Kalifornia w starym stylu i niespotykane światło. Co warto zobaczyć w Malibu?
Zdjęcia: iStock

Kalifornia w starym stylu i niespotykane światło. Co warto zobaczyć w Malibu?

Plaże, surfing i relaks, jakiego nie zaznacie w oddalonym o 50 kilometrów Los Angeles.
29.07.2019

Malibu leży godzinę drogi od Los Angeles, przy słynnej autostradzie Pacific Coast Highway. Mimo to zawsze wydawało się nieco niedostępne dla turystów i przyjezdnych – czyli dla tych, których nie stać na domy nad oceanem za miliony dolarów. Szkoda, bo tutejsze plaże mogą szybko sprawić, że zapragniesz rzucić wszystko i wyjechać – nie w Bieszczady, ale właśnie do Malibu. Nie chodzi jedynie o kąpiele słoneczne. Gdy zejdziesz z rozgrzanego słońcem piasku, przekonasz się, że miasto ma dużo do zaoferowania, a tutejsza przyroda, otaczające Malibu dzikie wzgórza i szczególne, przepiękne światło, które poza tą częścią świata występuje chyba tylko nad Adriatykiem, to wszystko może sprawić, że przez myśl przemknie ci: mógłbym tu mieszkać.

Zielona rewolucja. Co warto zobaczyć w Rwandzie?

Malibu nigdy nie było szczególnie gościnne dla turystów, z prostego powodu: hoteli czy pensjonatów w przeszłości było jak na lekarstwo. Mieszkańcy alergicznie reagowali na nowe inwestycje, obawiając się, że zmienią one charakter miasta i popsują ten szczególny klimat, z którego słynie Malibu. Na szczęście to się w końcu zmienia. Miasteczko staje się bardziej dostępne, między innymi dzięki butikowym hotelom, które zaczynają otwierać się w tej okolicy.

„To miasto nadal sprawia wrażenie trochę niedostępnego – mówi Gregory Day, właściciel świeżo wyremontowanego hotelu Malibu Beach Inn. – Tu nie zobaczysz nikogo w garniturze czy pod krawatem. U nas celebryci i miejscowi mieszają się w równych proporcjach, choć zdarza się też, że ci pierwsi osiadają u nas na stałe. Nadal jednak Malibu pozostaje po prostu fajnym nadmorskim kurortem. Ludzie przyjeżdżają do nas, żeby posiedzieć na plaży, poczytać książkę, powłóczyć się po górach, posurfować”. Klimat tego miejsca pozostaje niezmienny. W motelu Native, zbudowanym w połowie XX wieku, w przeszłości zatrzymywały się takie gwiazdy jak Bob Dylan czy Marilyn Monroe. Dzisiaj to miejsce, w którym możesz karmić się do woli dawnym klimatem Kalifornii ze starych filmów, która mamy przed oczami, gdy myślimy o zachodnim wybrzeżu USA. Wynajmujesz tu pokój i natychmiast masz ochotę rozłożyć ręcznik, wyjąć piwo ze starej lodówki, usiąść na patio i napawać się widokiem fal rozbijających sie o brzeg w pełnym słońcu.

Jeśli chodzi o plażowanie, warto pamiętać o podstawowej zasadzie: im bardziej na północ, tym wybrzeże staje się bardziej dramatyczne, ale przy tym trudniej dostępne. Tam jednak, gdzie da sie dojść do brzegu, widoki są fenomenalne. Dlatego warto poświęcić dzień na to, by odwiedzić plażę El Matador. Leży tylko dziesięć minut jazdy z motelu Native, wśród jaskiń i stromych klifów. Dookoła nie ma food trucków serwujących potrawy kuchni meksykańskiej ani sklepików z badziewiem.

A co jest? Z pewnością zbyt wielu ludzi robiących zdjęcia na Instagram. Wykaz jednak odrobinę zrozumienia. Trudno nie sięgnąć po telefon, gdy widzisz takie widoki jak plaża El Matador, z cała pewnością jedno z najbardziej obłędnych miejsc na Ziemi.

Zurych: od sera do bohatera

 
 
 
 
 
Wyświetl ten post na Instagramie.
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

Post udostępniony przez GV Public Relations (@gvpublicrelations)

Każdy, kto ma choćby mgliste pojecie o surfowaniu, powinien zajrzeć do motelu The Surfrider, kolejnego miejsca z barwną i bogatą historia. „Tuż obok mieści się Crazy Horse Saloon, lokal należący kiedyś do Neila Younga, co oznacza, ze w naszym motelu przed laty zatrzymywali sie giganci muzyki rockowej” – mówi Matthew Goodwin, współwłaściciel Surfridera. Podobno bywał tu Dylan, muzycy The Doors i Jimi Hendrix. Goodwin, architekt wychowany w Malibu, wraz z żoną Emmą (Australijką) odnowili stary, podupadający motelik, nadając mu przyjemny wystrój – w oczy rzuca sie podłoga z drewna tekowego, minimalistyczny wystrój, dużo bieli w środku i dwuspadowy dach, a także mnóstwo słońca, którego promienie wpadają do wnętrza przez ogromne okna wychodzące na plaże i ocean. Surfrider chętnie gości surferów, zgodnie z nazwą – jest tu przechowalnia pianek, prysznic na zewnątrz, a także kilka desek surfingowch do wynajęcia czekających na gości, którym nie chciało sie przywozić swojego sprzętu. Jest także bar na dachu. Z kolei rano w recepcji czekają termosy z kawa – to dla gości, którzy chcą zacząć dzień od surfingu o świcie, zanim kuchnia zacznie przygotowywać śniadania. Jeśli nie czujesz się dostatecznie pewnie na desce i chciałbyś posurfować pod opieką kogoś doświadczonego, Matthew Goodwin codziennie zabiera gości swoim Land Roverem na Zuma Beach, jedną z najsłynniejszych surferskich miejscówek na świecie. „Śmieję się czasem, ze kupiliśmy ten hotel po to, żeby codziennie surfować w towarzystwie ludzi z całego świata” – mówi Matthew.

