Reklama

Siła retro - rozmowa z Janem Młynarskim

Jan Młynarski, syn Wojciecha, opowiada o gospodarowaniu twórczością ojca i o tym, jak nowym projektem nawiązał do historii swojej rodziny

Siła retro - rozmowa z Janem Młynarskim Albert Zawada/ Agencja Gazeta
Reklama

Rozmawia Karol Owczarek

 

Twój najnowszy projekt, Jazz Band Młynarski-Masecki, uświadamia nam, jak silnie jazz był obecny w Polsce już przed wojną.

 

Odwołujemy się do tradycji niezliczonych przedwojennych jazzbandów, a także orkiestr dancingowo-rewiowych. Inspirowała nas działalność Henryka Golda, którego orkiestra była uważana za najlepszy jazzowy zespół w Polsce. Ważnym punktem odniesienia był też jazzband Henryka Warsa, moim zdaniem geniusza kompozytorskiego. To byli bardzo znani i cenieni ludzie w tamtym czasie, jako bandleaderzy, kompozytorzy. Zafascynowani jazzem docierającym do nas z USA, próbowali to kopiować używając swego talentu, wykształcenia klasycznego i tradycji, w której wyrośli. To wszystko dało niezwykle ciekawy zlepek, który my teraz znów stawiamy na nogi. Wojna, a potem okupacja sowiecka, zniszczyły prawie wszystko. Mnóstwo artystów zginęło lub wyjechało i nigdy nie wróciło. W Polsce po wojnie została garstka, na której barkach spoczęła budowa zupełnie nowego świata. Wars osiadł w Los Angeles i do śmierci pisał muzykę filmową jako Henry Vars, Gold zaś został aranżerem na Broadwayu. Adam Aston, największy przedwojenny polski śpiewak rozrywkowy, został dyrektorem fabryki w RPA.

 

W Warszawskim Combo Tanecznym eksplorujesz dawne piosenki podwórkowe, teraz z Marcinem Maseckim sięgasz po polski jazz i swing sprzed stu lat. A co twoim zdaniem ocaleje ze współczesności? Jak przyszłe pokolenia mogą nas zapamiętać?

 

Żyjemy w czasach mieszania wszystkiego ze wszystkim – niskiego z wysokim, dawnego z nowoczesnym. Widać to w modzie, sztuce, architekturze, wszędzie. Dziś normalną rzeczą są radykalne połączenia różnych estetyk, co mnie bardzo fascynuje i inspiruje. Ale co z tego zostanie, trudno powiedzieć. Wszystko dzieje się i przeobraża dużo szybciej, niż kiedykolwiek wcześniej. W  sztuce niespodziewanie pojawiają się nowe gatunki, trendy ale równie szybko znikają ustępując miejsca kolejnym. Trudno przewidzieć co stanie się klasyką i pokona czas. Na przykład w muzyce elektronicznej na przestrzeni ostatnich dwóch dekad trendy zmieniały się niebywale szybko. Był drum'n'bass, jungle, tu-step, break beat, dub step, teraz jest trap... Ale czy trap będzie równie nieśmiertelny co beaty z pierwszej płyty Dr’a Dre? Obecnie okazuje się, że era płyt CD przemija, a płyta winylowa jest ponadczasowa i jest najlepszym nośnikiem dla muzyki. Obliguje nas do godnego obcowania z muzyką, zachwyca kształtem, okładką. Wiadomo też, że brzmi najlepiej. Muzykę w formie cyfrowej można porównać do gumy do żucia, nie zajmuje nas w pełni, nie zauważamy opakowania, szybko wypluwamy i sięgamy po następną.

A ty, wracając do muzyki sprzed lat, co chcesz nam przekazać?

 

Głównie radość i entuzjazm, dać ludziom dobrą rozrywkę. Wiem, że wykonywanie starego, klasycznego repertuaru ma sens, bo to nasze korzenie. Nie chodzi tu tylko o Warszawę, ale o kulturę, to z czego wyrastamy. Dziś bardzo brakuje piosenek o złożonej konstrukcji i z pięknym tekstem. Kiedy słyszę obecny polski pop w radio i słucham tekstów bez poprawnej składni, gramatyki i sensu to nie mam wątpliwości, że zajmowanie się starym, klasycznym repertuarem to jedna z niewielu skutecznych dróg ucieczki do równoległej rzeczywistości.

 

Czy chciałbyś/planujesz napisać piosenki o współczesnej Warszawie? Jaka jest ta Warszawa dziś?

 

Miasto się niebywale rozwinęło przez ostatnie 25 lat. Powstaje nowy model warszawiaka. Coraz więcej ludzi nieurodzonych w Warszawie zaczyna czuć się związanym z tym miastem, brać za nie odpowiedzialność i to jest piękne. Myślę, że w dużej mierze rolę podwórkowej, lokalnej piosenki przejął rap. Przed laty, w czasach mody na kapele podwórkowe muzycy wykonywali pod balkonami utwory znane z radia i w ten sposób zarabiali pieniądze. Dziś nie bardzo da się wykonywać radiowe hity chcąc zachować klasyczne prawidła sztuki. Może dlatego, że kiedyś piosenki się pisało, a teraz produkuje... Być może kiedyś napiszemy coś nowego, teraźniejszego, ale na razie skupiamy się na dziedzictwie, które jest ogromne.

