Powstanie „Terminator 6”. A komu to potrzebne?
fot. X17online.com/FORUM

Powstanie „Terminator 6”. A komu to potrzebne?

Arnold Schwarzenegger ujawnił, że w czerwcu 2018 roku ruszą zdjęcia do szóstej części „Terminatora”. I jakkolwiek rozumiemy, że aktor chętnie po raz kolejny wcieli się w rolę T-800, tak sam pomysł nakręcenia nowej odsłony przypomina wyciąganie z grobu niezbyt świeżego trupa i reanimowanie go za pomocą elektrowstrząsów. To wyraz braku szacunku zarówno dla samego zainteresowanego, jak i wszystkich, którzy będą to oglądać.
07.03.2018

Schwarzenegger podzielił się tą niezbyt radosną nowiną w rozmowie z serwisem „The Arnold Fans”. Prace nad kolejną odsłoną przygód T-800 ruszą w czerwcu 2018 roku i potrwają do października. I jest to obsuwa rzędu 3 miesięcy w stosunku do pierwotnego planu rozpoczęcia produkcji filmu, która miała ruszyć w marcu 2018. Wiemy także, że oprócz Schwarzeneggera w obsadzie znajdzie się Linda Hamilton, czyli Sara Connor z pierwszych dwóch części. Reżyserią zajmie się odpowiedzialny między innymi za „Deadpoola” Tim Miller, a nad całością ma czuwać sam James Cameron. Te nazwiska dają odrobinę nadziei na to, że oglądanie efektu finalnego nie będzie traumatycznym przeżyciem, ale i tak nie spodziewamy się niczego dobrego. Bo czy chociaż raz w historii miała miejsce sytuacja, gdy szósta część jakiegoś cyklu filmowego była chociaż w połowie tak dobra, jak trzecia? Tym bardziej, że ostatnie odsłony filmów o terminatorach wołają o pomstę do nieba i żal patrzeć, jak ta niezwykle zasłużona marka rozmienia się na drobne.

Narodziny i pełnia życia – „Terminator” i „Terminator 2: Dzień sądu”

Pierwszą część „Terminatora” z 1984 roku trudno nazwać inaczej niż imponującą. To film, który w zasadzie zdefiniował pojęcie thrillera science-fiction i pozwolił Jamesowi Cameronowi zdobyć zasłużony rozgłos. Schwarzenegger sprawdził się w tytułowej roli znakomicie, chociaż złośliwi mogą powiedzieć, że w tym przypadku braki aktorskie działały na jego korzyść. Tak czy inaczej, pierwszego „Terminatora” ogląda się znakomicie po niemal trzydziestu pięciu latach od premiery – to nie tylko jeden z najlepszych filmów lat osiemdziesiątych, ale i całego dwudziestego wieku.

Siedem lat później na ekrany kin trafił „Terminator 2: Dzień sądu”, którym Cameron udowodnił, że jest mistrzem tworzenia sequeli. Powtórzył zabieg, który wcześniej doskonale udał się przy okazji kontynuacji „Obcego” – zmienił nieco koncepcję filmu. O ile pierwszy „Terminator” był filmem dość oszczędnym w formie, tak w „Dniu sądu” dzieje się naprawdę wiele – Cameron nie szczędzi widzowi znakomitych scen akcji, nie zapominając przy tym o opowiadaniu ciekawej i angażującej emocjonalnie historii. „Terminator 2” to bez wątpienia najlepszy sequel w historii kina i jedno z największych – jeśli nie największe – osiągnięcie w bogatej karierze Camerona.

Czas odejść – „Terminator 3: Bunt maszyn”

Gdyby drugi „Terminator” trafił na ekrany kin w czasach współczesnych, to trzecia część byłaby gotowa zaledwie po kilku miesiącach. Lata dziewięćdziesiąte rządziły się jednak swoimi prawami i na „trójkę” widzowie czekali aż dwanaście lat. Nie obyło się jednak bez pewnych roszad – Camerona na krześle reżyserskim zastąpił Jonathan Mostow (którego największym osiągnięciem był dość przeciętny „Incydent” z Kurtem Russellem), a w obsadzie zabrakło zarówno Lindy Hamilton, jak i Edwarda Furlonga. Równocześnie pojawiły się głosy, że 56-letni wówczas Arnold jest już nieco za stary, aby grać Terminatora. Odbiór filmu był taki, jak w zasadzie można było się spodziewać – widzowie ruszyli do kin zdecydowanie mniej tłumnie, niż zakładali twórcy, a samemu „Buntowi maszyn” zdecydowanie brakowało tego trudno definiowalnego pierwiastka geniuszu, tak charakterystycznego dla pierwszych dwóch części. Był to wyraźny sygnał, że czas dać „Terminatorowi” spokój. Niestety, stało się inaczej.