 
 
 
 
 
Wyświetl ten post na Instagramie.
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

Post udostępniony przez The Surfrider Hotel Malibu (@thesurfridermalibu)

Oczywiście, Malibu ma też inne oblicze, mniej związane z tęsknotą za przeszłością, gdy wszystko było radosne i niewinne, a bardziej – ze światem ludzi zamożnych, którzy nie kryją się ze swoim bogactwem. Weźmy choćby Malibu Beach Inn, niegdyś podupadający zapomniany hotelik przy Carbon Beach. Obiekt w ostatnich kilku latach przeszedł solidny remont i dzisiaj wygląda jak wysmakowana rezydencja w duńskim stylu osadzona w jednym z najpiękniejszych fragmentów Kalifornii. Nawet jeśli nie zamierzasz się tu zatrzymać, zarezerwuj stolik w Carbon Beach Club, zamów coś do jedzenia oraz butelkę wina i siedź tak długo, jak masz ochotę, bo widoki z tarasu na ocean są wręcz nie do opisania. Jeśli szukasz sprawdzonego miejsca na kolację, powinieneś iść do Nobu Malibu – to jedna z najbardziej popularnych i najwyżej ocenianych restauracji w miasteczku. Ze zdobyciem stolika może jednak być kłopot, ale jest na to rada – zatrzymaj się na noc w przylegającym do restauracji zbudowanym na japońską modłę hotelu Nobu Ryokan. Nie będzie tanio, to prawda, ale spektakularne widoki z okien na ocean muszą kosztować. Jest jednak pewna korzyść z płacenia za noc w Nobu Ryokan – goście hotelu mają pierwszeństwo w rezerwacji stolików w restauracji.

Malibu nie jest jednak miejscem, do którego jeździ się po to, by delektować się wykwintną kuchnią. Tutaj wpada się po to, by spędzić cały dzień na plaży lub na falach, w międzyczasie złapać w przelocie jakiś prosty, ale smaczny seafood. Jeśli poszukujesz miejsca dla rodziny, pomyśl o Paradise Cove Beach Cafe, tam możesz ulokować się na leżaku i w spokoju obserwować, jak twoje dzieci budują zamki z piasku nad brzegiem oceanu, podczas gdy ty raczysz się chłodnym piwem. Jeśli planujesz kolację, nic nie pobije takich lokali jak Malibu Seafood czy Reel Inn, w obu dodatkową atrakcję stanowią stoliki na tarasie wychodzącym na ocean.

I jeszcze jedno – Taverna Tony, grecka knajpa, ulubiony lokal wielu miejscowych – tu możesz zawsze liczyć na chłodne kalifornijskie Chardonnay i świetne greckie żarcie. Nie wyjeżdżaj z Malibu, jeśli nie zaliczysz wizyty w Old Place, stekowni w górach Santa Monica, otwartej w 1970 roku. To miejsce jest szczególne – nie chodzi tylko o proste, bardzo ładne rustykalne wnętrze. Kuchnia działa tu według własnych zasad – lokal nie ma zamrażarki, a zainteresowanie jest tak duże, że niekiedy po prostu kończy się jedzenie i zdarzają się braki w menu. Przygotuj się też na to, że będziesz musiał odstać w kolejce, by dostać stolik – w środku jest zaledwie kilkanaście miejsc do siedzenia, nie licząc stołków przy barze. Warto jednak nie przegapić tego miejsca, mięso podają tu znakomite.

 
 
 
 
 
Wyświetl ten post na Instagramie.
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

Post udostępniony przez Mohammed Al-Asmakh (@m_alasmakh)

Na wizytę w tej okolicy, w której niegdyś czas spędzali Steve McQueen, Ali McGraw czy Sam Peckinpah, zarezerwuj najlepiej cały wieczór – obok jest fajna winiarnia o nazwie Cornell Winery. Możesz też zrobić sobie spacer po okolicy. Jest spora szansa, że dostrzeżesz sokoły czy jelenie. Malibu takie właśnie jest, nieco dzikie, urzekające, inne. Aż trudno uwierzyć, że zaganiane i egocentryczne Los Angeles leży ledwie pięćdziesiąt kilometrów stąd.

Tekst Candice Rainey ukazał się w 2 numerze "Big Black Booka" z 2018 roku 

Polecane wideo

Komentarze

Polecane dla Ciebie