Third Man Records: Jak wygląda praca w wytwórni Jacka White'a?
Starstock

Third Man Records: Jak wygląda praca w wytwórni Jacka White'a?

Frontman The White Stripes i jedna z najważniejszych postaci w muzyce w ostatnich 20 latach, Jack White, zrealizował swój kolejny szalony pomysł: w rodzinnym Detroit zbudował fabrykę, w której pasjonaci produkują wyjątkowe płyty.
21.01.2019

Piątek

 

Przed odnowionym budynkiem przy West Canfield Street w najstarszej części Detroit stoi rząd rozkładanych krzeseł. Zajmują je ludzie w różnym wieku. Sznur oczekujących ciągnie się przez kilkadziesiąt metrów. Niektórzy z nich mają na sobie koszulki albo kurtki z charakterystycznym logo: sylwetki trzech postaci umieszczonych w środku globusa. Ogromne logo jest też zamontowane na dachu budynku. Zawisło na maszcie i jest otoczone błyskawicami. To znak jednej z najbardziej prestiżowych wytwórni na globalnym rynku, Third Man Records. Założyciel zespołów The White Stripes, The Raconteurs i The Dead Weather – Jack White – powołał ją do życia w 2001 roku. Wtedy jeszcze nie miała siedziby. W katalogu płyt ma wiekowe ikony, gwiazdy, jak i całą masę młodych, alternatywnych wykonawców: Toma Jonesa, Becka, Conana O’Briena, Neila Younga, The Kills, Jay-Z, Ennio Morricone i oczywiście płyty wszystkich projektów Jacka White’a, jednej z najważniejszych postaci współczesnego rocka. Jego wytwórnia Third Man Records w swojej siedzibie w Detroit otwiera dziś fabrykę płyt. Ściślej mówiąc – tłocznię winyli Third Man Pressing. W planach na wieczór są koncerty, zwiedzanie i możliwość zakupu limitowanych albumów na kolorowych krążkach, m.in. zespołów, które zaczynały karierę w tym mieście, czyli The Stooges i The MC5.

Przeczytaj więcej: "Please Kill Me. Punkowa historia punka" 

 

Post udostępniony przez T H I R D M A N R E C O R D S (@thirdmanrecords)


Tłum miłośników winyli i twórczości Jacka White’a czeka na jutrzejsze otwarcie tego wyjątkowego miejsca. Dziś impreza dla branży, a konkretnie dla zaproszonych gości pracujących w różnych wytwórniach, tłoczniach w całych Stanach, przyjaciół, dziennikarzy.

Jack White czeka na gości w środku swojej winylowej mekki. W oczy rzuca się namalowana na ścianie ogromna mapa świata w żółto-czarnych barwach. To kolory wytwórni. Wszyscy, którzy tu pracują, mają ubrania w takich kolorach. Każdy strój, w którym White pojawi się w ten weekend, też będzie dopasowany do kolorystyki firmy. Żółto-czarne są maszyny i wiele elementów wyposażenia fabryki. White od zawsze był mistrzem stylizacji. Do tej pory do ulubionej czerni dodawał biel albo czerwień. 

Na ściennej mapie w miejscu nazw kontynentów i oceanów wiszą tabliczki z nietypowymi określeniami. Tam, gdzie są Stany Zjednoczone, widnieje napis „Beton”. Północna Afryka to „Piasek”, Pacyfik to „Woda”, a Ocean Południowy „Chłodna Woda”. White wyjaśnia:  „Nie chcieliśmy używać nazw związanych z kulturą i polityką, ponieważ w ostatnich czasach zmieniają się zbyt często. Z naszymi określeniami raczej tak nie będzie. Piasek utrzyma się w Afryce zapewne dłużej niż wszystkie państwa, które widnieją dzisiaj na mapie”. I dodaje: „Gdybyśmy mieli jednym słowem opisać Detroit kilka dekad temu, pewnie byłoby to słowo »samochody«. A teraz? Cholera wie”. Po kilku godzinach rozmów, muzyki na żywo i drinkach, Jack podchodzi do mapy i w miejscu rodzinnego Detroit wbija małą flagę. Na niej napis: „Winyl”.

W swoim nowym „dziecku” muzyk wprowadza w życie pewną filozofię. Siedząc na kanapie pod wspomnianą mapą, ubrany w żółtą kurtkę, czarne spodnie i buty, z grzywką opadającą na czoło, mówi: „Na pewno wiele osób myśli, że jestem staroświecki, że żyję w przeszłości i nostalgiczny ze mnie gość. A to nie do końca prawda. Ja po prostu biorę to, co sprawdziło się w przeszłości, co działało i próbuję sobie odpowiedzieć na pytanie: jak ożenić to z tym, co dzieje się dzisiaj. I co można z tym zrobić jutro”.

