Willem Dafoe: wierzę w kino bardzo osobiste
Zdjęcia: Starstock

Willem Dafoe: wierzę w kino bardzo osobiste

W drugiej części tekstu o karierze aktora piszemy i rozmawiamy m.in o ewolucji kina superbohaterskiego, zamieszkach studenckich, zatruwającej zazdrości i osobliwym dzienniku.
31.07.2019

Kliknij, aby przeczytać pierwszą część artykułu 


Ojciec Willema zmarł w 2014 roku w wieku 97 lat, dwa lata po śmierci Muriel. „Gdy był na łożu śmierci i wiedziałem, że to już koniec, pozwoliłem sobie na delikatny żart i zapytałem: czym jest życie? Zamyślił się dłuższą chwilę, po czym odrzekł: »Życie to test«. To pozwoli ci zrozumieć, jakim typem człowieka był mój ojciec”. (Jego portet, namalowany dla potrzeb thrillera „Bardzo poszukiwany człowiek” z 2014 roku, gdzie spełniał rolę scenografii, wisi teraz w domu Willema).

Jego rodzeństwo w całości studiowało na University of Wisconsin-Milwaukee, na którym w owym czasie regularnie organizowane były protesty studenckie. W 1970 roku ładunek wybuchowy podłożony pod budynek wojskowy zabił 33-letniego fizyka. Jako nastolatek Willem sporo czasu spędzał z siostrą, Dee Dee, zaangażowaną w ruchy studenckie. Pewnego dnia zabrała go na przedstawienie zespołu komediowego o nazwie Kentucky Fried Theater założonego przez studentów University of Wisconsin, którzy później stali się znani jako twórcy komedii „Czy leci z nami pilot?” i „Naga broń”. „To, co wtedy zobaczyłem, dało mi do myślenia. Zacząłem się zastanawiać nad tym, czy nie chciałbym robić tego, co oni – mówi Dafoe. – Nie każdy musi codziennie rano podbijać kartę w fabryce”. Wpływ na niego miał też Sterling Holloway, człowiek, który obdarzył głosem Kubusia Puchatka na płytach z bajkami wydawanych przez Disneya. Willem słuchał ich w kółko jako dziecko. „Niestety, słuchałem też »Bajek Ezopa« i namieszały mi w głowie” – dodaje.

Początek błazenady 

W 1973 roku Dafoe zapisał się na wydział aktorski University of Wisconsin-Milwaukee, ale w połowie drugiego roku rzucił studia i dołączył do zespołu teatralnego o nazwie Theatre X. Na filmie z 1975 roku, stanowiącym zapis przedstawienia zatytułowanego „Civil Commitment Hearings”, widać długowłosego dwudziestolatka recytującego zeznania sądowe. To Willem Dafoe. Filmik można obejrzeć na YouTubie. „Moi rodzice zawsze powtarzali, że jeśli będę wiedział, co chcę robić w życiu, pomogą mi – mówi Dafoe. – Wszystkim moim braciom i siostrom pomogli skończyć studia. Ja dostałem od nich figę z makiem, ponieważ uważali, że zajmuję się błazeństwami, zamiast znaleźć sobie porządną pracę. Nie miałem im tego za złe”. Dorabiał w introligatorni i w bistro. „Miałem poczucie, że gdybym naprawdę znalazł się w tarapatach finansowych, mogę do nich zadzwonić, ale życie od wypłaty do wypłaty sprawiało mi przyjemność”.

Podczas europejskiego tournée z Theatre X, Dafoe w Amsterdamie poznał Richarda Schechnera, założyciela grupy teatralnej The Performance Group. Ten namówił Willema, by przeniósł się do Nowego Jorku. Po paru miesiącach sypiania u znajomych, Willem wynajął mieszkanie, klitkę w East Village na Manhattanie. Płacił 225 dolarów miesięcznie, a lokum dzielił z kolegą. „Gdy przenosiłem się do Nowego Jorku, planowałem zarabiać na życie tradycyjnym aktorstwem – mówi Dafoe – ale potem obejrzałem kilka niekonwencjonalnych przedstawień i poczułem wielką energię”. Zaczął współpracować z The Performance Group, najpierw jako pomocnik („Byłem fatalnym stolarzem”), ale szybko zdobył sympatię kierownictwa zespołu i dołączył do grupy eksperymentalnej, która przeobraziła się z czasem w organizację znaną jako Wooster Group.

