Moja nowa twarz – wywiad z Mateuszem Kościukiewiczem
AKPA

Moja nowa twarz – wywiad z Mateuszem Kościukiewiczem

„Dojrzałem, doceniłem zwyczajność, zmieniłem się – moje role również powinny ulec zmianie” – mówi aktor w rozmowie z Piotrem Guszkowskim.
24.12.2018

Spotykamy się zaraz po sesji zdjęciowej do tego wydania „Big Black Booka”. Odkąd Mateusz Kościukiewicz wrócił z festiwalu w Berlinie, telefony się urywają. Przestał już nawet odbierać. Wszyscy chcą rozmawiać o „Twarzy”, filmie uhonorowanym Srebrnymi Lwami. To kolejny film, który nakręcił z żoną Małgorzatą Szumowską. Efektem była jego przełomowa rola, jak sam przyznaje, a przecież ma tych ról na koncie sporo.

Do kina wdarł się przebojem. Wydawał się idealnym materiałem na buntownika, kimś w rodzaju polskiego Jamesa Deana. Kogoś takiego polskie kino potrzebowało. Zaczęto w nim widzieć odbicie bohaterów, których grał – szczególnie frontmana punkowej kapeli z filmu „Wszystko, co kocham” Jacka Borcucha, od którego tak naprawdę wszystko się zaczęło. Potem była „Matka Teresa od kotów” inspirowana opowieścią o matkobójczej zbrodni (warta laurów na festiwalu w Karlowych Warach i Nagrody im. Zbyszka Cybulskiego) czy „Bez wstydu” o zakazanej miłości do Agnieszki Grochowskiej. Mateusz zyskał opinię nieobliczalnego. Nie uznawał kompromisów. W wywiadach, jeśli już ich udzielał, zwykle mówił, co myślał. Często dosadnie.

Dziś jest zupełnie gdzie indziej. zdążył ochłonąć. Poukładał sobie życie razem z Małgorzatą Szumowską, został ojcem. A na zmianę wizerunku pracuje kolejnymi rolami. Efekt już zresztą widać.

 

Post udostępniony przez Mateusz Kościukiewicz Fans (@mateuszkosciukiewicz.fans)

Tylko w zeszłym roku oglądaliśmy go w trzech produkcjach. „Amok” przyniósł postać inspirowaną Krystianem Balą, pisarzem skazanym za morderstwo, które opisał w książce. W „Gwiazdach” podążał wyboistą drogą Jana Banasia – nieco zapomnianego piłkarza, bez którego nie byłoby sukcesów Orłów Kazimierza Górskiego. Był wreszcie „Najlepszy”, gdzie bohater Kościukiewicza należał do duchów przeszłości nawiedzających Jerzego Górskiego, narkomana próbującego wygrać z nałogiem poprzez sport. Po drodze jeszcze docenione za granicą „W imię…”, „Bilet na księżyc” i „Panie Dulskie”, ale też scenariusz przebojowego „Disco polo” napisany wspólnie z Maciejem Bochniakiem.

Jednak dopiero film „Twarz” zmienił podejście Mateusza do zawodu. Całkowicie. Jak ta rola zostanie odebrana w Polsce? Na pewno namiesza. Ale przecież o to w kinie chodzi.

-Nie przepadasz za wywiadami i za pokazywaniem sie w mediach. Łatwo było cię namówić na sesję?

-Nie czuję, że to mój świat. Ja jestem od grania. Ale oczywiście traktuję swoją pracę serio. Decyzja o udziale w filmie to przecież nie tylko zobowiązanie artystyczne. Rolą aktora jest również angażowanie się w promocję.

- Widziałeś siebie już w niejednym wydaniu, każda rola to inny wygląd, fryzura, strój.

- Taka praca.

- A co pomyślałeś, kiedy zobaczyłeś w lustrze efekt charakteryzacji do filmu „Twarz”?

-Z Waldemarem Pokromskim, fantastycznym specem od charakteryzacji o międzynarodowej renomie, zrobiliśmy pierwsze przymiarki, założył mi moją nową twarz – zniekształconą, okropną, właściwie nie tyle twarz, co ryj. Uwierz mi, efekt był piorunujący. Nie musiałem nic robić, a i tak najbliżsi, którzy mi wtedy towarzyszyli, momentalnie zaczęli mnie traktować zupełnie inaczej. zrozumiałem wtedy, jaką dostałem szansę. Zresztą, już gdy zaczynaliśmy pracę nad filmem, wiedziałem, że będzie to dla mnie przełomowa rola.

-Dlaczego?

- Twarz to wizytówka człowieka, po której jesteśmy oceniani, zanim ktoś zdąży spojrzeć głębiej. Na planie praktycznie nie zdejmowałem maski, z czasem nie czułem nawet, że ją na sobie mam, było mi obojętne, jak wyglądam. To wyjątkowe doświadczenie – aktorskie, ale też najzwyczajniej ludzkie. Towarzyszył mu rodzaj olśnienia, który będzie rzutował na moją dalszą pracę w zawodzie. Mam wrażenie, że osiągnąłem głębszy poziom wtajemniczenia i samoświadomości. Poza tym mogłem wrócić do fascynacji Grotowskim czy teatrem antycznym z początku mojej edukacji, refleksji nad istotą tego zawodu. Niesamowite, że będąc schowanym za maską, aktor zdziera z siebie maskę wstydu. Jest ukryty, pozbawiony bagażu ról, z którymi jest identyfikowany, cech, które są mu przypisywane.

Scenariusz powstawał od początku z myślą o tobie?

