Świat według Brandona Stantona
Zdjęcie: Humans of New York

Świat według Brandona Stantona

„Humans of New York”, prezentujący okraszone zdjęciem historie zwykłych Amerykanów, to już od kilku lat jeden z najbardziej wpływowych blogów na świecie. Jednak początki nie były łatwe. Sprawdź, jak jego autor poradził sobie startując od zera.
04.10.2018

„Hej, mogę ci zrobić zdjęcie?” – to pierwsze pytanie, które zada ci Brandon Stanton, jeżeli wydasz mu się interesujący na nowojorskiej ulicy. Jeśli się zgodzisz (większość zapytanych się zgadza), zada ci kolejne. Na początku być może coś niezobowiązującego, w stylu: „Dokąd idziesz? Co robisz?”, ale już za chwilę zapyta cię o najszczęśliwszy lub najgorszy dzień w twoim życiu, będzie chciał wiedzieć, co jest dla ciebie najważniejsze albo jaką radę dałbyś innym ludziom, gdybyś tylko mógł. Kiedy będziesz odpowiadał na pytania, on albo będzie notował twoje odpowiedzi w swoim byle jakim smartfonie, albo dalej będzie ci robił zdjęcia aparatem Canon EOS 5D Mark III z najbardziej standardowym obiektywem, jaki możesz sobie wymyślić (50 mm). Cała sylwetka, zbliżenie, portret, lewy profil, a może jednak prawy? Jeżeli zapytasz, po co to wszystko, z pewnością odpowie ci uprzejmie, że prowadzi blog Humans Of New York, na który wrzuca zdjęcia swoich bohaterów najczęściej wraz z najciekawszymi historiami z ich życia. Ale raczej nie będzie cię wtajemniczał, że ten blog ma blisko 18 milionów fanów na Facebooku, powyżej sześciu na Instagramie, a do tego dochodzi jeszcze Tumblr i Twitter. O tym przekonasz się już sam, jeśli tylko wpiszesz hasło „Humans Of New York” do wyszukiwarki internetowej.

“Too many people are faking the funk. I was at the club the other night. And I’m scrolling through my Instagram and I...

Opublikowany przez Humans of New York Czwartek, 16 sierpnia 2018

Dzieci pozują najlepiej 

Nie do końca wiadomo, czym kieruje się  Brandon, szukając obiektów do swoich fotografii. On sam twierdzi, że tego nie wie, choć przyznaje, że często wybiera osoby, które po prostu wydają mu się dostępne. Nie zaczepi cię, kiedy będzie widział, że gnasz gdzieś z obłędem w oczach, odpuści, kiedy zobaczy, że jesteś zbyt zajęty rozmową z przyjacielem. Stara się, żeby fani bloga nie dopatrzyli się żadnego klucza do postaci. Ale wiadomo, że ma słabość do fotografowania dzieci (bo najlepiej pozują) i do starych ludzi (bo według niego mają najpiękniejsze twarze i najlepsze historie), jednak stara się żadnej z tych grup nie faworyzować. Oczywiście na jego zdjęciach znajdziemy wszelkiej maści świrów, freaków, zielone panie, dziadków z choinkami na głowie, wytatuowanych punków, hipsterów z podkręconym wąsem, 90-letnie bliźniaczki w identycznych ubraniach. Wszystkich tych, którzy zaludniają ulice Nowego Jorku. Ale najwięcej na blogu HONY jest zwykłych ludzi, niekoniecznie modnie ubranych, niewyróżniających się z tłumu, takich, którzy codziennie wydeptują w tym mieście swoje ścieżki i których z pewnością nie wyhaczy fotograf stylowego magazynu o modzie ulicy. „Czasem chodzi po prostu o to, że ktoś siedzi na ławce, pali papierosa i nawiązanie z nim kontaktu jest łatwe” – twierdzi Brandon, który nigdy nie robił zdjęć z ukrycia. Nie chował się za budką telefoniczną, samochodem czy węgłem domu. Od początku zależało mu na interakcji, bo chciał burzyć mury między obcymi sobie ludźmi. Jego podpisy do zdjęć są pozbawione oceny. To cytaty wyjęte z większej wypowiedzi – czasem śmieszne, czasem do granic bolesne. Czasem lakonicznie zamykają się w linijce tekstu, innym razem rozwijają się w dłuższe historie. Rozmaite, jak ludzie, których Brandon spotyka na swojej drodze.

“I was married when I was seventeen. My whole life was my family. I barely left the house because my husband brought...