Dla kogoś, kto za odważne uważa przedstawienia na Broadwayu, metody artystyczne stosowane przez Wooster Group mogą wydawać się wręcz szokujące. Jedno z wczesnych przedstawień, zatytułowanych „Route 1 & 9” stanowiło połączenie fragmentów sztuk amerykańskiego dramaturga Thorntona Wildera z pornograficznymi projekcjami uzupełnionymi o komediowe wstawki, które prezentowali aktorzy (Willem Dafoe również) umalowani w stylu „blackface”, nawet wówczas mocno kontrowersyjnym, bo wprost odwołującym się do rasowych stereotypów. Gdy krytyk „New York Timesa” nazwał ten spektakl rasistowskim, władze miasta odebrały grupie finansowanie. Szefowa Wooster Group, Elizabeth LeCompte walczyła o cofnięcie decyzji, bezskutecznie. Znani nowojorscy aktorzy pisali wówczas listy w obronie spektaklu. „Wielu widzów na pewno patrzyło wtedy na to przedstawienie i zadawało sobie pytanie, czy to, co robiliśmy na scenie, było słuszne” – mówi dzisiaj Willem. Grupa zaprezentowała w kolejnych latach kilka równie bulwersujących spektakli, które niemal zawsze kończyły się skandalami. Protestował między innymi prawnik Arthura Millera, żądając zaprzestania eksperymentów, do których wykorzystywano fragmenty „Czarownic z Salem”. „Jeśli chcesz w pełni zrozumieć Willema, musisz prześledzić jego zainteresowanie teatrem eksperymentalnym” – mówi Paul Schrader, który obsadził go w roli handlarza narkotyków znanych i bogatych w filmie „Light Sleeper” z 1992 roku. To pierwsza z sześciu ich wspólnych produkcji. Gdy pytam o to, jaki wpływ na Dafoe jako aktora miały jego doświadczenia teatralne, Schrader odpowiada: „Dzięki teatrowi stał się aktorskim kameleonem, bo gdy jest na scenie, wychodzi poza granice tego, w czym czuje się pewnie i bezpiecznie. Nie tylko w sensie techniki aktorskiej, ale także innych aspektach, takich jak nagość czy inne, potencjalnie skandalizujące zabiegi artystyczne. Wielu aktorów nie jest gotowych na takie ryzyko. Tymczasem Willem nie zna pojęcia strachu czy wstydu”. Wes Anderson, który pracował z nim trzykrotnie, ostatnio przy produkcji filmu „The Grand Budapest Hotel”, przyznaje: „Willem jest performerem, który aktorstwo traktuje znacznie szerzej niż jego koledzy po fachu. Widziałem, jak tańczył z Michaiłem Barysznikowem w paryskim Théâtre de la Ville. Widziałem go też na deskach Public Theatre w Nowym Jorku w sztuce »Idiot Savant« Richarda Foremana, która dla mnie jest bardziej rodzajem instalacji artystycznej niż przedstawieniem teatralnym. Cenię możliwość pracy z nim, bo on ma wszystko, czego aktor potrzebuje: umiejętności, doświadczenie, pewność i świadomość tego, co robi. Tego reżyser oczekuje od aktora. Ale jeśli chodzi o aktorstwo, jest też gotów na wszystko”. Anderson nazywa Dafoe jednym ze swoich ulubionych aktorów.

Wkrótce po dołączeniu do Wooster Group, Willem związał się z szefową zespołu Elizabeth LeCompte, co doprowadziło do rozpadu jej związku z innym członkiem grupy, Spaldingiem Grayem. „Sytuacja była skomplikowana, bo cały czas pracowaliśmy razem – wspomina Dafoe. – Do tego mieszkaliśmy we trójkę w jednym mieszkaniu, ale z czasem przedzieliliśmy je ścianą”. Dafoe i LeCompte byli parą przez dwadzieścia siedem lat. Mają z tego związku syna, Jacka, 37-letniego prawnika. Gray, który w opublikowanych pośmiertnie wspomnieniach, pisał o zazdrości związanej z hollywoodzkimi sukcesami swojego kolegi i rywala („Ciężko przyjmuję informacje o kolejnych rolach Willema, czuję zazdrość”), zyskał sławę dzięki scenicznym interpretacjom swoich autobiograficznych monologów, między innymi „Swimming to Cambodia”. „Pomysł na to, by zamienić swoje życie w przedmiot pracy, ciekawił mnie, a zarazem odrzucał – mówi dzisiaj Dafoe. – Czasami chodziłem na spektakle Spaldinga i zastanawiałem się, co musiał w życiu przejść, że był w stanie zgromadzić materiał do swoich monologów. Mnie bardziej odpowiadało założenie maski aktorskiej, schowanie się za nią – stwierdza. – Gdy wchodzisz w cudze przemyślenia i doświadczenia, mogą wydarzyć się piękne rzeczy. Uczysz się, bardziej czujesz, że żyjesz, otwierają się przed tobą nowe możliwości. Przekraczasz granice”.

