Reklama

„Za dużo pokory czasami przeszkadza” – Zagi specjalnie dla Esquire

Zaczynała od gry na ulicy, potem były knajpy, kilka muzycznych projektów i wreszcie debiutancki album. Nieźle, jak na samouka z Włodawy.

„Za dużo pokory czasami przeszkadza” – Zagi specjalnie dla Esquire Zagi, fot. materiały prasowe
Tagi: muzyka, wywiad
Reklama

Poznajcie Zagi, autorkę jednej z najciekawszych polskich płyt tego roku w klimacie alternatywnego popu. Jeszcze będzie o niej głośno

 

Esquire: Wydając swój długogrających debiut - po kilku latach grania, od ulic, przez knajpy, po festiwale, ukazaniu się twoich epek i płyt kilku zespołów, w których się udzielałaś - pomyślałaś: „Wreszcie!”?

 

Zagi: Fakt, trochę mi już ten materiał zalegał (śmiech). Bardzo chciałam wypuścić swoje numery i zamknąć pewien etap. Niektóre z nich mają po kilka lat, ale dobrze, że piosenki z „Kilka lat, parę miesięcy i 24 dni” nie ukazały się wcześniej, że musiałam wystać swoje w kolejce. Na albumie dostały nowe życie. Nagrałam je z moim nowym zespołem i w nowych aranżacjach. W efekcie, niektóre z nich, na przykład „Nastrój”, niemal nie przypominają pierwotnych wersji. Nowe życie zyskują też podczas koncertów.

 

Po tylu latach grania w przeróżnych miejscach nie masz już chyba tremy przed występami na żywo?

 

Wręcz przeciwnie, wciąż ją mam. Ale w pozytywnym sensie - bardzo lubię koncerty. Jak zaczyna boleć mnie brzuch, to wiem, że prawdopodobnie dobrze mi pójdzie (śmiech). Zdziwiłabym się i przestraszyła, gdybym nagle nie miała tremy przed występem.

 

Granie na ulicy to była największa lekcja pokory i szkoła muzycznego życia? W mediach społecznościowych podzieliłaś się niedawno dość dramatycznym wspomnieniem z ulicznego grania związanym z kradzieżą.

 

Na pewno takie granie uczy pokory. Jak jednak napisałam, historia z kradzieżą zarobionych pieniędzy dziś mnie bawi i nauczyła mnie kreatywności, na przykład w przygotowaniu obiadu za kilka złotych czy radzeniu sobie w sytuacjach z pozoru „bez wyjścia”.

   

   

Gdzie grywałaś?

 

W kilku miastach, bo często się przeprowadzałam, m.in. Poznaniu i Warszawie. Tu z grania żyłam całe wakacje. Codziennie rano pakowałam się i wychodziłam z gitarą na Chmielną albo na tzw. „patelnię”, niedaleko dworca centralnego. Najlepsze miejsce było pomiędzy kebabem a metrem. Nie było źle, nawet straż miejska mnie lubiła. 

 

Co grałaś? Zazwyczaj przechodząc obok ulicznych grajków, można usłyszeć polskie przeboje sprzed lat?

 

Ja grałam swoje numery. Tak samo było zresztą, jak chodziłam grać w różnych knajpach w rodzinnej Włodawie czy w stolicy. Wydawało mi się, że koncert powinien trwać trzy godziny, a ja nie powinnam się w tym czasie powtarzać.

 

Miałaś, aż tyle własnego materiału?

 

Komponowałam już w podstawówce, jeszcze nie wiedząc, jak to się robi. Jestem samoukiem, bez muzycznej szkoły, uczyłam się więc na własnych błędach i mogę powiedzieć, że skończyłam uliczną szkołę życia. Swoje pierwsze muzyczne próbki nagrywałam jeszcze na kasety. Zresztą to właśnie na nich miałam nagrane swoje ulubione męskie zespoły - Pearl Jam czy The Offspring. Najgorsze było to, o czym przekonałam się dopiero po wielu latach, że zasłuchiwałam się w kasecie Queen, nie wiedząc, że tak naprawdę mam nagrane piosenki cover bandu (śmiech).

 

Dużo masz jeszcze niewykorzystanych, niewydanych piosenek sprzed lat?

 

Mam pudełko ze starymi tekstami. Pewnie bym się zawstydziła, jak bym dziś przeczytała kilka z nich. Już jednak myślę o następnych, piszę cały czas. Mam nadzieję, że szybko znajdą się na mojej kolejnej płycie i że nie trzeba będzie czekać tyle, ile na „Kilka lat, parę miesięcy i 24 dni”.

 

Masz jakiś rytuał pisania, rozstawiasz świeczki, piszesz o zachodzie słońca albo wschodzie?