Winyle od kilku lat przeżywają prawdziwy renesans. Ponownie znalazły się na półkach w sklepach muzycznych, można je dostać nawet w spożywczych sieciach. Do łask powróciły antykwariaty z płytami gramofonowymi, wielu artystów (także polskich) wydaje dziś swoje nowe albumy na winylach. Pojawiają się wznowienia. Co za tym idzie, wzrosła sprzedaż samych gramofonów. W tłoczniach płyt na realizację zamówienia wytwórnie czekają kilka miesięcy. Dzięki wzrostowi zainteresowania analogowym nośnikiem wiele tłoczni powróciło do życia, odkopało stare maszyny do wyrobu płyt, oczyściło je z kurzu i odpaliło na nowo.

Third Man Pressing poszło inną drogą. White znalazł firmę, która wyprodukowała mu zupełnie nowe prasy. Po raz pierwszy od trzydziestu lat zdarzyło się, że ktoś zamówił nowy sprzęt do produkcji winyli. Jack White do swojej fabryki zamówił osiem specjalnych pras. Tyle wystarczy, by podczas ośmiogodzinnej zmiany wyprodukować pięć tysięcy płyt. Na winylowych krążkach będą tu tłoczyć nie tylko piosenki zespołów, z którymi Third Man Records ma podpisane kontrakty. Tłocznia jest również otwarta dla zamówień z zewnątrz. White zaznacza, że chce produkować płyty dla wydawnictw niezależnych, niszowych.

Podczas spotkania z przyjaciółmi z innych winylowych wytwórni ze Stanów i gośćmi specjalnymi Jack chętnie opowiada o „pierwotnej” technologii produkowania płyt. Podkreśla, że szelak, przez lata wykorzystywany przy produkcji krążków, był już używany przez ludzi w starożytności. „Kiedy byłeś muzykiem działającym w latach 90. albo na samym początku XXI wieku, czyli w czasach, kiedy cyfrowy zapis na dobre przejął kontrolę nad muzyką, to bez względu na to, czy grałeś jazz, bluesa czy rock’n’rolla, miałeś wrażenie, że twój świat powoli ginie, odchodzi” – mówi. White chce go uratować od zapomnienia, ale jednocześnie stawia na jakość – najwyższej klasy maszyny i specjalistów. Może stare analogowe technologie są wolniejsze i droższe, ale jeżeli zadamy sobie pytanie o jakość, to już odpowiedź twierdząca nie zawsze będzie po stronie nowych technologii. Jeśli miałby się znaleźć ktoś, kto ma środki, cieszy się szacunkiem środowiska i ma masę fanów, a przede wszystkim – komu zależy, to jest to właśnie White. 

Wchodząc do odnowionego kompleksu, w którym mieści się Third Man Pressing, niektórzy z zachwytem stwierdzają, że jednak jest jeszcze nadzieja dla Detroit. Coś się rodzi w mieście, które zaledwie cztery lata temu ogłosiło bankructwo.

Najpierw przechodzimy przez sklep pełen wydawnictw Third Man Records, plakatów i innych gadżetów związanych z wytwórnią. Po chwili lądujemy w tłumie zgromadzonym w salce koncertowej obok. Na scenie gra właśnie Craig Brown Band, zespół ze stajni Third Man Records. Obok, w głównej fabrycznej sali, ubrani w żółto-czarne stroje pracownicy uwijają się przy różnych maszynach. Pojawia się Jack, tym razem w czarnym garniturze i żół-

tym krawacie. Wznosi toast za wszystkich pracowników i rzemieślników: „Dziękujemy stolarzom, hydraulikom, każdemu, kto wbił tu choćby najmniejszy gwóźdź”. Bijemy brawo. Obok mnie mężczyzna ubrany w garnitur rodem z lat 50., jakiś podstarzały rockers, ale też młodzi hipsterzy – wszyscy są fanami analogowego zapisu muzycznego i takich nośników. W tym czasie pracownicy stojący przy prasach wyrabiają płyty, które – jeszcze ciepłe – trafią do sklepu za ścianą. A z niego prosto w ręce fanów.

Impreza się rozkręca, pojawiają się kolejne drinki. Za oknem szaleje burza. Około północy roznosi się plotka, że w kogoś uderzył piorun. Szybko zjawiają się lekarze. White krzyczy: „Chyba kogoś poraził piorun!”. A zaraz potem przedstawia gościa stojącego obok: „Hej, to mój brat Eddie, poznajcie go”. Trudno się w tym wszystkim połapać. Nie wiemy, czy naprawdę ktoś został porażony piorunem, czy może to mała prowokacja ze strony organizatorów. 