W 1979 roku Willem Dafoe dostał rolę w filmie „Wrota niebios” Michaela Cimino, bo reżyser szukał wtedy „nietypowych twarzy.” Nie zagrzał tam jednak miejsca, wyleciał z planu za to, że za głośno śmiał się z dowcipu opowiedzianego przez kogoś w przerwie między ujęciami. „Praca na planie wydawała mi się niezbyt odległa od tego, co jako aktor robiłem w teatrze – wspomina Dafoe. – Był to jednak całkowicie inny świat. Ludzie rozprawiali o swoich domach czy koniach, wymieniali się opiniami o współpracy z agentami. Byłem przekonany, że jako artyści powinni raczej rozprawiać o poezji, malarstwie i pięknych książkach, które przeczytali. To był wtedy mój świat”.

Przełom superbohaterski 

„Wrota niebios” okazały się finansową klapą, która zrujnowała karierę Michaela Cimino, zatopiła studio produkcyjne odpowiedzialne za ten film, a przy tym wyznaczyła koniec pewnej epoki w Hollywood. „Auteur, określenie reżysera, który ma decydujący wpływ na wszystko, co dzieje się planie, nagle stało się w branży słowem wręcz zakazanym – mówi Willem, który użyczył głosu twórcom filmu dokumentalnego poświęconego porażce wspomnianego filmu Michaela Cimino. – Myślę, że aktorzy urodzeni nieco wcześniej niż ja trafili na ciekawszy okres w kinematografii – dodaje, cytując w ten sposób Jacka Nicholsona, ale zaraz się mityguje: – Zazdrość to trucizna. Oczywiście, zdarza mi się to, ale staram się wyrzucać z głowy to uczucie”.

Willema Dafoe otacza „szczególnego rodzaju artystyczny nimb, czego konsekwencją jest to, że otrzymuje nietypowe propozycje zawodowe – komentuje Paul Schrader. – To jednak może być dla niego pułapka. Musi uważać, by nie zniknąć z pola widzenia producentom głośnych, kasowych filmów. Dlatego jeśli Willem jedzie na przykład do Rzymu kręcić film z Ablem Ferrarą, w następnej kolejności stawia się na plan wielkobudżetowej produkcji Disneya”. Schrader ma na myśli film „Siberia” Abla Ferrary, opowieść na kanwie „The Red Book” Carla Junga oraz „Togo”, oparty na faktach disnejowski film o ludziach, którzy w 1925 roku psimi zaprzęgami przedzierali się blisko tysiąc kilometrów przez skutą zimą Alaskę, by dostarczyć szczepionki na dyfteryt do miasta Nome, któremu groził wybuch epidemii. W obu filmach gra Willem Dafoe.

W 2002 roku zagrał seksoholika w niedocenionej przez widzów i krytyków produkcji „Auto Focus” Paula Schradera. W tym samym roku wcielił się też w Green Goblina ze „Spidermana” w reżyserii Sama Raimiego. „Wtedy zupełnie inaczej traktowano filmy na podstawie komiksów – wspomina Willem. – Pamiętam, że znajomi ironizowali wtedy z mojej roli. Dzisiaj wydaje mi się to bardzo zabawne”. Istnieje wiele sprzecznych wersji, ale mówi się, że zanim Dafoe dostał propozycję zagrania Green Goblina, tę rolę odrzucili po kolei Nicolas Cage, John Malkovich, John Travolta, Jason Isaacs, Bill Paxton, Billy Crudup i Robert De Niro.