Trup wstaje z grobu – „Terminator: Ocalenie”

O ile liczba 2 lub 3 po tytule filmu nie jest niczym rzadkim, o tyle w przypadku czwartej części cyklu jego twórcy zaczynają kombinować, tak jakby wstydzili się otwarcie przyznać, że próbują po raz kolejny zarobić na lubianej marce. Nie inaczej stało się w przypadku czwartego Terminatora, który zamiast „Terminatorem 4” został „Terminatorem: Ocalenie” – i tak dobrze, że nie użyto słowa „Przebudzenie” albo ”Reaktywacja”. „Ocalenie” to próba reanimacji serii, w której nie wziął udział praktycznie nikt, kto maczał palce w poprzednich odsłonach – nie ma tu ani Jamesa Camerona, ani Lindy Hamilton, ani nawet Arnolda. Za reżyserię odpowiada niejaki McG, którego trudno nazwać inaczej niż przeciętnym rzemieślnikiem. Akcja tym razem rozgrywa się w przyszłości, w której dorosły John Connor (Christian Bale) walczy ze Skynetem. I chociaż aktor robi co może, a reżyser co jakiś czas puszcza oko do widza, obrazując jedną ze scen „You Could Be Mine” Guns n Roses, to filmu nie można nazwać udanym, i to z dwóch powodów. Po pierwsze, próbuje być „Teminatorem” bez „Terminatora” – i o ile brak kanonicznych dla serii bohaterów można by wytłumaczyć chęcią stworzenia swoistego spin offu, o tyle drugi grzech filmu jest z kategorii tych ciężkich. „Ocalenie” to bowiem film nudny, całkowicie wyprany z emocji – jeden z tych, których fabuła ulatuje z głowy już dwa dni po obejrzeniu. Na najgorsze przyszło nam jednak poczekać jeszcze kilka lat…

Konwulsje po elektrowstrząsach – „Terminator: Genisys”

„Ocalenie” było filmem nieudanym, ale trzeba mu oddać jedno – jego twórcy podjęli próbę odświeżenia serii, obierając zupełnie nowy kierunek. Nie można tego powiedzieć o „Genisys”, który na wszystkich możliwych poziomach udowadnia, że jest niczym innym, jak doskonałym przykładem filmowego recyklingu. To śmietnik, do którego losowo wrzucono kilka charakterystycznych dla serii elementów i one-linerów, dorzucając do tego niedorzeczną wręcz ilość scenariuszowych niedorzeczności. Całemu przedsięwzięciu nie pomagają aktorzy – Arnold Schwarzenegger popada tutaj w autoparodię, a Emilia Clarke udowadnia, że brak jej zarówno talentu, jak i umiejętności aktorskich. Dziewczyna powinna dziękować wszystkim możliwym bóstwom, że udało jej się zaczepić w „Grze o tron”. Film nie broni się ani jako interesujące widowisko, ani tym bardziej jako „Terminator” – to niezbity dowód na to, że Hollywood całkowicie pożarło własny ogon. I to więcej niż raz.

„Terminator 6” – co nas czeka?

Z jednej strony powrót Lindy Hamilton oraz Jamesa Camerona (niestety nie w roli reżysera) pozwala mieć nadzieję na to, że ta niezwykle zasłużona seria w końcu odbije się od dna. Z drugiej jednak strony mieliśmy już do czynienia z tyloma sprzecznościami w samej narracji i kombinacjami fabularnymi w stylu alternatywnych linii czasowych, że w zasadzie każdy pomysł, na który zdecydują się scenarzyści będzie brzmiał niedorzecznie. Trudno jednak sobie wyobrazić, że czeka nas coś gorszego niż „Genisys”. Może więc Terminatora czeka majestatyczne zmartwychwstanie? Oby tak było – tylko błagamy, nie umieszczajcie tego słowa w tytule!

Komentarze

Polecane dla Ciebie

Polecane wideo