„Popełniłem chyba wszystkie grzechy” - rozmowa ze Zbigniewem Wodeckim
Fot. Kapif

„Popełniłem chyba wszystkie grzechy” - rozmowa ze Zbigniewem Wodeckim

Był jedną z największych polskich gwiazd lat 70. ubiegłego stulecia. O ile jego koledzy-artyści z tamtych czasów zostali w tyle albo nagrywali płyty, które mało kogo interesowały, Zbigniew Wodecki zawsze pozostawał otwarty na nowe doświadczenia. Dla niego liczyła się przede wszystkim muzyka, dlatego nie odmówił współpracy nawet heavymetalowcom.
22.05.2018

Z Zbigniewem Wodeckim spotkaliśmy się w kwietniu 2017 roku. Zaledwie miesiąc przed tym, jak trafił do szpitala. Wiedzieliśmy wówczas, że najlepiej będzie umówić się w porze lunchu. Wówczas istniała szansa, że głodny, przycupnie na chwilę, zamówi zupę, a jak dobrze pójdzie, to i drugie, i miedzy jednym siorbnięciem a drugim znajdzie czas na rozmowę. Bo Wodecki nieustanie od lat był w pędzie. Przemierzał Polskę wzdłuż i wszerz, najchętniej własnym samochodem. Mówił, że męczy go to i wkurza, ale po chwili dodawał, że siedzenie w domu męczy go i wkurza bardziej. Był królem anegdot i dowcipów. O każdym miał coś do powiedzenia, bo chyba z każdym występował. Zmarł 22 maja w wieku 67 lat.

Esquire: Będzie Pan odbierał platynową płytę za album „1976: A Space Odyssey” nagrany z Mitch and Mitch. Gratuluję.

Zbigniew Wodeki: Śmieszne, nie? Przecież to było zrobione 40 lat temu, a dopiero teraz ktoś zwrócił na to uwagę. To nie moja wina. Ale wie pani co? Ja już bym tego nie napisał. Wypaliłem się. Siadam do fortepianu i mi się nie chce.

ESQ: Czego się panu nie chce?

ZW: Komponować mi się nie chce. Jest tyle fantastycznej muzyki, tylu fantastycznych instrumentalistów, ja już swoje w życiu napisałem, teraz odcinam kupony. Nic lepszego niż „Sobą być”, „Płacimy”, „Bach” czy „Izolda” nie napiszę. Nie ma co cisnąć na siłę, przecież sukces to i tak kwestia przypadku. Najważniejsze to robić coś fajnego, co nas kręci, co się nam podoba. Bes stresu, niespania po nocach. Sukces przyjdzie. Bardziej niż wtedy, kiedy się tak ciśnie, skrobie.
 
 

ESQ: Ale jest pan otwarty, zgodził się pan nagrać płytę z młodymi chłopakami, których pan nie znał.

ZW: Połaskotali moją próżność, narcyzm, który każdy ma w sobie. Ale ja się tego bardzo bałem. Przecież 40 lat temu, kiedy nagrałem tę płytę, nie odniosła sukcesu. I co, przeżywać porażkę drugi raz? Ale okazało się wielkie bum, Wodecki odkryty na nowo, bo nagrał płytę sprzed 40 lat! Duże zaskoczenie, jestem wdzięczny chłopakom, że mnie do tego poniekąd zmusili. Bałem się jak na maturze. I zdziwiony jestem, bo tu Fryderyk, złoto, platyna. I przecież to zdziwienie mam coraz głębsze zmarszczki na czole.

ESQ: Ma pan muzyczną intuicję?

ZW: Nie. Wszystko, co sobie wcześniej wyobrażałem, układało się odwrotnie. Poza tym ja się odwrotnie widzę i słyszę. Może dlatego nie lubię się oglądać i słuchać. Zazwyczaj się sobie nie podobam. I nie jest to kokieteria.

ESQ: Mówi pan jak dziewczyna.

ZW: Ale jednak jestem chłopczykiem i będę się przy tym upierał. 

ESQ: Czego pana życie nauczyło?

ZW: Wychowałem się na powieściach romantycznych z cyklu „serce i szpada” i powieściach Aleksandra Dumasa, może dlatego jestem dzisiaj takim romantykiem? Miałem świetne dzieciństwo, nie takie, jak mają dzieci dzisiaj, które od rana do wieczora siedzą w internecie. Mogłem rozrabiać. Miałem ogromną wyobraźnię, ale nie chciało mi się za bardzo uczyć. Jest takie powiedzenie, że mężczyzna rozwija się do 5. roku życia, a później tylko rośnie. I mnie chyba też to dotyczy, bo ja w dalszym ciągu jestem takim romantycznym chłopakiem.

