Reklama

Simone Moro "Misja helikopter"

Fragment pochodzi z rozdziału "Znów w szkole".

Simone Moro "Misja helikopter" zdj. mat. pras.
Reklama

Na moje życie zawsze miały wpływ ważne spotkania, to one mnie zmieniały, wzbogacały, motywowały i dodawały entuzjazmu. Tego rodzaju niespodzianki czekają na tych, którzy ich

poszukują i silnie pragną.

Kiedy byłem jeszcze w Nepalu, gdzie świętowaliśmy z Denisem Urubką nasz sukces, zrozumiałem, że moja fascynacja helikopterami i podziw dla możliwości operacyjnych tych maszyn, z którymi stykałem się przez lata moich wypraw i podróży, w rzeczywistości kryły w sobie jasną wolę działania i realizacji konkretnego projektu, który tylko czekał na odpalenie. Wspinaczka na Makalu stała się punktem wyjścia do jego realizacji. Z alpinistycznego punktu widzenia wróciłem do domu z niepodważalnie historycznym i prestiżowym osiągnięciem, które pozwoliłoby mi na zasłużony odpoczynek i wykorzystanie sukcesu w kontaktach z mediami i sponsorami. W nadchodzących miesiącach mogłem skoncentrować się na rygorystycznym treningu, promocji osiągniętego sukcesu i na konferencjach. Nawias, który otwierał się w mojej karierze, mógł lub nawet musiał stać się też okazją do rozpoczęcia równoległego życia i działalności idealnie uzupełniającej alpinizm. Cztery miesiące wcześniej skończyłem 41 lat i choć było już trochę późno na rozpoczynanie nowej ścieżki kariery, to miałem w sobie niezbędny ogień entuzjazmu i odpowiednią dozę szaleństwa. Postanowiłem, że zostanę pilotem śmigłowców i pewnego dnia będę latał w Himalajach, organizując akcje ratunkowe. Wyznaczyłem sobie czteroletni okres, jak na olimpiadzie, na przekształcenie idei w rzeczywistość. Plan był skrajnie trudny do zrealizowania, musiałem zresetować w głowie wszystkie dotychczasowe pewniki i rozpocząć naukę od podstaw. Przeczuwałem, że na mojej nowej drodze będę musiał sprostać wielu trudnościom, a te największe i najbardziej podłe postawią przede mną ludzie i środowisko, któremu często trudno zaakceptować osobowości z jasnymi i innowacyjnymi ideami. Spodziewałem się, że będę miał naprawdę pod górkę, ale czułem, że starczy mi pary i mam dostatecznie silne barki, żeby strząsnąć z moich pleców tych, którzy chcieliby mnie spowolnić lub odwieść od realizacji planów. Potem miałem okazję się przekonać, że tacy ludzie cechują się niezwykłym uporem, ale równocześnie są absolutnie niezdolni do wygrania ze mną – nie dlatego, że jestem rzekomo silniejszy czy bogatszy, ale dlatego, że po prostu wiem, dokąd zmierzam.

 

Ogłosiłem mój pomysł rozpoczęcia kariery pilota śmigłowców podczas pierwszego wywiadu udzielonego po powrocie z Makalu. Był koniec lutego 2009 roku, informację opublikowano w lokalnej gazecie „Echo Bergamo”. Ten nowy projekt, tak różny i tak nagły po dopiero co zrealizowanej historycznej wspinaczce, zaskoczył wszystkich, ale według mnie był to wyśmienity moment na jego ogłoszenie. W kilku wywiadach udzielonych w następnych tygodniach potwierdziłem moje zamiary i dodałem trochę szczegółów. Na kurs miałem pojechać do USA, niezwykłego kraju, najlepszego do realizacji marzeń i projektów bez niekończących się okresów oczekiwań i absurdalnego tracenia czasu. To kraj merytokracji, gdzie możliwości są uzależnione od kompetencji, gdzie każdy może zdobyć to, co założył w czasie określonym przez siebie samego, a nie innych, pod warunkiem że potrafi sprostać wymaganiom, a jeśli nie, to zostaje w tyle niezależnie od swojej pozycji i znajomości.