Opublikowany przez Humans of New York Wtorek, 18 września 2018

Brandon również stara się niczym nie wyróżniać. Stara się, bo jest wysoki i dobrze zbudowany, a to raczej trudno ukryć. Twierdzi, że kiedy podchodzi do kogoś z pytaniem o możliwość zrobienia zdjęcia, garbi się i obniża głos. Nie chce nikogo wystraszyć ani onieśmielić, dlatego nosi szare bluzy z kapturem, czapki z daszkiem, wypchane na kolanach sztruksy albo dżinsy i najpopularniejsze adidasy – tak samo, jak większość Amerykanów. Nie jest specjalnie przystojny, czasem zapuszcza brodę, innym razem ją goli. To ubranie jest nie tylko celowym zabiegiem, ale też nawiązaniem do dawnych czasów, kiedy jeszcze na nic innego nie było go stać. Do Nowego Jorku przyjechał w 2010 roku. Po tym, jak zwolniono go z posady handlowca w dużej korporacji w Chicago. Miał 26 lat. Już wtedy wiedział, że nigdy więcej nie chce zajmować się pieniędzmi, handlować obligacjami ani chodzić do pracy w białej koszuli i garniturze. Pomyślał, że skoro zwolniono go z pracy, to świetny moment, żeby zająć się tym, co naprawdę lubi, czyli fotografią. Na początku nie wiedział, co i w jaki sposób chce fotografować, brakowało mu też warsztatu. Zwiedzał miasta (kiedy wyjechał z Chicago, trochę podróżował po Stanach) i robił dziesiątki zdjęć dziennie rozmaitym rzeczom. Wieczorami przeglądał zdjęcia, wybierał kilka, które najbardziej mu się podobały, wrzucał do internetu. I co? Nic. Spektakularne, wielkie NIC. Nawet znajomym się te zdjęcia nie bardzo podobały. Aż w końcu trafił do Nowego Jorku, w którym nigdy nie był. Już kiedy wjeżdżał do miasta normalnym rejsowym autobusem, uderzyła go liczba ludzi na ulicach i to, że wszyscy zdawali się zmierzać w sobie tylko znanym, ale dokładnie wybranym kierunku. To wtedy pomyślał, że spróbuje fotografować ludzi. Już po pierwszym dniu wiedział, że to jest dokładnie to, o co mu chodzi, chociaż na początku odmawiały mu dwie z trzech zapytanych osób. „Odmowy są najgorsze, trudno sobie z nimi poradzić. Dzisiaj już jestem do nich przyzwyczajony, nie odbieram ich tak osobiście, ale na początku każdego dnia po pracy czułem się wydrenowany do granic”. W głowie szybko narodził się projekt 10 000 twarzy tego miasta. Pierwsze zdjęcie wrzucił na bloga w listopadzie 2010 roku. I rzucił się w wir pracy. Przez pierwsze trzy lata zrobił sobie zaledwie kilka dni wolnego. Codziennie wychodził na ulice Nowego Jorku ze swoim aparatem, codziennie starał się ustrzelić kilka osób. Na początku to były tylko zdjęcia. Na to, żeby fotografowanym przez siebie ludziom zadawać kilka prostych pytań, wpadł dopiero później.

“When it starts to get crowded, I’ll leave. Because I can’t stand the looks. You know how many people were gonna sit...

Opublikowany przez Humans of New York Poniedziałek, 27 sierpnia 2018

Od zasiłku do tysięcy fanów 

Żył z zasiłku dla bezrobotnych (600 dolarów na dwa tygodnie) w malutkim, wynajmowanym pokoiku z oknem na brudną ścianę budynku, gdzie miał tylko materac do spania i komplet ubrań na zmianę. Wyliczył, że stać go na dwa posiłki dziennie, nie ma mowy o piwie w barze. Oszczędzał na komunikacji miejskiej, bo te swoje kilkanaście kilometrów dziennie pokonywał pieszo, wszędzie szukając inspiracji. Jednak do dziś najbardziej ze wszystkich lokalizacji Nowego Jorku kocha Central Park (a kto go nie kocha?). Ale zapuszczał się też w mniej przyjazne miejsca i dzielnice i, jak twierdzi, właściwie nigdy nie spotkało go nic groźnego, chociaż ludzi straszy się tym, jak niebezpieczny jest Nowy Jork. Oczywiście, nie wszyscy zawsze byli dla niego mili, ale nigdy nie oberwał. Narkomani pokazywali mu swoje zrosty, a gangsterzy dziary oznaczające przynależność do bandyckich klanów. Brandon regularnie zapożyczał się u znajomych i rodziców, czasami, kiedy było już naprawdę źle, dorwał gdzieś jakąś shitty job w barze czy na ulicy. „Wszyscy myśleli, że kompletnie zwariowałem, a ja po raz pierwszy w życiu czułem się spełniony i tak bardzo na miejscu”. I nieustannie robił zdjęcia, które wrzucał na stronę Humans Of New York i na Facebooka. A wiadomo, jak działają social media – im więcej osób cię polubi, tym więcej nowych osób ma szansę do ciebie dotrzeć. „Nie miałem pieniędzy, nie miałem przyjaciół. Przez sześć do ośmiu godzin dziennie robiłem zdjęcia, a jak wracałem, myślałem tylko o swoim blogu. Wiedziałem jedno – bez ciągłości nie utrzymam czytelników. A tego musisz się nauczyć dużo wcześniej, zanim uda ci się zdobyć fanów”.