ESQ: Co to znaczy?

ZW: Zawsze chciałem pomagać innym, chyba po mamie mam te geny. I to mi zostało. Być może również dlatego dobrze mi w życiu idzie? Staram się być dobry dla ludzi, nie noszę w sobie zawiści. Ludzie, którzy są zawistni, szybko się starzeją. A ja mam 67 lat, a wyglądam na 66 (śmiech). Oczywiście popełniłem chyba wszystkie grzechy, jakie były do popełnienia, ale życie mnie nauczyło, że każdy człowiek jest jak szklanka wypełniona zarówno dobrym, jak i złym.

ESQ: Przede wszystkim te złe doświadczenia nas uczą.

ZW: Nie może być przewagi ani w dobrym, ani w złym. Musi być równowaga. Od wyboru człowieka zależy, czy pójdzie do nieba, czy do piekła. Mam wszystkie cechy, również te złe, czuję to i wiem, ale odsuwam je od siebie, zwalczam. Chcę być jak bohaterowie książek, które czytałem w dzieciństwie. Bo tamte wartości cały czas są aktualne, bez względu na to kim się jest – ministrem, prezydentem, lumpem czy artystą. To człowiek decyduje, czy będzie czerpał z dobrego, czy złego. Jeśli ktoś jest w czymś lepszy ode mnie, to nie wściekam się na niego, tylko staram się poprawić, rozwinąć. Chociaż mało jest lepszych ode mnie, po prostu cudo! I tu przemawia przeze mnie wrodzona skromność.

ESQ: Fałszywa skromność nie popłaca?

ZW: To nie ja. Podobno sprawdzam się w wywiadach na żywo, bo nie kombinuję. Jestem wrażliwy na hipokryzję, konwenanse, na to, czy ktoś jest uczciwy, czy nie. Od razu to wyczuwam. I chyba wolę kogoś, komu trochę nie idzie, jest zestresowany, bo chce dobrze wypaść, popełni jakąś gafę czy niezręczność, ale wiem, że jest uczciwy, niż tego, który wciska kit i jest na tyle durny, że nie wie, że interlokutor zdaje sobie sprawę z jego fałszu.

ESQ: Żyjemy w świecie fasad.

ZW: W idiotycznym świecie fasad, kłamstwa i obłudy. Popatrzmy na kampanie wyborcze prezydentów. Mówi się, że oni wtedy mogą powiedzieć wszystko. Czyli co – mogą kłamać? Kombinować? Bo na tym polega kampania? Czysty idiotyzm! Nasz prezydent powinien iść do kryminału za to, czego nie robi, a powinien. Kampania prezydencka powinna polegać na tym, że jeśli ktoś coś obiecuje i nie dotrzymuje słowa, to ma przechlapane. Powinien nastąpić impeachment. Nie może być tak, że ktoś mówi „kupię wam wszystko”, a potem „przepraszam, ale to była kampania wyborcza, a w kampanii mówi się cokolwiek, byle wygrać”. To wielkie oszustwo. Dziennikarze z tą swoją polityczną poprawnością są hipokrytami, adwokaci zresztą też. Adwokat to najmniej moralny zawód świata – zajmuje się kruczkami prawnymi, a nie tym, co jest ważne i co naprawdę się stało. Mnie to wkurza. Życie mnie nauczyło, że najlepiej mają ci, którzy nie gonią za popularnością, za karierą, nie są niewolnikami tego, czego my wszyscy jesteśmy – począwszy od iPada, telefonu komórkowego czy miejsca na parkingu.

ESQ: Pan za tym nie goni?

ZW: Wszyscy bierzemy udział w tym wyścigu szczurów. Pamiętam, kiedy miałem 16 lat – jeszcze rosłem, ale już się nie rozwijałem (śmiech) – chodziłem z Piotrem Skrzyneckim po Krakowie. On nigdy nie miał przy sobie pieniędzy, ale wszędzie miał znajomych. Wychodził na miasto i tu się napił, tu wypił, tu mu ktoś postawił. Przechodziliśmy uliczką, która miała zaledwie 500 metrów i już byliśmy pijani, bo wszędzie ktoś nas zapraszał – a to na koniaczek, a to na naleweczkę. To były czasy cyganerii, artystów, nie było telewizji i reklam, ludzie siadali i ze sobą rozmawiali. O obrazach, przedstawieniach, o wszystkim. A  teraz się o  niczym nie rozmawia, wszyscy tylko klepią w te telefony. Coś muszę pani powiedzieć... 