Aktorzy z pierwszej ligi obawiali się, że zagranie superbohatera lub komiksowego czarnego charakteru może stanowić śmiertelny cios dla ich karier. Dzisiaj sytuacja się zmieniła – taka rola to przede wszystkim gwarancja sowitych kontraktów na wiele lat. Nastawienie uległo zmianie wkrótce po premierze „Spider-Mana”, gdy okazało się, że to pierwszy film, który w USA zarobił sto milionów dolarów w jeden weekend. To wydarzenie zmieniło biznes filmowy w nie mniejszym stopniu niż porażka filmu „Wrota niebios”. Dzisiaj uniwersum Marvela pod względem zyskowności przerasta „Gwiezdne wojny” i produkcje o Jamesie Bondzie razem wzięte. Film „Avengers: wojna bez granic”, który zadebiutował w kinach w ubiegłym roku, to gigantyczna superprodukcja, przy której wspomniany „Spider--Man” sprawia wrażenie niskobudżetowej etiudy. „To ogromne przedsięwzięcia, z każdym filmem coraz większe” – podkreśla Dafoe. Niedawno prawie pół roku spędził w Australii na planie „Aquamana” w reżyserii Jamesa Wana. Wielu aktorów ma własne metody łączenia tego, co komercyjne z projektami artystycznymi, dobierając role tak, by dawały i pieniądze, i prestiż. W przypadku Willema Dafoe ta proporcja to raczej jeden do pięciu, a wiele niszowych produkcji, w których występuje, nie zostaje nawet zauważona, nie mówiąc o globalnej dystrybucji. Nie obejrzysz ich nawet w serwisach streamingowych. Mimo to Dafoe nie zamierza rezygnować z eksploracji tego, co nazywa „dzikim zachodem” niezależnej kinematografii, choć mógłby wybierać jedynie produkcje dające nadzieję na Oscara. Więc gdy mówi: „Wierzę w kino bardzo osobiste”, wiadomo, że to nie jest czcza gadanina, ale prawdziwe wyznanie wiary z jego strony. „On cały czas eksperymentuje – dodaje Sean Baker, reżyser filmu „The Florida Project”. – Nie weźmie roli, jeśli nie zobaczy w niej czegoś nowego, czego jeszcze nie próbował. Ciągle poszukuje swojego aktorskiego katharsis”.

Czy producenci z telewizji zabiegają o Willema Dafoe? „Absolutnie nie – odpowiada. – Wszyscy mówią teraz o serialach, bo ściągają one wielu utalentowanych ludzi. Telewizja to komfort. Gdy jako aktor masz jedynie półtorej godziny, by coś z siebie wykrzesać, musisz skonfrontować się z samym sobą. Zmieniasz perspektywę, rzucasz wyzwanie konwencjonalnemu sposobowi myślenia”.

Tydzień później

Spotykamy się w nowojorskim parku Abingdon Square Park w West Village. Willem zastanawia się, co będziemy robić. Rozważamy więc przez chwilę: „Może wybierzemy się na spacer? A może chodźmy do Whitney? To fajna restauracja”. Obie opcje mi odpowiadają.

„At Eternity’s Gate”, film, za który Dafoe otrzymał nominację do Oscara w tym roku, to opowieść o dwóch ostatnich latach życia Vincenta van Gogha, przerwanego przez samobójstwo w wieku zaledwie 37 lat. „Nie chciałem kręcić tego filmu – powie mi później Julian Schnabel, jego reżyser. – Ale z jakiegoś względu poczułem, że powinienem. Gdybym nie zrobił tego wspólnie z Willemem, do końca życia miałbym poczucie, że straciliśmy niepowtarzalną szansę”. Obaj poznali się jakieś trzydzieści lat temu, w nieczynnym już nocnym klubie Nell’s na Manhattanie. Schnabel był wówczas postacią zyskującą popularność w nowojorskim światku artystycznym. Czy różnica wieku, wynikająca z tego, że 64-letni obecnie Dafoe zagrał niespełna czterdziestoletniego van Gogha, stanowiła jakąś przeszkodę? „Nie – odpowiada Schnabel. – Pod koniec życia Vincent van Gogh był zniszczonym fizycznie człowiekiem, z kolei Willema uważam za osobę w świetnej formie jak na swój wiek”. Jeśli spojrzeć na kilka zachowanych zdjęć malarza, można uznać, że Dafoe wygląda na wyraźnie starszego. Istnieje jednak uderzające podobieństwo między nimi, gdy spojrzeć na autoportrety van Gogha. „Przez myśl mi nie przeszło, by sięgnąć po innego aktora. Nikt nie zagrałby tej roli tak jak Willem” – podsumowuje Julian Schnabel.

