Reklama

Ja, chaos niczego nie planuję. Żyję tu i teraz. Rozmowa z Michałem Marczakiem.

Reżyser Michał Marczak to samouk. Nie przeszkadza mu to w rozwijaniu kariery.

Ja, chaos niczego nie planuję. Żyję tu i teraz. Rozmowa z Michałem Marczakiem. kadr z filmu "Wszystkie nieprzespane noce"
Reklama

Kiedy się ogląda „Wszystkie nieprzespane noce” (polska premiera 4 listopada), można odnieść wrażenie, że tęsknisz za młodością. Chociaż masz dopiero 34 lata.

Powiedziałbym, że raczej miło wspominam, niż tęsknię. Wydaje mi się, że teraz i kolejne trzydzieści lat to czas, w którym mógłbym żyć w nieskończoność. Mam już pewną świadomość, można powiedzieć „dojrzałość”, dystans do siebie i spraw. Gdy byłem młodszy, strasznie mocno wszystko przeżywałem. 

Kiedyś mówiłeś, że nie chcesz dorosnąć, a teraz mówisz, że lubisz ten stan, bo jesteś dojrzalszy i spokojniejszy.

To, że pewne młodzieńcze bóle mam za sobą, nie znaczy, że jestem dorosły.


Kiedy jest się dorosłym?

Nie wiem, każdy musi sobie sam zadać to pytanie. Ja po prostu wolę cały czas być w procesie, podważać siebie i swoje poglądy, mieć w pewnym sensie perspektywę dziecka, które jest naturalnie ciekawe. Nie chciałbym tego stracić. 

Ty nie chodziłeś do szkoły filmowej?

Nie. Mam maturę. Studiowałem w różnych miejscach, ale ostatecznie nieczego nie skończyłem.


Wszystkiego po trochu?

Zmieniałem studia, bo chciałem się uczyć. Nie chodziło o papierek. Niestety, w niektórych miejscach, co było smutne, okazywało się, że np. już na drugim roku nie było inspirującej kadry. Nie chciałem marnować czasu, więc szukałem dalej.


Dlaczego nie zdecydowałeś się na szkołę filmową?

Po maturze próbowałem dostać się do Łodzi, ale nie zostałem przyjęty, więc poczułem, że to znak, abym jednak doszedł do tego własną drogą i w swoim czasie. Oczywiście z dzisiejszej perspektywy brzmi to łatwo, ale wtedy była to decyzja podjęta z dużą dozą niepewności. Pytanie, czy w ogóle można się tego w taki bezpośredni, akademicki sposób nauczyć? To jest jednak złożo na umiejętność, która polega w pewnym sensie na nauce wszystkiego i niczego. Według mnie głównie to pielęgnowanie intuicji, gustu, spostrzeżenia, otwartości na siebie i wszystkich wokół. Kwestie techniczne są bardzo ważne, ale to podstawa. Zabawa zaczyna się dopiero wtedy, kiedy mamy je już w pełni opanowane. Wydaje mi się, że najważniejsze jest wsłuchanie się w siebie i znalezienie własnego sposobu na pojęcie tej wiedzy. Dla niektórych będą to studia na wyższej uczelni, dla innych po prostu robienie filmów i uczenie się na błędach. 

To jaki był ten twój pierwszy ważny krok? 

Przełomem i olśnieniem była decyzja, że zajmę się dokumentem. Oczywiście był to długi proces, ale pamiętam bardzo dobrze pokaz filmu Pawła Łozińskiego „Taka historia”. Był to jeden z pierwszych w Polsce filmów zrealizowanych małą kamerą DV. Paweł zrealizował ten film wspólnie z Dorotą Wardęszkiewicz, byli tylko w dwójkę. Paweł był odpowiedzialny za reżyserię, zdjęcia i dźwięk, Dorota Wardęszkiewicz za montaż. Bardzo mnie poruszył fakt, że można w tak małym składzie zrobić tak piękny film, który tak dobrze ogląda się na dużym ekranie. Byłem też zawsze ciekaw ludzi, którzy są inni niż ja, ale być może dlatego, że byłem lekko nieśmiały lub głupio było mi zawracać komuś głowę bez potrzeby, trudno było mi nawiązać z nimi głębszy kontakt. Film dokumentalny nagle dał mi pretekst, dzięki któremu mogłem wejść w świat niemal każdego. Po pewnym czasie szybko poczułem jednak ograniczenia tego gatunku wynikające z moralnych granic, których nie chciałem przekroczyć. Zacząłem więc kombinować, jak tu połączyć dwa światy, dokumentu i fabuły, abym mógł w bezpieczny sposób przesunąć tę granicę.

Dlaczego?

Dokument jest trudny. Kieślowski powiedział, że nie wytrzymał, ponieważ to wszystko prawda. Jak ktoś płacze, to są jego prawdziwe łzy i emocje, w fabule można podać glicerynę. W dokumencie, kiedy się kończą zdjęcia, to ten świat dalej istnieje i film wpływa na życie bohaterów, zostaje z nimi. Jeśli udało ci się dojść do pewnej głębi, a akurat to mnie najbardziej interesuje, to do końca życia jesteś związany z bohaterami. Trochę tak jak z byłymi miłościami. W reportażu pisanym można np. łatwo zmienić lokacje, imiona bohaterów, w filmie nie ma takiego prostego wytrychu.


Zawsze wiedziałeś, że chcesz robić filmy?

Na początku sporo szukałem. Po pewnym czasie zrozumiałem, że chcę się zająć czymś, co pozwoli mi blisko obcować z drugą osobą, przeżywać sytuacje na wysokich rejestrach emocjonalnych, ale też i mieć możliwość tworzenia światów, w których wszyscy mogą chociaż na chwilę zagubić się w marzeniach. Okazało się, że film to wszystko oferuje. Bardzo dbam o to, aby właśnie te emocje były podstawą każdego filmu, który zaczynam. 

Robisz założenia, planujesz, czy podążasz za tym, co się wydarza?

Staram się nie mieć zbyt odległych planów. Oczywiście im większa produkcja, tym wcześniej trzeba ją zaplanować ale raczej jest tak, że w okolicach końca ostatniego filmu pojawia się pomysł na kolejny. Oczywiście elementy tych pomysłów krążą wcześniej, ale dopiero po zakończeniu pewnego etapu tak naprawdę czuję, co powinno być kolejnym krokiem.

Nie masz zaplanowanej „ścieżki kariery”?

Właśnie to w filmie jest piękne, że każdy może być inny, że można po zakończeniu zdjęć wyciągnąć z nich wnioski i zastanowić się, co dalej. 

 

Z Michałem Marczakiem rozmawiała Anna Rączkowska. Całość wywiadu ukazała się w ostatnim numerze magazynu Esquire.

 

Reklama

Polecane wideo

Polecamy również

Reklama

Inne artykuły

Reklama