ESQ: Słucham...

ZW: Życiem rządzi przypadek.

ESQ: Przypadek?

ZW: Przecież to przypadek sprawił, że mi wyszło. Byłem rozrabiaką, wyrzucili mnie z pierwszego roku liceum muzycznego. Dla moich rodziców to był koniec świata, bo ich synek, który miał być drugim Paganinim, wyleciał ze szkoły. Ale los tak pokierował, że gdyby mnie nie wyrzucili z tego liceum, to by pani ze mną nie rozmawiała. Musiałem zmienić szkołę, dzięki temu poznałem Marka Grechutę, graliśmy razem w zespole Anawa. W ten sposób poznała mnie i zaangażowała Ewa Demarczyk i zacząłem jeździć po świecie. A to wszystko zaczęło się od życiowej tra gedii! Czasem dobre rzeczy wynikają ze złych, życie jest skomplikowane. Ale najważniejsze jest zdrowie, prawie tak, jak miejsce na parkingu i podwyżka.

ESQ: Myślenie, że naszym życiem rządzi trochę przypadek, trochę szczęście, a trochę nie wiadomo co, niektórych uspokaja, a innych nie. A pana?

ZW: Mój ojciec wstawał rano i szedł do pracy w Krakowskiej Orkiestrze Symfonicznej. Stresowała go odpowiedzialność, ciągle był podenerwowany, zirytowany. Mama z kolei, też artystka, ale niepraktykująca, miała ogromną chęć pomagania ludziom. Ona się zawsze starała od rana uśmiechać. Można się obudzić i myśleć: „Cholera jasna, muszę wstać, ogolić się, pojechać 300 kilometrów do Białegostoku, Katowic czy Warszawy, zagrać koncert, będą ludzie, nerwy, potem trzeba gdzieś iść na kolację, co za życie, kiedy ja odpocznę?”. A można też wstać i pomyśleć: „Fajnie, wsiądę do samochodu, posłucham sobie radia w drodze, zagram koncert, będzie wesoło”. Ja wybieram to drugie. Lepiej wybrać optymistyczny wariant.

ESQ: Tego można się nauczyć czy trzeba się z tym urodzić?

ZW: Trzeba parę razy dostać w dupę, żeby się nad tym zastanowić.

ESQ: Zdołować się można w każdej sytuacji, bez względu na to, co się ma.

ZW: Niektórzy natychmiast przestają się cieszyć tym, co mają, jeśli zobaczą, że ktoś inny ma coś podobnego. Czyli mam mercedesa, ale inni też mają, więc już mnie nie cieszy. A mnie to nie przeszkadza. Może za bardzo mędrkuję? Czasem się zastanawiam, na ile jestem wartościowym człowiekiem. Raz się nie sprawdziłem, raz sprawdziłem, ciekawe, jak bym się sprawdził trzeci raz.

ESQ: Co pan ma na myśli?

ZW: Kiedyś, jako młody chłopak, nad jakąś rzeką, wciągnąłem dziewczynę, która mi się podobała, na głęboką wodę. A ponieważ żadne z nas nie umiało pływać, zaczęliśmy się topić. Ja jakoś dopłynąłem pieskiem do brzegu, ona tam została. Na szczęście jakiś starszy kolega ją wyciągnął. Dzisiaj myślę: „Rany boskie, co ze mnie był za palant?”.

ESQ: Młody pan był.

ZW: I głupi. Wtedy się nie sprawdziłem. Ale drugi raz się sprawdziłem – jechaliśmy z kolegą w nocy, a tu leży gość na drodze. Myślę: „Stanę, zobaczymy, co się stało”. Kolega mówi: „Nie stawaj, na pewno od razu ktoś z boku wyskoczy, dostaniemy w łeb”. Ale stanęliśmy i ściągnęliśmy go z drogi, i bardzo dobrze, bo zaraz nadjechała ciężarówka i pewnie by go przejechała na śmierć. I niech teraz każdy zada sobie pytanie, czy gdyby stał na brzegu, a w rzece topiło się dziecko, to czy by mu skoczył na pomoc, czy nie, gdyby nie było telewizji. 

ESQ: Lubimy myśleć, że jesteśmy bohaterami, a niekoniecznie tak musi być.