Jednym z wyzwań na planie było malowanie – Dafoe musiał przed kamerą pokazać, że fachowo włada pędzlem. „Moim nauczycielem był Julian – wspomina. – Najważniejsze, by nauczyć się trzymać właściwie pędzel. (Schnabel ma powiedzenie, że trzymać go trzeba bardziej jak miecz niż jak ołówek – przyp. aut.). Jeśli opanujesz tę sztukę, wchodzisz do świata Vincenta van Gogha. To pewna gama gestów i ruchów, które musisz sobie przyswoić”. Według Juliana Schnabela, chodzi o stawianie znaczków. Obraz to kombinacja tych znaczków. Schnabel mawia też, że w malarstwie nie ma czegoś takiego jak błąd. Po prostu malujesz, tworzysz. Nie analizujesz tego, czy jest równo albo precyzyjnie.

Willem Dafoe nie lubi oglądać filmów, nad którymi pracuje. „To zaburza właściwe funkcjonowanie mojej wyobraźni, nie chcę czuć, że w mojej głowie pojawia się jakiś niepożądany szum. Na co dzień też nie chcę go słyszeć. Kocham odwiedzać nowe miejsca, w których nikogo nie znam, nic nie budzi skojarzeń, nie znajdujesz ulubionych miejsc ani znajomych punktów odniesienia. To pozwala mi w pewnym sensie żyć zupełnie innym życiem”.

Na planie zawsze domaga się dwóch rzeczy: dobrej kawy i wyciskarki do soków. Dzień zawsze zaczyna od medytacji i sesji jogi, dlatego nigdzie nie rusza się bez maty do ćwiczeń. „Potrzebuję na trening półtorej godziny, więc czasami muszę wstać o trzeciej w nocy – wyznaje. – Niekiedy próbuję pomedytować w porze lanczu, jeśli mamy dłuższą przerwę, ale gdy gram w mocnej charakteryzacji, jest to niemożliwe”.

Niewielu wie, że od ponad czterdziestu lat Willem Dafoe prowadzi dziennik. „Moje zapiski są suche, nie ma w nich głębszych refleksji. Zapisuję to, co się zdarzyło, po to, by cały czas ćwiczyć właściwe wyrażanie myśli. Zapisuję też zasłyszane dowcipy, numery telefonów, listy rzeczy do załatwienia albo nieistotne, przypadkowe informacje”. Wystarczy rzut oka na jego notatnik, by przekonać się, że te zapiski nigdy nie zostaną wydane jako wspommienia. Większość stron pokrywają nieczytelne bazgroły. Dafoe ma gęsty, lekko falujący styl pisma, litery przebijają przez kartki, a wiersze gdzieniegdzie nakładają się na siebie. Między kartki wetknięte są rysunki, wycinki z gazet, zagraniczne banknoty albo nieprzyzwoite zdjęcia. Mówi się, że trzymanie się wspomnień to próba odganiania śmierci. W przypadku Willema, jeśli nawet kiedyś tak było, ten stan dawno uległ zmianie. „Chciałbym kiedyś wykleić tymi notatkami ściany w jakiejś galerii. Moje zapiski są miejscami całkowicie nieczytelne, ale tu i ówdzie można rozczytać pojedyncze słowa, dzięki czemu całość nabiera niekiedy zaskakującego znaczenia. Czasem na to, co notuję, wpływ mają filmy, nad którymi pracuję” – opowiada, przerzucając strony swojego notatnika oprawionego w skórę. Zatrzymuje się na cytacie z T. S. Elliota, który zapisał w 1994 roku, podczas pracy nad filmem „Tom & Viv”, opowieścią o nieudanym małżeństwie amerykańskiego pisarza i poety. Czyta cytat na głos, po czym milknie na chwilę i zamaszystym gestem zamyka notatnik. „Nie wracam do przeszłości – rzuca. – Dlatego nigdy nie czytam tych moich zapisków”.

Tekst Asha Cartera ukazał się w pierwszym tegorocznym "Big Black Booku" 

Polecane wideo

Komentarze

Polecane dla Ciebie