 

Przez lata pracowałeś jako muzyk sesyjny z gwiazdami polskiej sceny, Kayah, Marylą Rodowicz czy Edytą Górniak. To na pewno niełatwe granie, zmuszające do schowania czy przygaszenia własnego ego.


Tak, ale to był ważny epizod mojego życia. Dobra praca, dochodowa, choć nie dla każdego. Wymaga kompromisów i zduszenia ego, ale dzięki niej zdobyłem mnóstwo doświadczeń i kontaktów, które procentują do dziś.

 

Twoje najciekawsze doświadczenia muzyczne zanim skupiłeś się na własnych projektach?


Z pewnością ważna była dla mnie edukacja w Drummers Collective w Nowym Jorku. Potem mocno przeżyłem udział w nagraniu pierwszego w Polsce MTV Unplugged, z udziałem Kayah w 2007 roku. To było wyjątkowe wydarzenie, bo przed laty z wypiekami oglądałem występy w tym cyklu takich zespołów jak Nirvana. Niesamowite było również granie z Jonem Lordem, klawiszowcem Deep Purple. Człowiek ze szczytu nagle stał się dla nas starszym kolegą. Siedzieliśmy przy piwie i słuchaliśmy jego opowieści o tym, jak wyglądał Londyn pod koniec lat 60., jak poznał Jimiego Hendrixa, jak powstawały hity Purpli. Ważnych doświadczeń jest cała masa. Myślę, że najważniejsze i najcenniejsze w tym, co robię jest ciągłe obcowanie z niesamowitymi artystami, ludźmi wyjątkowymi, od których ciągle się uczę.

 

Mało jest gatunków muzycznych, których nie próbowałeś. Z czego wynika to twoje poszukiwanie różnych rejonów dźwiękowych?

 

Taką mam naturę i do tego jestem przyzwyczajony. Nie jest to jednak sytuacja łatwa. Zdarzało się, że kilka dni z rzędu, codziennie, grałem zupełnie inną muzykę. To duże wyzwanie techniczne i fizyczne. Robiłem też różne rzeczy ze względów ekonomicznych. Teraz razem z moim menadżerem Mariuszem Nowickim staramy się planować koncerty z większym wyprzedzeniem. Planuję tydzień, w których jestem śpiewakiem podwórkowym, a potem kolejny, który spędzam na graniu na perkusji.

 

Sięgasz też po twórczość Wojciecha Młynarskiego i ją przetwarzasz. Jesteś kustoszem dzieł ojca?


Absolutnie nie chciałbym nosić miana kustosza, bo kustoszem powinno być państwo. Nie mówię tego jako syn, ale jako obywatel. To jest twórczość tak samo ważna, jak każdego innego wielkiego poety. W skali XX wieku było u nas takich ludzi tylko kilku. Jako wykonawca, interpretator gospodaruję małym wycinkiem tej twórczości, wykorzystuję kilkanaście jego piosenek i razem z przyjaciółmi robimy to po swojemu. Po śmierci ojca pojawiło się mnóstwo spraw, które spadły na mnie i moje siostry jako spadkobierców – powołanie fundacji im. Wojciecha Młynarskiego, zagospodarowanie jego twórczości, ułatwienie dostępu do niej, pielęgnowanie pamięci. Pracy i wyzwań związanych z ś.p. moim ojcem Wojciechem Młynarskim jest co niemiara.


W waszej rodzinie było i jest wielu twórczych ludzi.


Z jednej strony to pewnie geny, a z drugiej kwestia środowiska, w którym się dorasta. Moja rodzina nie jest stricte muzyczna, nie było tu rzemieślniczego podejścia, że każdy musi być muzykiem. Mój dziadek Marian Młynarski nie był zawodowcem, ale potrafił zagrać na każdym instrumencie, pięknie śpiewał, tańczył, recytował poezję. Ojciec – wiadomo, klasyk. Brat mojego pradziadka, Emil Młynarski, żyjący na przełomie XIX i XX wieku, to była absolutnie najwybitniejsza postać z naszej rodziny. Zrobił karierę światową, był założycielem Filharmonii Warszawskiej, rektorem Akademii Muzycznej, kompozytorem, światowej sławy pedagogiem, a także wybitnym skrzypkiem. Na Akademii w Warszawie uczył m.in. Henryka Warsa, który pisał początkowo dzieła klasyczne i symfonie, ale za radą Emila zaczął pisać piosenki. Wars dzięki temu stał się jednym z najważniejszych twórców polskiej piosenki. A teraz ja, niespełna sto lat później, wykonuję piosenki Warsa. To fascynujący splot zdarzeń.

 

Reklama

Polecane wideo

Polecamy również

Reklama

Inne artykuły

Reklama