 

Sobota

 

Dzisiaj dzień dla fanów i kolekcjonerów winyli oraz wszystkich, którzy chcą po prostu zobaczyć cud narodzin 7- i 12-calowych krążków. Kolejka chętnych okrąża cały gmach, dochodzi do sąsiedniej pizzerii i budynku, w którym przed laty można było kupić jeepy firmy Willys-Overland. Dziś w tym miejscu pracownicy Third Man Pressing organizują ludzi w grupy. Szykują ich do zwiedzania.

Przy różnych maszynach – prasowarkach, tłoczarkach – uwijają się pracownicy zakładu. Niektóre elementy wyglądają jak scenografia filmów kosmicznych kręconych w latach 50. Na każdego pracownika przypada jedna wytłaczarka i dwie prasy. Winylowe kulki są wyciągane z beczki specjalną łopatką z miarką. Lądują na wytłaczarce. Maszyna je rozgniata i formuje płytę. Pracownik umieszcza odpowiednie etykiety na stronie A i B płyty. Krążek trafia do pieca o temperaturze 149 stopni Celcjusza. Potem materiał przechodzi przez skrajnie różne temperatury, zanim osiągnie odpowiednią elastyczność. Brandon Chrzanowski, firmowy ekspert od plastiku, formowanie idealnej substancji na płytę nazywa „wojną z gorącem i czasem”.

Artylerię do tej „wojny” stworzyła dla Third Man Pressing mała niemiecka firma Newbilt, weterani przemysłu muzycznego. Kiedyś produkowali płyty, ale – tak jak cały biznes – poddali się, gdy rynek zdominowały CD i MP3. Swoją analogową technologię opierają na klasycznych maszynach nazywanych Finebilt produkowanych w Los Angeles w latach 50. i 60. Mają zaawansowaną hydraulikę i kontrolery, ale pod jednym względem są staroświeckie – steruje się nimi ręcznie. To człowiek wkłada w maszynę każdą porcję masy do wyrobu płyty i wyciąga gotowy krążek. Podobne prasy do winyli produkuje kilka firm, ale są one w pełni zautomatyzowane. Third Man Pressing chciało mieć manualne, bo zależy im na żywych ludziach, na tworzeniu stanowisk pracy.


Jednym z wymogów wobec nowych pracowników jest kreatywność. Third Man Records słyną z niekonwencjonalnych pomysłów. W ciągu ostatniej dekady wyprodukowali m.in. winyl z płynem w środku, wypuścili też płytę w kosmos. W zeszłym roku przy udziale naukowców wysłali w stratosferę urządzenie Icarus Craft, w którym znajdował się gramofon z płytą. Tym samym wytwórnia odpowiada za pierwszy winylowy dźwięk w kosmosie. Kiedy Jack White w 2014 roku wypuścił na czarnym krążku swój solowy album „Lazaretto”, umieścił na nim chyba wszystkie możliwe triki: utwory, które trzeba było odtwarzać w trzech różnych prędkościach, piosenki ukryte, hologram widoczny tylko podczas odtwarzania, a także piosenkę, która w zależności od ułożenia igły rozpoczynała się w wersji akustycznej bądź elektronicznej.

W fabryce White’a obok sali z prasami i innymi maszynami mieści się mały pokoik. W nim stół rejestrujący dźwięk i coś, co przypomina tokarkę. Urządzenie umożliwia rejestrację koncertu odbywającego się w sąsiednim pomieszczeniu od razu na płytę-matkę. Tym razem zaszczytu dostąpił zespół The Mummies, którego członkowie, zgodnie z nazwą, występują na scenie przebrani za mumie.

Każdy, kto trafi do Third Man Pressing, może zobaczyć, jak nieograniczoną paletą kolorów przy produkcji winyli dysponuje zakład.  Kolorowe masy wystawione w pojemnikach wyglądają jak duże cukierki. Można je mieszać w dowolnych konfiguracjach. Specjaliści z firmy potrafią na gotowej płycie wywołać efekt przypominający kleksa albo barwy zachodu słońca.

 

Niedziela

 

Jest dziewiąta rano. Eddie Gillis, jeden z sześciu braci White’a, wkłada do wytłaczarki gorący kawałek winylu w pięknym purpurowym kolorze. Wyjdzie z tego limitowana edycja płyty Destroy All Monsters/Xanadu. Eddie słusznie zauważa: „Gdyby zeszłej nocy wybuchła tu bomba i zginęli wszyscy, którzy przyjechali z innych podobnych fabryk, to chyba nasz biznes by upadł”.

