Tour de France: stawka większa niż życie
Zdjęcia: iStock

Tour de France: stawka większa niż życie

Czy w tym roku w lipcu jest jakieś wydarzenie ważniejsze niż mistrzostwa świata w futbolu? Oczywiście - odpowie każdy Francuz.
10.07.2018

Najlepszy pomysł na wakacje

Słynne przełęcze i senne miasteczka na trasie „Pętli” stanowią od lat miejsca pielgrzymek kibiców. Bo Touru nie ogląda się jak meczów piłkarskich czy tenisowych. Tour się przeżywa, a czasem wręcz bierze się w nim udział. „Wielka Pętla” jest najchętniej oglądanym na żywo wydarzeniem sportowym na świecie.

Liczby przyprawiają o zawrót głowy. Co roku wzdłuż trasy kolarzy dopinguje kilkanaście milionów kibiców. Do niektórych Tour przyjeżdża razem z peletonem odwiedzającym miasteczka, w których mieszkają. Muszą jedynie wystawić krzesełka przed dom, wynieść stół, wino, kieliszki i coś do jedzenia. Na „Pętlę” nie sprzedaje się biletów, kibice po prostu gromadzą się wzdłuż trasy. Nawet jednak biorąc pod uwagę te okoliczności, wspomniane liczby są imponujące. Na najważniejszych górskich podjazdach, takich jak Mont Ventoux i Col d’Izoard, gromadzi się nawet pół miliona osób. Tworzą ciasny szpaler po obu stronach cienkiego, wijącego się pasemka asfaltu. Niektórzy przygotowują specjalne przebrania, tak jak choćby słynny „Diabeł”, czyli Niemiec Didi Senft, na którym skupiają się kamery. Inni podróżowanie za peletonem traktują jak najlepszy sposób na rodzinne wakacje. Takiej liczby kamperów o tej porze roku nie znajdziesz nigdzie nie tylko we Francji, ale zapewne w całej Europie.

Podróżowanie za peletonem jest charakterystycznym widokiem dla Touru. Kibice, zapatrzeni w GPS-y i płachty map rozłożone na deskach rozdzielczych samochodów, próbują znaleźć jak najlepszy objazd, bo drogi, po których jadą kolarze, są zamknięte dla ruchu. Dzięki temu docierają do malutkich, zapomnianych przez resztę roku francuskich miasteczek i poznają Francję od podszewki. Ich mieszkańcy witają  kibiców z otwartymi ramionami, są dumni, że Anglicy, Amerykanie, Duńczycy czy Niemcy trafili właśnie do nich. Maleńkie miasta muszą płacić organizatorom za to, by Tour się u nich zatrzymał. Start etapu wyceniany jest na sześćdziesiąt tysięcy euro, meta – niemal dwa razy tyle. Chętnych nie brakuje, bo zysk zawsze wielokrotnie przekracza wydatek, a miasteczko, dzięki telewizji, staje się sławne na całym świecie.

Magia w peletonie

Na campingach zlokalizowanych przy podjazdach na legendarne alpejskie i pirenejskie przełęcze ruch rozpoczyna się kilka dni przed właściwymi zawodami. Miasteczko namiotowe rośnie, powstają sklepy, bary, a nawet dyskoteki. Zanim pojawią się kolarze, przejeżdżają wozy transmisyjne, samochody z dziennikarzami, operatorzy na motocyklach, czasami nad głowami gapiów przeleci helikopter. W końcu pojawiają się kolarze. Ich przejazd to chwila, kilka minut. Za zawodnikami sunie zaplecze wyścigu – Tour de France to skomplikowana operacja logistyczna. Samochodami podróżuje sprzęt, technicy, kucharze, hotele na kółkach, całe mrowie ludzi, które codziennie trzeba przetransportować w okolice kolejnego etapu „Wielkiej Pętli”. Co roku organizatorzy wydają pozwolenia dla blisko pięciu tysięcy pojazdów, które poruszają się po trasie Tour de France. Wśród nich są między innymi trzy cysterny wożące paliwo do VIP-owskich helikopterów. Niepisana reguła mówi, że kolumnę pojazdów podążających za peletonem zamyka „Voiturebalai”, czyli dosłownie „furgonetka-szczotka”. Po raz pierwszy pojawiła się ona w 1910 roku z zadaniem zabierania z trasy kolarzy zbyt zmęczonych, by mogli kontynuować wyścig. Tradycja każe przymocować do tego pojazdu miotłę.

To niezwykłe, że ludzie chcą być blisko Touru, bo dzisiaj kolarstwo to sport telewizyjny. Prawdziwe dramaty i skomplikowane rozgrywki taktyczne między zespołami i zawodnikami widać w pełni jedynie w telewizji. Peleton się rwie, jedni uciekają, inni ich gonią, ale żadna zagrywka nie umknie kamerom. Kibice zgromadzeni wokół trasy nie mają do tego wszystkiego dostępu, widzą jedynie kolorowy peleton, który błyskawicznie przelatuje szosą – i tyle. A jednak co roku miliony kibiców z całego świata w lipcu jadą do Francji, żeby stać na drodze, wyciągać szyje, wypatrując zawodników i zdzierać gardła, dopingując kolarzy do większego wysiłku.

Trudno się we Francji nie zakochać, oglądając „Wielką Pętlę”. Kolarze wpadają do miasteczek i mkną po ulicach wybrukowanych kocimi łbami, mijają domy z szarej cegły, w tle migają wieże kościołów. Bernard Thevenet, słynny francuski kolarz, wspominał: „Ksiądz zmienił godzinę mszy na wcześniejszą, byśmy mogli zobaczyć przejeżdżających kolarzy. Słońce odbijało się od ich chromowanych pedałów i widelców. Wyglądali jak współcześni rycerze. Już wcześniej marzyłem, by zostać kolarzem, ale ten magiczny widok ostatecznie mnie przekonał. Gdy już wszedłem do peletonu, nigdy równie magicznie nie było”.

Autorem tekstu jest Piotr Żelazny. Całość znajdziesz w najnowszym numerze "Esquire'a"


Polecane wideo

Komentarze

Polecane dla Ciebie