Na pierwsze trzy tysiące fanów pracował rok. Rok później miał ich już 300 tysięcy. „Pierwszy tysiąc naprawdę zależy od jakości twojej pracy. Ale w pewnym momencie osiągasz pułap, kiedy ludzie dają ci szansę tylko dlatego, że tak wielu innych cię śledzi, lubi i obserwuje. Kiedy zaczęło mi przybywać 10 – 15 fanów dziennie, wiedziałem, że dobiję do miliona. I wiedziałem, że nie zmarnuję swojej szansy, bo potrafię pracować tak ciężko, jak nikt inny”. Do dzisiaj praca wydaje się Brandonowi lekiem na całe zło tego świata. „Jeśli myślisz o czymś, po prostu zacznij to robić. Siedzenie na kanapie i wymyślanie kolejnych strategii niczego w twoim życiu nie zmieni. Musisz zacząć to robić, najwyżej potem coś zmienisz. Poprawisz. Upublicznij to, co robisz, posłuchaj, co ci mówią ludzie. I rób, i pracuj. Tylko to ma w życiu jakiś sens”.

Blog się rozrastał, zmieniał, do zdjęć doszły podpisy – liczba lajków pod zdjęciami wzrastała w geometrycznym tempie. A Brandon? Zamiast odcinać kupony i zarabiać pieniądze na komercyjnych projektach, odmawiał kolejnym reklamodawcom. Nie chciał promować aparatów fotograficznych, których nie używał, nie chciał przygotowywać komercyjnych kampanii. Zrobił coś kiedyś dla Facebooka, ale tylko dlatego, że Facebookowi zawdzięcza swój sukces. „Nie umiałem sobie poradzić z odpowiednim pozycjonowaniem mojej strony w wyszukiwarkach. One pomagają znaleźć nam tylko te rzeczy, któ rych szukamy. A dzięki Facebookowi trafiasz na rzeczy, o których nie masz pojęcia, że istnieją i myślę, że to na pewno pomogło Humans Of New York.” Na blogu HONY nigdy nie było reklam i tak ma zostać – Brandon chce pozostać wierny swoim ideałom. Zyski czerpie ze sprzedaży książek i z wykładów.

Nie dla pieniędzy 

Pierwszy album, zatytułowany po prostu „Humans Of New York” przez 29 tygodni pozostawał na liście bestsellerów „The New York Timesa”, sprzedał się w wielu dziesiątkach tysięcy egzemplarzy, a licencję sprzedano do wielu krajów. Drugi album, „Humans Of New York: Stories”, który właśnie trafił na polski rynek, powtarza sukces poprzednika. Brandon mógł z nawiązką oddać wszystkie długi, razem ze swoją dziewczyną Erin O’Sullivan, która prowadzi bloga adopcyjnego dla starych psów Susie’s Senior Dogs, kupili sobie właśnie wart 2,5 mln dolarów apartament z ogródkiem w Chelsea na Manhattanie, ale, jak twierdzi Brandon: „Uwielbiam robić te zdjęcia i rozmawiać z ludźmi, robiłbym to bez względu na to, ile miałbym pieniędzy na koncie. Po co mi więc te pieniądze?”. I konsekwentnie nie przyjmuje zleceń reklamowych, ale za to nieustannie angażuje się w akcje charytatywne. Dzięki społeczności swojego bloga zbierał już pieniądze dla ofiar huraganu Katrina w Nowym Jorku, wysłał niejedną biedną rodzinę na wymarzone wakacje, innym pomagał zebrać pieniądze potrzebne do tego, by mogli adoptować dziecko. Zebrał ponad dwa miliony dolarów na uwolnienie pakistańskich robotników z niespłacalnych długów, które czyniły ich niewolnikami. Jego zbiórki w kilka godzin osiągają założony cel, w kilka następnych najczęściej go podwajają lub potrajają. „Takich fanów ma mój blog. Jestem z nich naprawdę dumny.”

“The first thing I noticed was a tremor. I’m a computer programmer and I kept accidentally hitting the shift key. Then...

Opublikowany przez Humans of New York Czwartek, 23 sierpnia 2018

Do niedawna Brandon starał się nie angażować w sprawy polityczne, ale złamał się przy ostatnich wyborach prezydenckich w USA. Jego opublikowany na Facebooku post, który miał zniechęcić Amerykanów do głosowania na Trumpa udostępniono ponad milion razy, doczekał się ponad dwóch milionów lajków i blisko 70 tysięcy komentarzy, co sprawiło, że stał się jednym z najszerzej udostępnianych postów na FB w ogóle (co, jak wiemy, nie zaszkodziło Trumpowi). Brandon został zaproszony na prywatną audiencję i sesję do Baracka Obamy, ściskał rękę Hillary Clinton. Podróżował po świecie z ambasadorami ONZ (ale, jak podkreśla, sam płacił za swoje bilety i utrzymanie!), robił zdjęcia i rozmawiał z uchodźcami w Turcji, Syrii, Jordanii. Odwiedzał w celach więźniów i dzieci chore na raka w szpitalach. „Każdy ma do opowiedzenia jakąś historię. A ja po prostu chcę jej wysłuchać i podać dalej światu”.

Polecane wideo

Komentarze

Polecane dla Ciebie