca nazwanego Illinois o wysokości ponad 1,6 kilometra (dwa razy więcej niż najwyższy obecnie budynek świata, Burj Khalifa w Dubaju). Już wtedy Wright przewidział późniejsze bolączki metropolii, z zagęszczeniem ludności i kosmicznymi cenami gruntów na czele. Illinois, jak ogłosił na konferencji prasowej 87-letni wówczas Wright, miało mieć 528 pięter i mieścić 100 tysięcy osób, parking na 15 tysięcy aut i sto helikopterów. Czy zostanie kiedyś zbudowane? To niewykluczone. Dziś, blisko sześć dekad po śmierci mistrza, nadal znajdują się chętni, by skorzystać z jego prac. Zbudowano już, na przykład, pozostającą wcześniej tylko na papierze wystawną... stację benzynową z tarasem widokowym i dwiema 14-metrowymi pochodniami, z których w zamierzeniu buchać miał żywy płomień. Wydano na nią milion dolarów i jest główną ozdobą prywatnego muzeum transportu w Buffalo. Z ognia jednak zrezygnowano. Kolejna rzecz – Fontana Boathouse. Przystań, zaprojektowana w 1905 roku dla klubu kajakarskiego Uniwersytetu Wisconsin, a ostatecznie zbudowana w Buffalo 102 lata później. Nawet dziś ten przypominający bunkier obiekt wygląda nowatorsko. Tym bardziej nie dziwi, że kiedy plany przystani opublikowano w 1911 roku w „Wasmuth Portfolio”, albumie z pracami Wrighta, światem architektury dosłownie wstrząsnęło. Jak głosi legenda, by obejrzeć zamieszczone w nim rysunki od stołów kreślarskich w pracowni Petera Behrensa na cały dzień odeszli wszyscy jej praktykanci . Byli nimi młodzi wówczas Le Corbusier, Mies van der Rohe i Walter Gropius, przyszłe ikony projektowania XX wieku.

W archiwach jest jeszcze 500 niezrealizowanych obiektów Wrighta. Skreślono spośród nich już willę, która powstała na jednej z wysp w stanie Nowy Jork oraz dom w irlandzkim hrabstwie Wicklow. Frank Lloyd Wright byłby dumny? Pewnie ani trochę. Pozbawione kontekstu i stare, bo zaprojektowane przecież nawet sto lat temu, przeczą wielu podstawowym wartościom, jakim hołdował.
Tekst Michała Zaczyńskiego ukazał się w wydaniu specjalnym "Esquire'a", "Big Black Book" 1/2017 

Polecane wideo

Komentarze

Polecane dla Ciebie