„T2: Trainspotting”, czyli gorycz życia
Fot. Materiały prasowe

„T2: Trainspotting”, czyli gorycz życia

W kinie zapomnijcie o „Porno”. To nie jest ekranizacja.
03.03.2017

Z seansu możecie wyjść nieco przybici, ale nie dlatego, że w scenariuszu coś się nie klei lub aktorzy zagrali zdecydowanie poniżej możliwości, bądź naszych oczekiwań. Nic z tych rzeczy. Scenariusz Johna Hodge'a, odpowiedzialnego również z pierwszy „Trainspotting”, jest w swojej wymowie tak pełen goryczy i życiowej refleksji, że jeśli macie 30-40 lat i pamiętacie dawne przygody przyjaciół z Edynburga, może zrzednąć wam mina. Może, nie musi. Choć sposób, w jaki opowieść z cyklu „20 lat później” przedstawił Dany Boyle, skłania do zadania sobie kilku zasadniczych pytań. Niestety przy udzielaniu odpowiedzi nie każdy odetchnie z ulgą.

 

Dwie dekady temu Mark Renton oszukał facetów, z którymi przyjaźnił się od dziecka. Buchnął torbę pełną pieniędzy zarobionych na (ekhem...) uczciwej sprzedaży narkotyków i ruszył na podbój Amsterdamu. Teraz wrócił z powodów, o których prawdę poznajemy w dość zaskakującym momencie. Podobnie jak wściekli na niego przyjaciele nie ma już 23 lat, nie ma już tylu życiowych szans i coraz mniej wybryków uchodzi mu na sucho. Każdy ze starej ekipy ma natomiast to, co osiągnął, gdy był na to czas. W zasadzie tylko jedna postać pamiętana z „Trainspotting” gdzieś zaszła. Pozostali  bohaterowie bardzo chcieliby móc wrócić do punktu wyjścia. Ale czy będzie to jeszcze możliwe?

 

 

Oglądając „T2”, zapomnijcie o „Porno” Irvina Welsha. Z jednej strony szkoda, bo książka dawała nieco więcej powodów do uśmiechu, szczególnie na koniec, co trudno raczej powiedzieć o filmie. Z drugiej jednak strony odpowiedzialny za scenariusz John Hodge nie poszedł na łatwiznę. Danny Boyle zresztą również. W kinie na przykład nie zobaczycie, jak Sick Boy próbuje rozkręcić lokalny biznes porno i jedzie z taśmą pod pachną na francuski festiwal filmów dla dorosłych. Tego tu nie ma. Choć pojawił się pomysł na wyjmowanie gotówki z kieszeni panów spragnionych mocnych wrażeń. I to pomysł z pozarządowym dofinansowaniem.  

 

Przed pójściem do kina dobrze jest raz jeszcze zobaczyć pierwszy „Trainspotting”. Będziecie mieli więcej przyjemności z oglądania, uśmiechając się pod nosem w danej scenie, przy konkretnym ujęciu lub pozornie nieistotnym detalu scenografii. Danny Boyle nie wyłożył wszystkiego na tacy i chwała mu za to. Inteligentnym i spostrzegawczym zostawił całkiem spore pole do popisu. Szkoda tylko, że niektórych bohaterów z pierwszej części nie ma więcej. Czasem nie było to możliwe ze względu na fabułę, czasem jednak aż prosiłoby się, by móc zobaczyć kogoś nie tylko w kilku ujęciach. 

 

 

W „T2” nie mogło zabraknąć humoru. Choć nie da się ukryć, że jego słodycz chwilami wręcz tonie w morzu życiowej goryczy, która niczym woda z kranu cieknie z ust, przemyśleń i zachowań bohaterów. Jednak jedna scena rekompensuje wszystko. Gdy film ukaże się na Blu-ray i DVD, będzie żyła własnym życiem na Youtube, mając na liczniku setki tysięcy wyświetleń. Wchodząc do pewnego lokalu, Mark Renton i Sick Boy rozbili bank. Niemalże dosłownie. Warto to zobaczyć.

 

Nakręcony w 1996 r. „Trainspotting” był tak ważnym filmem dla ówczesnych nasto i dwudziestolatków, że każdy z nich może mieć teraz inne zdanie na temat kontynuacji losów bohaterów. Dla jednych akcja będzie zbyt wolna, bo faktycznie nie rozkręca się zbyt szybko, innym zaś zabraknie szaleństwa z pierwszej części, które w zasadzie zdominowało całą historię. Ale zarówno jedni jak i drudzy muszą pamiętać, że 20 lat temu film pokazywał zmiany zachodzące w ludziach, muzyce, a nawet narkotykach. Teraz „T2” pokazuje to samo, ale już w obecnej rzeczywistości. Nasze życie zdominowały smartphony, internet, Facebook, Instagram i inne cuda. I co dalej? Gdzie jesteśmy my, gdzie są nasi przyjaciele? Jeśli nie wiemy, zawsze możemy zacząć poszukiwania w kinie.

 

Kamil Mrozkowiak

Polecane wideo

Komentarze

Polecane dla Ciebie