O dziesiątej w zakładzie pojawiają się kolejni pracownicy w firmowych ubraniach. Ktoś puszcza płytę zespołu Detroit Gospel Reissue Project. Zaraz będą ją produkować. Dwóch pracowników siada w miejscu kontroli płyt winylowych. Każdą kładą na specjalnym wałku i sprawdzają, czy nie ma skaz, zarysowań.

Kiedy Third Man Records kupiło to miejsce w 2015 roku, w budynku mieścił się pordzewiały garaż z przeciekającym dachem. Przerobili go całkowicie. Doprowadzili gaz, elektryczność, pomalowali. Zamontowali ekologiczny obieg wody. Żółto-czarne maszyny stoją na świecącej jak słońce podłodze.

Żółć przełamana jest zielonymi akcentami: drzwiami, lampami. Całość przypomina oświetloną świątynię. Jack White ubrany w firmową czarną kurtkę robi zdjęcia. Towarzyszy mu kolejny brat, Stephen, i 86-letnia mama. Ma na imię Teresa. Jest córką krakowskiej emigrantki, z domu nazywa się Bandyk, podobno na piątkowej imprezie bawiła się do trzeciej nad ranem.

Praca nabiera tempa, prasy chodzą rytmicznie. Ktoś zmienia muzykę. Teraz leci: „Cabbage Alley” zespołu The Meters. Eddie przechodzi do jednego z działów kontroli. Podnosi krążek do góry, przygląda mu się pod kątem. Ogląda z każdej strony, jakby sprawdzał, czy ten brylant idealnie odbija światło.

Znowu zmiana muzyki. Słychać kolejną klasykę. Kawałek „Wild Horses Rock Steady” jazzmana Johnny’ego Hammonda z początku lat 70.

White podziwia produkcję. Dogląda, podpatruje, jak z jednego pomieszczenia płyta wędruje do kolejnego. Chodzi po zakładzie, rozmawia z pracownikami przy prasie, w dziale jakości. Wiele osób robi sobie z nim zdjęcia. Mama prosi go, by choć raz uśmiechnął się do fotografii.

Część procesu produkcji winyli w Third Man Pressing ma specjalną widownię. To mieszkańcy Detroit albo turyści, którzy przyjechali zobaczyć to magiczne miejsce. White bardzo chciał, żeby każdy mógł na własne oczy przekonać się, że płyty nie są wytwarzane przez maszyny. Mają być tworzone przez ludzi dla ludzi, jak muzyka, która się na nich znajduje. Ogromne okno w jednej ze ścian pozwala oglądać ten proces. Ktoś nazwał to miejsce akwarium. Po odsłonięciu kotary grupa ludzi zagląda do środka. Z otwartymi ustami patrzą, jak z masy przypominającej plastelinę powstają krążki z muzyką. Wśród nich są tacy, którzy pamiętają pierwszy koncert w karierze The White Stripes. 20 lat temu zespół White'a zagrał w znajdującym się niedaleko stąd barze Gold Dollar.

 

Piątek

 

Zanim piątkowa impreza rozkręciła się na dobre, White wziął do ręki żółty notes i wyjaśnił nam, na czym polega różnica między światem analogowym a cyfrowym. Na jednej z kartek długopisem narysował prostą linię – to rzeczywistość analogowa. Pod nią zaznaczył równoległą przerywaną linię. „A to jest rzeczywistość cyfrowa, pełna dziur i przerw” – powiedział. Za częstotliwość zapisu dźwięku na płycie CD, która ma spełnić „wymogi” ludzkiego ucha, przyjęto poziom 44 100 Hz (44 100 próbek na sekundę). To oznacza aż 44 099 mikroskopijnych luk. Z kolei na płytach analogowych dźwięk z płyty-matki jest kopiowany jeden do jednego. Winyl, tak jak prawdziwe życie, nie znosi przerw i pustych miejsc.

Na początku niektórzy pracownicy Third Man Pressing nie czuli się zbyt pewnie wiedząc, że mogą być obserwowani przez okno.

Bali się, że będą jak zwierzęta w zoo. Ale kiedy zobaczyli, jak ludzie z zachwytem obserwują ich pracę, jak czekają na jej efekt i kupują płyty, które przed chwilą zostały wyprodukowane, zaakceptowali ten pomysł. Szybko uświadomili sobie, że dzięki nim w tym wyjątkowym miejscu powstają piękne dzieła sztuki.

Polecane wideo

Komentarze

Polecane dla Ciebie