 

Nie. Najczęściej piszę wieczorem, ale nie ma reguły. Staram się nie zmuszać, ale czasami, kiedy piszę zarobkowo taka sytuacja ma miejsce. Ciężko się wtedy pisze, bo z jednej strony trzeba uważać, żeby nie pisać o przysłowiowej „dupie Maryny”, a z drugiej żeby jednak nie sprzedać wszystkich osobistych historii. Muszę sobie zostawić coś na swoje płyty (śmiech).

 

Są jakieś tematy, których nie poruszysz w swoich tekstach?

 

Nie ma. Różne rzeczy mi się w życiu przytrafiły, także historie niełatwe, ale wszystkie akceptuję i się ich nie wstydzę. Choć zdarza się, że ciężko mi jakiś numer nagrać, tak mocne wyzwala we mnie emocje. Tak było z kompozycją „Liść”. W studio ryczałam cały czas, więc zarejestrowałam wokal w domu, kiedy byłam sama. Pomyślałam sobie: czego ryczysz głupia, inni nie wiedzą, co stoi za Twoją historią, każdy może ją zinterpretować inaczej. I zapewne tak jest. Zdarzało mi się podczas koncertu widzieć wzruszenie u osób w pierwszym rzędzie. Mam nadzieję, że z powodu poruszających tekstów, a nie rozstrojonej gitary (śmiech).

 

 

W kawałku „Bym” pada stwierdzenie „Nie powinnam chyba starać się za bardzo”. Można to odnieść do tego, jak pracujesz w studio? Jesteś perfekcjonistką czy działasz emocjonalnie i spontanicznie?

 

Nie jestem osobą, która nagrywa do bólu, do perfekcji. Mam raczej małą spinę, żeby nagrywać szybko. Wiem jednak, że w studio trzeba wypracować kompromis, złoty środek. Na „Kilka lat, parę miesięcy i 24 dni” zdarzyło się jednak tak, że kilka ścieżek użyliśmy z demówek, bo nie dało się powtórzyć w studio emocji. Wygrała surowa wersja.

 

Trudno się z Tobą pracuję?

 

Nie spotkałam się z taką opinią (śmiech). Chętnie słucham innych, ale jednocześnie chciałabym, żeby szanowali moje zdanie. Tak też było podczas pracy nad płytą z moim obecnym zespołem. Ważne było, że producent Tomek „Serek” Krawczyk czy muzycy nie chcieli mnie zmienić. A z takimi próbami spotkałam się już wcześniej.

 

Na okładce swojej płyty ziewasz czy śpiewasz?

 

Jak mi Magda Ruta robiła to zdjęcie, to faktycznie akurat ziewałam. Byliśmy po paru godzinach zdjęć i nie mogłam się powstrzymać. Fotografia przyciągnęła naszą uwagę, więc postanowiliśmy zostawić taką nieoczywistą, dziwną wersję. Mój tata ,jak ją pierwszy raz zobaczył, powiedział, że wyglądam na niej jak zdeformowana. Trochę nie mógł przestać patrzeć, a trochę się śmiał. Okładka wywołała w nim emocje - a o to właśnie w sztuce chodzi.

  

 

Dzielisz się z rodzicami swoimi muzycznymi pomysłami, pytasz o radę?

 

Nie, nie puszczam nikomu, kto nie zrozumie etapu szkiców. Dziele się dopiero, jak wersja jest dopracowana, zarejestrowana w studio. Wolę chwalić się czymś, co jest już skończone.

 

Grając przez tyle lat, co dziś zauważasz za największy problem, z którym muszą się zmierzyć młodzi artyści?

 

Na swoim przykładzie widzę, że czasami za dużo pokory przeszkadza. Trzeba znać swoją wartość. Z drugiej strony, jest bardzo cienka granica między cenieniem siebie, a byciem zarozumiałym.

 

Kiedy poczułaś ostatecznie, że chcesz pójść tą drogą, być muzykiem? Był jakiś taki przełomowy koncert?

 

Myślę, że mógł to być koncert na festiwalu teatralnym GAPA w 2010 roku na deskach baraku Teatru Współczesnego. Nie miałam wtedy zespołu, popadłam w mały muzyczny marazm. Koleżanka zaproponowała mi, żebym umiliła przybyłym gościom czas w oczekiwaniu na werdykt. Na sali panował  mrok, niespecjalnie widziałam, czy jest kilka, kilkadziesiąt czy kilkaset osób. Podczas tego akustycznego występu, po raz pierwszy solo, poczułam się na tyle swobodnie, że zrozumiałam, że mogę robić to, co kocham i ludzie będą mnie słuchali. Bez względu na to czy stoi za mną wielki band, czy nie.

 

Rozmawiał Wojciech Przylipiak 

 

Zagi będzie można posłuchać na żywo w Poznaniu (4.08) i Władysławowie (12.08). 

Reklama

Polecane wideo

Polecamy również

Reklama

Inne artykuły

Reklama