Michał Sadowski: Postawiłem wszystko na jedną kartę
Fot. Żaneta Niżnikowska

Michał Sadowski: Postawiłem wszystko na jedną kartę

Twórca Brand 24, narzędzia do monitoringu internetu, jeden z najbardziej wyrazistych polskich przedsiębiorców, o determinacji, działaniu po omacku, przyznawaniu się do błędów – i o tym, dlaczego nie warto udawać, że jest dobrze, kiedy jest źle.
13.03.2019

Zakładając swoją firmę w 2011 roku, chciałeś znaleźć się w tym miejscu, w którym jesteś dzisiaj?

Michał Sadowski: Jestem zupełnie gdzie indziej. Wtedy, zakładając Brand 24, myślałem przede wszystkim o tym, żeby przeżyć. Chciałem stworzyć ciekawy biznes, który mógłby mnie utrzymać, miałem nadzieję, że ja i mój wspólnik będziemy mogli wypłacać sobie jakieś wynagrodzenia, żeby spłacać raty kredytu hipotecznego. To, do czego doszliśmy – wejście na giełdę, obecność Brand 24 na wielu rynkach – to coś, o czym nie śniło nam się siedem lat temu. Gdybym opowiadał, że od początku przewidywaliśmy sukces naszej firmy, byłaby to ściema. Nie wiedzieliśmy, czy usługa, którą chcemy oferować, będzie hitem. Istniały podobne firmy, w Polsce byliśmy bodaj trzynastym narzędziem monitoringu sieci. Wiele osób z doświadczeniem biznesowym przekonywało nas, że nic z tego nie będzie.

Z czego wynika wasz sukces?

Z determinacji i apetytu, który rósł w trakcie jedzenia. Dość szybko doszliśmy do momentu, w którym firma mogła nas utrzymać, więc zaczęliśmy myśleć o rozwoju, z czasem także globalnym. Nie mamy szczególnych umiejętności, nie jesteśmy wybitnymi programistami czy specjalistami od biznesu w sieci. Mamy natomiast determinację. Od siedmiu lat prowadzimy firmę z nieustającą pasją.

Czytaj też: Wymyśliłeś rower, który nie istnieje? Oni zbudują go dla ciebie 

Kiedy patrzysz na siebie sprzed paru lat, kogo widzisz? Kim byłeś, kim jesteś dzisiaj?

Przede wszystkim mam dużo większą wiedzę dotyczącą prowadzenia biznesu online. Umiejętności analityczne, które zdobyłem w ostatnich latach, postrzegam dzisiaj jako bezcenne. W pierwszych latach istnienia firmy ogromną większość decyzji podejmowaliśmy w oparciu o intuicję, a nie w oparciu o dane, którymi posługujemy się teraz. Popełnialiśmy masę błędów, a nasze decyzje okazywały się bardzo nietrafione.

Dlaczego te błędy was nie zabiły?

Przede wszystkim firma pozyskiwała środki bardziej od klientów niż od inwestorów. Z dwudziestu milionów złotych, które wydaliśmy do końca zeszłego roku na rozwój Brand 24, tylko dwa miliony pochodziły od inwestorów. Nie byliśmy rozpieszczeni kasą i szybko musieliśmy dojść do tego, żeby samemu się utrzymać, dzięki temu mieliśmy dużo większy komfort popełniania błędów. Stać nas było na nietrafione decyzje, bo nie mieliśmy noża na gardle pod postacią gigantycznej straty finansowej i konieczności sięgania do kieszeni inwestorów, cięć, zwalniania pracowników...

Był taki moment, w którym chcieliście oddać firmę za darmo komuś, kto mógłby w nią zainwestować, zatrudniając was jako pracowników. to byłby błąd?

Na pewno. Nie miałbym w tej chwili istotnej części firmy wartej sto milionów złotych, pod tym względem to na pewno byłby błąd. (śmiech) A do tego nie miałbym firmy, która codziennie daje mi radość. Wtedy byliśmy jednak bardzo zdesperowani. Potrzebowaliśmy pieniędzy na życie, a Brand 24 nie sprzedawał jeszcze swoich usług, to była faza beta. Chetnych do zakupu udziałów w firmie nie było, nietrudno wiec było sobie wyobrazic, ze nie bedzie tez chetnych do zakupu usług, które chcieliśmy swiadczyc. Uznalismy, ze lepiej przełknąć dume i zatrudnic sie na etacie. Szczęśliwie nikt nie był zainteresowany oferta kupna Brand 24.

ESQ: Masz wyłącznie dobre pomysły? Co robisz, kiedy współpracownicy mówią ci, że się mylisz?

MS: Udało mi się, mam taką nadzieję, zbudować autorytet w niektórych obszarach biznesu online, dzięki temu nie wstydzę się przyznawać do błędów albo prosić o pomoc. W początkowej fazie rozwoju Brand 24 nie było z tym tak dobrze. Moja duma była bardzo silna, długo kłóciłem się ze wspólnikami na przykład o to, czy powinniśmy oferować produkt darmowy, czy płatny. Były krzyki, wyzwiska... Wyciągnąłem z tego wnioski, z czasem zrozumiałem, że nie mam patentu na dobre decyzje.

ESQ: Błędy i chodzenie po omacku są wpisane w DNA startupów. W którym momencie potknięcia przestają być mile widziane i stają się przeszkodą?