ZW: A ja jestem romantykiem i wierzę, że bym skoczył, bo tak trzeba było zrobić w tych książkach, które czytałem. Ale dobra, niech będzie, życie mnie nauczyło, że wiem, że nic nie wiem, jak to kiedyś ktoś powiedział.
ESQ: Co  jest dla pana najważniejsze, oprócz zdrowia i miejsca na parkingu?
ZW: Żeby mieć przyjaciół, fajnych ludzi obok siebie. Są tacy, którzy ciągną z nas energię – nimi nie wolno się otaczać. Mój sąsiad kiedyś powiedział: „Nie mieszaj się między plewy, bo cię świnie zjedzą”. Trzeba dobierać sobie ludzi tak, żeby było nam z nimi fajnie, ale takich wcale nie jest łatwo znaleźć. Mamy przyjaciół, jak nam dobrze idzie.

ESQ: Ma pan przyjaciół, bo dobrze panu idzie? 

ZW: Boję się sprawdzić. Ale otarłem się o takich ludzi, którzy nagle, jak ci nie idzie, znikają. I człowiek zostaje sam. Chociaż człowiek i tak umiera sam, bez względu na to, czy ma rodzinę i przyjaciół.

ESQ: Praca pana definiuje?

ZW: Trudno powiedzieć, bo ja nigdy w życiu nie pracowałem. Może kiedyś, kiedy pomogłem sąsiadowi w żniwach. To była robota! Kiedy gram, nagrywam, nazywam to pracą, ale to jest pasja. Dla mnie praca jest wtedy, kiedy robi się coś, czego się nie lubi, np. żeby utrzymać rodzinę. Kopalnia, murarka, kopanie rowów. My dzisiaj nic nie umiemy zrobić, tylko obsługujemy te ajpady i ajfony. A jeśli wysiądą nam komputery, to nie będziemy umieli upiec chleba czy kiełbasy zrobić. Pani wie, jak przygotować zaprawę murarską?

ESQ: Nie.

ZW: No właśnie, ja też nie. Jesteśmy bezradni. Na tych żniwach wiele lat temu dostałem tak w tyłek, że byłem wykończony po 15 minutach. I  dziękowałem Bogu, że jestem skrzypkiem. Ale muszę pracować, bo bez pracy mnie nie ma. Jestem pięć dni w trasie i mam dość, po czym wracam do domu i po dwóch dniach dopiero mam dość!

 

Post udostępniony przez TVN24 (@tvn24.pl)

ESQ: Dlaczego?

ZW: Tak już jest. Życie mnie nauczyło, że kiedy ktoś zrobi karierę, to ma przechlapane do końca życia, bo zawsze będzie niewolnikiem popularności. Jeśli jest niezbyt mądry, to mu się wydaje, że ta popularność jest czymś fantastycznym. Jeśli ktoś nie ma dystansu, to mu się wydaje, że naprawdę jest wielkim i wspaniałym artystą. I ma jeszcze bardziej przechlapane, bo będzie całe życie czekał na tę okładkę, sukces, a one raz są, raz ich nie ma. I człowiek nie może spać, rozpija się, daje w żyłę.

ESQ: Jak pan sobie z tym poradził?

ZW: Jestem po prostu wdzięczny losowi, czyli szefowi za to, że jestem człowiekiem znanym i lubianym, że mi się udało przez przypadek skomponować i zaśpiewać parę piosenek, bez większego trudu i mozołu. Poszedłem tam, gdzie było dla mnie łatwiej, zrezygnowałem z kariery wielkiego skrzypka, ale wyszło mi to na dobre. A teraz po prostu się pilnuję. Sam. Nie potrzebuję bata.

ESQ: Czego rodzina pana nauczyła?

ZW: Nauczyłem się na wnukach, że byłem kiepskim ojcem. Większość życia spędziłem poza domem. Ale nie dało się inaczej. Nie dało się grać tylko w Krakowie i z tego żyć. Trzeba jeździć. Ale lubimy się z dziećmi. To zawsze jakiś sukces. No i mam pięcioro wnuków!\

ESQ: Czego się pan w życiu nie nauczył?

ZW: Angielskiego, niemieckiego, Brahmsa. Bardzo mi przeszkadza, że nie znam języków, bo sporo jeżdżę po świecie. Nie miałem czasu się uczyć języków, bo grałem na skrzypcach. Druga moja pięta Achillesowa to włosy. Po co facetowi włosy?
 
Rozmawiała Anny Rączkowska. Tekst ukazał się w numerze 3/2017 

Komentarze

Polecane dla Ciebie

Polecane wideo