Donald Glover: introwertyk, którego pokochał cały świat
www.instagram.com/donldglover/

Donald Glover: introwertyk, którego pokochał cały świat

"This Is America" to pierwszy w historii nagród Grammy utwór rapowy, który sięgnął po statuetkę za piosenkę roku. Przypominamy sylwetkę jego autora - człowieka, który swój pierwszy mixtape w karierze wspomina z niesmakiem jako "Drake'a dla ubogich".
11.02.2019

Ludzie jak Donald Glover z reguły nie robią wielkiej kariery, z z kolei Serial „Atlanta”, wymyślony przez Donalda, w ogóle nie powinien powstać. Bo jest za dobry. Tak przynajmniej twierdzą Amerykanie. Produkcję traktującą o sukcesach i klęskach (częściej to drugie) Earnesta „Earna” Marksa, początkującego menedżera hiphopowego, wyróżniono statuetkami Emmy, Złotymi Globami i dziesięcioma innymi prestiżowymi nagrodami. Wszystkie zgarnął właśnie on: pomysłodawca, autor scenariusza i reżyser części odcinków „Atlanty”, a także odtwórca głównej roli. Donald Glover, człowiek-orkiestra.

Mroczna komedia, której nie chciała żadna stacja 

Niewiele jednak brakowało, a do realizacji serialu by nie doszło. Żadna ze stacji telewizyjnych nie była zainteresowana historią wyszczekanego chłopaka wyrzuconego ze studiów na Princeton, który usiłuje odbić się od dna, pomagając w karierze swojemu kuzynowi, raperowi Paper Boiowi. A owo dno to bezdomność, chroniczny brak pieniędzy i pogarda, z jaką na „Earna” patrzy jego była dziewczyna i ich córka. W tle wszystkie przekleństwa, traumy i społeczne bolączki Ameryki, od rasizmu przez homofobię, transfobię i ksenofobię, po powszechny dostęp do broni, brutalność policji, narkomanię, nierówności społeczne i internetowy trolling.

Brzmi ponuro i poważnie, ale „Atlanta” to komedia. W dodatku surrealistyczna, by wspomnieć pojawiającego się w niej Justina Biebera (w roli czarnoskórego) czy niewidzialny samochód jednego z bohaterów. No i skrzy się błyskotliwym, czarnym humorem.

Biografia jak serial 

Jakże by zresztą inaczej, skoro scenariusz napisał ten, kogo rówieśnicy ze szkoły średniej uważali za następcę Matta Groeninga, twórcy serialu „Simpsonowie”? Inna sprawa, że biografia 34-letniego dziś Glovera jest równie ekscentryczna, co serial, który stworzył. Donald, syn opiekunki do dzieci i pracownika poczty, dorastał w konserwatywnej, delikatnie rzecz ujmując, Georgii i wychowywany był w środowisku świadków Jehowy. – Nie było łatwo. Przy każ- dym domu w sąsiedztwie powiewała flaga Konfederacji, biali, nawet mili dla mnie, grozili swoim córkom: „Nie waż się z nim umawiać”, a religijny rygor uniemożliwiał mi, na przykład, dostęp do popkultury – opowiada Glover. Jednym z nielicznych odstępstw od tego zakazu były „Gwiezdne Wojny”. Uwielbiał je jego ojciec, który zabierał kilkuletniego Donalda do kina na filmy o rycerzach Jedi.

Na małym Gloverze musiało zrobić to niemałe wrażenie. Przy okazji także rozbudziło marzenie, by w przyszłości zagrać w kolejnej części przygód Lorda Vadera i spółki. Marzenie, trzeba dodać, spełnione, bo w filmie „Han Solo: Gwiezdne Wojny – historie”, którego polska premiera zaplanowana jest na 25 maja, aktor wcieli się w Lando Calrissiana, jednej z niewielu czarnoskórych postaci ze świata „Gwiezdnych Wojen”. – W dzieciństwie zasypiałem z kupioną mi przez mamę czarnoskórą lalką, jedyną, jaka była w sklepach. Tata do kompletu dokupił mi właśnie figurkę Lando – wspomina Glover. Dlatego gdy Donald usłyszał pierwsze plotki o przygotowaniach do kręcenia „spin-offu” poświęconego Hanowi Solo, zaczął naciskać swojego agenta. – Stwierdził, że nie mam szans. Ale uczyłem się tej roli i ostatecznie rozgromiłem konkurencję – cieszy się Glover. Jak mu poszło? O tym przekonamy się, gdy film wejdzie do kin.

