Widzieliśmy "Gwiezdne wojny: ostatni Jedi". Najpierw chcecie dobrą czy złą wiadomość?
Fot: LucasFilm/Disney

Aktualności

Widzieliśmy "Gwiezdne wojny: ostatni Jedi". Najpierw chcecie dobrą czy złą wiadomość?

Dwa lata oczekiwania, a potem ponad dwie i pół godziny przed ekranem, po których wychodzisz z kina z mętlikiem w głowie. Jaki jest film "Gwiezdne wojny: ostatni Jedi", najnowsza część sagi "Star Wars"?
12.12.2017

Oglądanie filmów z serii "Gwiezdne wojny" na specjalnych pokazach przedpremierowych przypomina wizytę w ściśle strzeżonym obiekcie wojskowym. Przed projekcją każdy z zaproszonych musi oddać do depozytu wszystkie gadżety elektroniczne, a ochrona, poza sprawdzeniem kieszeni, przygląda się też uważnie okularom wchodzących - sprawdzając, czy w oprawki nie jest wmontowana miniaturowa kamera. To nietypowa procedura, ale nietypowy jest też film, o który chodzi. To „Ostatni Jedi”, ósma część sagi "Gwiezdne wojny". Byliśmy, widzieliśmy jako pierwsi w Polsce, a teraz opowiemy to, co możemy, bez spojlerów (a jest co spojlerować, uwierzcie!). 

 

 

Opublikowany przez Star Wars na 4 listopada 2017

 

Poprzednia, czyli "Przebudzenie Mocy" była całkiem fajna. Po ciężkich i momentami nudnych produkcjach o Anakinie Skywalkerze dostaliśmy film, który przyniósł powiew świeżości. Pojawili się nowi bohaterowie, i ci dobrzy, i źli, do tego zupełnie nowe lokalizacje i inny sposób snucia opowieści. Tak było z "Przebudzeniem Mocy", a jak wypada "Ostatni Jedi"? I co ze wspomnianymi wiadomościami, dobrą i złą? Zacznijmy od dobrych. 

 

Dobra wiadomość: "Ostatni Jedi" jest niezły. Fani serii z pewnością będą nim zachwyceni, ci którzy pójdą do kin jedynie po hollywoodzką rozrywkę, też dostaną to, czego pragną. Ten film, zwłaszcza oglądany w wersji 3D, to podróż przez bezkres Wszechświata z prędkością nadświetlną. Pod tym względem dzieło Riana Johnsona wygląda spektakularnie.

 

 

Prezentujemy oficjalny plakat do filmu Gwiezdne wojny: Ostatni Jedi!

Opublikowany przez Star Wars na 9 października 2017

 

Zła wiadomość: to nie jest film bardzo dobry. Entuzjastyczne zapowiedzi, elektryzujące trailery i ekstatyczne relacje osób, które widziały "Ostatniego Jedi" w Los Angeles, kazały sądzić, że powstało arcydzieło. To nieprawda. Jeśli wziąć pod uwagę wszystkie filmy o jasnej i ciemnej stronie Mocy, "Ostatni Jedi" wypada jak średniak. Środek stawki, tylko tyle. Mało? O, tak! Zwłaszcza, że...

 

Dobra wiadomość: Adam Driver, odtwarzający w tym filmie postać Kylo Rena, jest fantastyczny. Jego angaż do „Gwiezdnych wojen” to jedna z najlepszych decyzji w historii sagi. Oglądając jak miota się na ekranie można odnieść wrażenie, że Driver urodził się do tego, by zagrać właśnie tę postać i zagrać ją z takim, mocno teatralnym, niekiedy wręcz operowym przerysowaniem. Jako Kylo Ren/Ben Solo jest wyśmienity  i z pewnością mógłby stać się centralną postacią „gwiezdnowojennego” spinoffu. Gdyby taki powstał, z pewnością byłby hitem.

 

 

 

Zła wiadomość: Film jest za zdecydowanie długi. W „Ostatnim Jedi” jest tylu bohaterów pierwszoplanowych że, gdy każdemu poświęcić choć chwilę uwagi, robi się z tego tasiemiec. Można odnieść wrażenie, że twórcy filmu naoglądali się „Gry o tron” i pozazdrościli George'owi Martinowi swobody żonglowania postaciami i wątkami. Ale, na litość, on miał do dyspozycji siedem sezonów, a nie jeden film! Jeśli dorzucić spektakularne ujęcia walk między siłami Rebelii i Najwyższego Porządku, dodać sceny, w których ludzie tłuką się przy użyciu mieczy świetlnych i uzupełnić to o scenki z dziwacznymi stworkami, staje się oczywiste, że ten film musi trwać, nie może być inaczej. Strach pomyśleć, ile będzie trwał „Ostatni Jedi” w wersji rozszerzonej, reżyserskiej. 

 

Dobra wiadomość: stare dobre czasy wróciły. Pojawienie się Luke'a Skywalkera pod koniec „Przebudzenia Mocy” można uznać za „cliffhanger” stulecia. W „Ostatnim Jedi” Luke to jedna z postaci pierwszoplanowych, tak jak Carrie Fisher. Pomysł, by „stara gwardia” stopniowo ustępowała miejsca nowemu pokoleniu jest bardzo trafiony i dobrze zrealizowany.

 

 

Opublikowany przez Star Wars na 16 listopada 2017

 

Zła wiadomość: młodzi nie mają charyzmy ekipy z „Imperium kontratakuje”. Łamcie nas kołem, łaskoczcie poduszeczkami niczym Święta Inkwizycja w „Latającym cyrku Monty Pythona”, nie zmienimy zdania. Finn, Rey czy Poe to nie Luke, Han czy Leia. 

 

 

 

Dobra wiadomość: W „Ostatnim Jedi” pojawia się zupełnie nowy bohater, który w bardzo ciekawy sposób nawiązuje do postaci Hana Solo. Kto to? Tego dowiecie się w kinie, bo obiecaliśmy brak spojlerów i dotrzymamy słowa, ale gdy ta postać pojawi się na ekranie, zrozumiecie, co mieliśmy na myśli.

 

Zła wiadomość: idiotyczne stworki. Serio, Disneyu? W „Ostatnim Jedi” dziwacznych ras zamieszkujących kosmos jest zdecydowanie za dużo. Co gorsza, niektóre z nich są wręcz karykaturalne, jak „słitaśne” ptako–pluszaki czyli porgi. Gulgoczą jak niemowlaki i robią oczy jak Kot w Butach ze „Shreka”. To ma być galaktyczna epopeja, a nie filmik z Youtube'a ze słodkimi kotkami! 

 

 

 

Dobra, więcej wiadomości nie będzie. Reszty dowiecie się z kina, a my już odliczamy dni do premiery kolejnego filmu z serii „Star Wars”. 

 

 

Komentarze

Polecane dla Ciebie

Polecane wideo