Kilka dni po publikacji artykułu w dzienniku w Bergamo otrzymałem e-mail od niejakiego Gianniego Carminatiego, przedsiębiorcy zafascynowanego lataniem. Dzięki sukcesom zawodowym mógł ukoronować swoje marzenie i kupić Eurocopter AS350 BA, czyli ten sam model, którym uratowano mi życie na Annapurnie i ewakuowano mnie z Makalu. Napisał, że poznaliśmy się podczas konferencji w Sarnico, gdzie mieszka

i trzyma helikopter w prywatnym hangarze. Uwielbiał góry i miał doświadczenie alpinistyczne. Swój e-mail zakończył zaproszeniem i ofertą, które wprawiły mnie w osłupienie… to

było zbyt piękne, aby było możliwe. Gianniemu spodobał się mój pomysł i chciał mi pomóc w realizacji nowego projektu w sposób praktyczny. Zaproponował, żebyśmy latali razem i i dzielili nasze pasje.

Na takie zaproszenie można zareagować z największą radością i entuzjazmem, jakby wygrało się w totolotka. Dopiero kiedy przespałem się z tym pomysłem, zacząłem myśleć racjonalnie i patrzeć na to z innej perspektywy. Po chwilowej euforii pomyślałem, że może e-mail Gianniego był tylko wyrazem uznania i zaproszeniem do jednorazowego lotu. Już wiele razy dałem się nabrać na obietnice sponsoringu, pomocy i innych zamiarów, ale z czasem odkryłem, że na tym świecie jest coraz mniej słownych ludzi, a właściwie ten gatunek wymiera.

Gianni natomiast okazał się całkowitym zaprzeczeniem wielu wcześniej poznanych osób. Był człowiekiem z silnym kręgosłupem, jasnymi ideami i jeżeli coś mówił, to robił to, a kiedy coś planował, osiągał cel. Charakteryzowała go drobiazgowa precyzyjność i bardzo szczegółowy sposób organizacji zadań, co różniło nas, a równocześnie uzupełniało. Ja

działałem w pragmatyczny i prosty sposób, zmierzając prosto do celu. Gianni stosował wysublimowaną technikę będącą wynikiem planowania oraz pilnej i szczegółowej analizy. Nie minęło wiele czasu od dnia, kiedy do mnie napisał, a już siedziałem w jego helikopterze. Instruował mnie na temat tego, co zrobimy razem, a co pozwoli mi zrobić samemu…

Piękny i czysty śmigłowiec wyglądał jak nowy, mimo że miał ponad 20 lat. Był wyśmienicie utrzymany dzięki regularnym kontrolom przeprowadzanym przez Gianniego i jego zaufanego mechanika Attilio Zanolego. Kiedy spotkaliśmy się po raz pierwszy, latające cacko czekało gotowe przed hangarem. Dysponował wspaniałym, szerokim polem pod miastem. Teren należał do firmy Axevo specjalizującej się w produkcji i sprzedaży kolarzówek, zarządzanej przez jego synów Mauro i Enrico. Byliśmy praktycznie u niego w domu. Na okoliczność wspólnych lotów Gianni zainstalował podwójne stery, za którymi

mieliśmy się zmieniać – on jako pilot główny i ja jako pasażer i drugi pilot.

 

Pierwszy lot był wyjątkowy i porywający. Przelecieliśmy nad jeziorem Iseo i Monte Isolą, a potem nad pobliską Presolaną i innymi górami Prealp Bergamskich. Pierwszy raz leciałem z celem nauczenia się podstaw pilotażu i opowiedzenia komuś o górach, w których wielokrotnie się wspinałem. Gianni pozwolił mi wykonać kilka podstawowych manewrów podczas ustabilizowanego lotu, wytłumaczył i przypomniał, do czego służą poszczególne przyciski i urządzenia na panelu sterowania. Wróciliśmy do bazy po godzinie i 15 minutach, a wydawało mi się, że wszystko trwało jedną, choć bardzo piękną chwilę. Po tym locie naprawdę zacząłem marzyć, wybiegałem wyobraźnią w nadchodzące dni, tygodnie i lata, pozwoliłem sobie patrzeć daleko i wierzyć w prawie niemożliwy projekt. Zaangażowałem się w niego z takim samym entuzjazmem jak 30 lat wcześniej na początku mojego wspinania.


Książka Simone Moro "Misja helikopter" ukazała się nakładem wydawnictwa Agora.

Reklama

Polecane wideo

Polecamy również

Reklama

Inne artykuły

Reklama