"30 Rock", "Community" i nieproszona sława 

Po uzyskaniu pełnoletności Donald wyjechał do Nowego Jorku. W Tisch School of the Arts ukończył dramatopisarstwo, by następnie zostać didżejem i producentem muzycznym. Nagrał nawet własny mixtape, którego dzisiaj się wstydzi, uznając że nagrane przez niego utwory brzmią jak „piosenki Drake’a dla ubogich”. Świadom własnej porażki w branży muzycznej (choć co się odwlecze, to nie uciecze: po kilku latach wrócił na scenę jako Childish Gambino i nawet zdobył nagrodę Grammy), nawiązał kontakt z producentem telewizyjnym Davidem Minerem. Spotkanie zaowocowało pierwszym pisarskim testem dla Glovera, posadą scenarzysty niezwykle popularnego serialu „30Rock” dla stacji NBC. Z tej roli wyszedł bardziej niż obronną ręką. Historia o kulisach pracy w fikcyjnym show komediowym szybko przyniosła mu uznanie, w tym nagrodę Amerykańskiej Gildii Pisarzy w 2009 roku, za trzeci sezon serialu „30Rock”. Nieco później Glover zagrał też Troya Barnesa w serialu „Community”. W tej produkcji wcielił się w gwiazdora szkolnych rozgrywek bejsbolowych, który pod wpływem nowych znajomości ze sportowca zmienia się w nerda. Ta rola zapewniła Gloverowi rozpoznawalność i uchyliła wreszcie drzwi do Hollywood.

Nie żeby się o tę sławę prosił. Przeciwnie. Jak twierdzi, nie cierpi popularności. Na wiele lat zrezygnował, na przykład, z aktywności w mediach społecznościowych. Zbyt otwarty i szczery, pisząc o swoich problemach, z wpisami kwalifikującymi się do kategorii emo, wzbudzał (niezdrową) sensację. – Zrozumiałem, jak łatwo można mnie zranić – przyznaje dziś Glover. Jednocześnie to właśnie jego skrywana za absurdalnym humorem wrażliwość sprawiła, że jest dziś jednym z ulubionych artystów za oceanem. Za co kochają Glovera? Stał się rzecznikiem outsiderów. Niedopasowanych do rzeczywistości, sceptycznych wobec współczesnej cywilizacji, nieco nieporadnych i introwertycznych, przez co ignorowanych przez świat. Ale jednocześnie wrażliwych i piekielnie inteligentnych. Wielu ludzi zobaczyło samych siebie w postaciach kreślonych i granych przez niego. Oraz w nim samym.

Pomny swojej nierozważnej otwartości, swoje życie prywatne trzyma w tajemnicy. Jego fani tylko przypadkiem dowiadują się, jak ma na imię jego partnerka (Michelle) albo że został ojcem. – Dzieci dają życiu najważniejszy kontekst. Bycie rodzicem stawia przed tobą wymagania, na które nikt nie jest gotowy. A mimo to, paradoksalnie, zawsze jesteś na nie gotowy – mówi Glover. I kończy w typowym dla siebie żartobliwym stylu, porównując rodzicielstwo do rytualnego południowoamerykańskiego psychodelika: „To jak ayahuasca!”. Zapewne pierwszą produkcją z udziałem ojca, jaką zobaczą jego dzieci, będzie remake „Króla Lwa”. Glover użyczy w nim głosu Simbie, głównemu bohaterowi.

Autor: Bijan Stephen. Zdjęcia: David Burton. Artykuł ukazał się w numerze  3/2018 

 

Polecane wideo

Komentarze

Polecane dla Ciebie