Anihilacja Hollywood. Czy Netflix zabije kina i multipleksy?
Materiały prasowe

Anihilacja Hollywood. Czy Netflix zabije kina i multipleksy?

Nowy film z Natalie Portman prowokuje do zapytania – czy za kilka lat tradycyjne kina będą nam jeszcze do czegoś potrzebne?
13.03.2018

12 marca do oferty Netfliksa trafił horror science fiction “Anihilacja”, nowy film Alexa Garlanda, odpowiadającego wcześniej m.in za „Ex Machinę” oraz scenariusz do wyreżyserowanego przez Danny’ego Boyle’a postapokaliptycznego horroru „28 dni później” z 2002 roku. Swoją premierę kinową wyprodukowany przez Paramount Pictures film miał zaledwie niespełna trzy tygodnie wcześniej – 23 lutego.

Tak szybkie pojawienie się filmu w ofercie VoD to m.in. wynik konfliktu między dwoma producentami filmu – Davidem Ellisonem z Paramount oraz współwłaścicielem praw do ekranizacji powieści Jeffa VanderMeera - Scottem Rudinem. Ellison już po pokazach testowych zarzucał filmowi przeintelektualizowanie, Rudin bronił wstępnej wersji. Ostatecznie konflikt narósł do tego stopnia, że nowe kierownictwo Paramount postanowiło zażegnać go umową z Netfliksem, który zobowiązał się pokryć koszty produkcji, sięgające 55 milionów dolarów.

Garland był rozczarowany zmianami w dystrybucji, jednak w rozmowie z Collider.com mimochodem zwrócił uwagę, że niewątpliwą korzyścią serwisów VoD dla reżyserów jest brak rytuału „weekendu otwierającego”, który może sprawić, że film zniknie z ekranów w ciągu dwóch tygodni od premiery. I choć sedno wypowiedzi było inne, to zdaje się, że ta przypadkowa krytyka systemu, na którym bazują dystrybutorzy, producenci, twórcy i media, wiele mówi o zmianach, które wprowadza pojedynek między dużymi studiami filmowymi a serwisami streamingowymi.

Dla wielu produkcji o średnim budżecie wspomniany przez Garlanda tydzień otwierający to prawdziwy pocałunek śmierci. Nawet nagrodzona Oscarem „Fantastyczna kobieta” w chwili wejścia na polskie ekrany mogła liczyć na ograniczoną liczbę seansów – w kinach rządzą najwięksi. Tymczasem Netflix, dzięki dodatkowemu miliardowi na przemyślany marketing, potrafi tchnąć nowe życie nawet w tak kiepskie filmy, jak „Paradoks Cloverfield”, który trafił do sieci tuż po zakończeniu Super Bowl. Ale o przygotowaniu się na przejście „prosto na Netfliksa” (analogicznie do niesławnych „direct-to-video” czy „direct-to-DVD”, czyli tanich produkcji omijających dystrybucję kinową czy telewizyjną) powinni zacząć myśleć nie tylko średni gracze.

Netflix w 2018 roku wyda na nowe produkcje ponad 8 miliardów dolarów, co ma zaowocować osiemdziesięcioma nowymi filmami. To więcej oryginalnych produkcji, niż w 2017 roku przygotowały największe studia filmowe świata - Disney, Warner Bros. i Universal Picture. I to razem wzięte. Ta prawdziwa ofensywa „contentowa” obejmuje m.in. wieloletnie kontrakty z dużymi studiami i sławnymi reżyserami. Rekordowo niskie wyniki box office latem ubiegłego roku w USA pokazują, że magia kina nie ma takiej samej mocy przyciągania, jak kiedyś. Nic dziwnego, że nawet najwięksi wolą wybrać zwrot kosztów od rozrzutnego streamingowego giganta zamiast ryzyka finansowej klapy.

Na dodatek na filmy trafiające bezpośrednio do VoD pozytywniej zaczęły reagować też kapituły prestiżowych nagród. W końcu nagrodzony Oscarem „Ikar” nie mógł pochwalić się imponującą dystrybucją kinową. Z drugiej strony zapytaj sam siebie o tytuły 5 filmów dokumentalnych, które zobaczyłeś w kinie w ciągu mijającej dekady. Tradycyjne kino wciąż może odzyskać wigor, trochę jak festiwale muzyczne, które odżyły w chwili, gdy wydawało się, że płacenie za muzykę nie ma już racji bytu. Ale nie oszukujmy się – filmów „direct-to-Netflix”, czyli takich, z których ciężko zrobić „event”, ale które wydają się sensowną i niezobowiązująca rozrywką na niedzielne popołudnie, będzie coraz więcej, a skutki dla branży filmowej mogą być rewolucyjne.

Polecane wideo

Komentarze

Polecane dla Ciebie