MS: To zmienia się w momencie, w którym więcej osób zaczyna od nas zależeć. Nie mówię jedynie o akcjonariuszach, ale też o załodze. Firma utrzymuje siedemdziesiąt osób. Nasze nietrafione decyzje mają więc wpływ na życie masy ludzi. Te presję dodatkowo wzmacnia debiut  giełdowy. Spółka otwiera sie na to, by jej akcje mogli kupować przyjaciele czy rodzina. Pojawia sie myśl, że nie możemy zawieść oczekiwań tych ludzi.

ESQ: Startupom w biznesie wolno więcej.

MS: Są bardziej zwinne, mogą szybciej się zmieniać, a ich założycielom wolno popełniać błędy. Jedną z najczęstszych pomyłek młodych przedsiębiorców – i mówię to jako osoba, która też przez to przechodziła – jest to, że nie rozmawiają o swoich problemach. Wróciłem niedawno z konferencji Infoshare, rozmawiałem z przedstawicielami wielu startupów. Zewsząd słyszałem jedynie o sukcesach, mimo ze większość tych firm nie ma ani złotówki przychodu. Ich twórcy rozmawiają ze mną, człowiekiem, który potencjalnie mógłby im pomóc, ale wolą pokazać się z dobrej strony niż porozmawiać o tym, co im sprawia trudność. A właśnie dzielenie sie problemami prowadzi często do pozytywnych zmian. Robiłem tak samo – wstydziłem się dzielić obawami o to, co będzie z przyszłością naszej firmy.

Polacy z Sillicon Valley. Czego nauczyła ich dolina królów? 

ESQ: „Fake it till you make it” – mawiają Anglicy. Trzeba udawać, że jest dobrze.

MS: Nieformalna pogawędka przy piwie to idealny moment, żeby sie otworzyć. A mimo to większość młodych przedsiębiorców próbuje „nawijać makaron na uszy” i sprzedawać historie sukcesów, zamiast opowiedzieć o wyzwaniach. Dzięki nim sukcesy wyglądają bardziej autentycznie. Niemal każda moja prezentacja na konferencjach, na których występuję, to analiza błędów, które popełniliśmy w Brand 24 wraz z omówieniem rozwiązania.

ESQ: Co ostatnio schrzaniłeś w swojej firmie?

MS: W połowie zeszłego roku spadła nam sprzedaż. Nie wiedzieliśmy, co się dzieje. W oparciu o analitykę byliśmy w stanie ustalić, że ma to związek z nowym cennikiem. Nie wiadomo było jednak, o co dokładnie chodzi. Dwa tygodnie siedziałem nad tym problemem, bez specjalnego efektu. Pewnego dnia firmę odwiedził mój przyjaciel Paweł Tkaczyk (ekspert od marketingu – przyp. red.). Zapytał, co słychać. Zamiast powiedzieć, że super, otworzyłem się – przyznałem, że mam tydzień do bani, bo na naszej stronie gubimy klientów i nie mogę znaleźć rozwiązania. Paweł poradził sobie z tym problemem w kilka sekund. Powód był prosty: w cenniku przekreślaliśmy funkcje niedostępne w niższych abonamentach. Chcieliśmy w ten sposób zachęcać do kupna droższej oferty. Tyle że nikt nie robi reklam, pokazując funkcje, których w danym produkcie nie ma! Nie widzimy w telewizji reklam samochodów, w których producent przyznaje, że nowy model nie ma ABS-u, ESP czy czterech poduszek powietrznych, a jedynie dwie. Poprawiliśmy to i konwersja wróciła do normy, a nawet wzrosła, bo zaczęły działać pozostałe poprawki w cenniku. Gdybym wtedy, zamiast opowiedzieć o problemie, sprzedawał historie sukcesów Brand 24, Paweł nie doradziłby mi, co trzeba zmienić.

ESQ: Stworzyłeś jedną z najbardziej wyrazistych marek osobistych wśród polskich przedsiębiorców. Brand 24 ludzie kojarzą przede wszystkim z tobą. To pomaga czy przeszkadza?

MS: I jedno, i drugie. Od wejścia firmy na Giełdę Papierów Wartościowych pojawiło się na przykład ryzyko spekulacji. Komuś zależy na tym, żeby kurs Brand24 spadł, więc rozsiewa plotki na mój temat, na przykład o tym, że odchodzę z firmy. Nie mam udziałów w innych firmach, nie zasiadam w radach nadzorczych, nie angażuję się w inne projekty. Wszystko postawiłem na jedna kartę o nazwie Brand 24. Pozostałe negatywy są nimi tylko pozornie. To, że klienci zwracają się do mnie z informacją o tym, że w Brand 24 coś poszło nie tak, jest supercenne. Dzięki temu dobrze wiem, co się dzieje w najróżniejszych częściach firmy. Od wewnątrz zawsze wszystko wygląda cudownie. Dopiero klienci przynoszą informacje o tym, że pojawiły się jakieś problemy. Wiążą się z tym wyzwania logistyczne, niekiedy po prostu nie daje rady odpisywać na maile nocami, ale nie zamieniłbym tego dobrego kontaktu z klientami na to, żeby mieć więcej spokoju i być prezesem, który nie wie, co dzieje się w jego firmie.

Wywiad Andrzeja Chojnowskiego ukazał się w numerze 4/2018 

Polecane wideo

Komentarze

Polecane dla Ciebie