Śmialiśmy się z Małgosią, że nie miała wyjścia, właściwie nie mogła wziąć do tej roli innego aktora niż mnie. Bo kto inny zgodziłby się na tego rodzaju eksploatację? Charakteryzacja trwała po trzy–cztery godziny, zwykle zaczynaliśmy więc pracę około piątej rano. Czasem wcześniej. Musiałem się wprowadzić niemalże w stan medytacji, żeby wytrzymać tyle czasu w bezruchu. To pomagało potem w osiągnięciu skrajnej koncentracji na planie. Po kilkunastu godzinach pracy trzeba było zdjąć maskę, wrócić do pokoju, żeby chwilę odpocząć, i wszystko zaczynało się od nowa.

Wasz małżeński układ sprawdza się na planie?

Oboje jesteśmy profesjonalistami ze sporym doświadczeniem w zawodzie – choć Małgosia wciąż większym niż ja. Znamy się bardzo dobrze, co pozwala oszczędzić czas potrzebny zwykle na wzajemne wyczuwanie się, sprawdzanie, układanie. A czas jest na planie bardzo cenny. Wszystko między nami jest jasne od samego początku: nie musimy sobie nic nawzajem udowadniać, nie prowadzimy ze sobą żadnych gierek, jak to bywa pomiędzy reżyserem a aktorem.


W domu też rozmawiacie o filmach, o tym, co dzieje się na planie?


Kino to nasze życie, robienie filmów to nasza pasja, więc nie wyobrażam sobie, żeby było inaczej. Bez tego jak bez tlenu, najnormalniej w świecie byśmy się udusili. Sam żyjesz ze swojej pasji, więc pewnie to rozumiesz. Zresztą nie jesteśmy w tym sami. W gronie przyjaciół przedyskutowujemy wspólne projekty, tworzymy coś na kształt artystycznej rodziny, która cieszy się na myśl o każdej kolejnej współpracy. Ale jasne, lubimy tylko we dwoje usiąść wieczorem na kanapie i coś obejrzeć. Także lekką, francuską komedię. Uwielbiam je.

Próbuję sobie przypomnieć, czy widziałem cię kiedykolwiek w stricte komediowym wydaniu. Chyba nie?

W komedii jeszcze nie grałem. W czasach PRL-u królowały satyry, dziś jeśli ktoś robi komedię, to raczej romantyczną. Wiesz, dobrą komedię naprawdę trudno napisać. Niezmiennie bawi mnie Louis de Funes, ale też to, co Francuzi kręcą współcześnie. Jak autoironiczny „Facet do wymiany”, w którym Guillaume Canet ze swoją żoną Marion Cotillard grają i obśmiewają samych siebie.

Zagrałbyś w czymś takim?

Jasne, a dlaczego nie? Bo mamy w Polsce narodowy problem z poczuciem humoru i dystansem do siebie? Coś w tym jest. Jesteśmy narodem skrępowanym przez tradycję, straumatyzowanym przez historię, zakompleksionym, coraz bardziej zamkniętym. Wszystko, co z nami związane, traktujemy śmiertelnie serio, równie łatwo się obrażamy. Mało tego, na wszelką krytykę reagujemy agresją. Problem polega na tym, że pojawiło się na tę agresję społeczne przyzwolenie, co spycha nas w przepaść kulturowego barbarzyństwa. Inna sprawa, że może tu u nas w Polsce po prostu nie jest śmiesznie? Choć Michel Houellebecq po wizycie w Polsce powiedział, że to ojczyzna satyry. Jego zdaniem osiągamy szczyty absurdu właściwie w każdej dziedzinie. Jest się czym chwalić.

Myślisz, że potrzeba spojrzenia z zewnątrz?

Potrzeba raczej odwagi, szczególnie teraz. Odwagi i ciętego, inteligentnego komentarza, żeby wypunktować nasze własne słabości. Mam nadzieję, ten warunek spełnia „Twarz”. Mam nadzieję, że zrobiliśmy społeczną przypowieść, która wzburzy ludzi i rozpocznie dyskusje na drażliwe tematy. Tematy, o których się nie rozmawia. Albo nie rozmawia się tak, jak rozmawiać się powinno.

Rodzina, Kościół, prowincja…?

Sam pochodzę z małego miasteczka, znam tę mentalność. Dlaczego nie mamy pokazywać na ekranie prawdy? A co do rodziny, to nie powiesz mi, że z każdym członkiem swojej rodziny masz świetny kontakt, że za każdym wskoczyłbyś w ogień. Na pewno nie. Weźmy łamanie się opłatkiem, to jedna z tych krępujących sytuacji rodzinnych. Wypadałoby niby powiedzieć coś osobistego, a życzymy komuś zdrowia, bo przecież zdrowie jest najważniejsze, albo życzymy mu tego, co chcielibyśmy dla siebie.

Nazwałeś „Twarz” przełomem. Były wcześniej takie role albo spotkania?

Chyba za młody jestem na takie podsumowania.

Nie patrzę w twoją metrykę, raczej na filmografię.

Właściwie jedynym takim momentem do tej pory był chyba program „Shooting Stars”. Twoje portfolio trafia do bazy aktorów, do agentów, jest szansa, że ktoś się odezwie. Szansą na złapanie projektów za granicą jest na pewno udział w filmach, które jeżdżą na festiwale. Bo to tam spotyka się filmowa społeczność, tam można poznać ludzi. Ale nie można zapominać o roli przypadku ani o zwykłym szczęściu.

Podobno Quentin Tarantino szuka polskiego aktora do roli.

Nic mi na ten temat nie wiadomo, nikt się do mnie w tej sprawie nie odzywał. Wymieniono już przy tej okazji tuzin nazwisk. Media muszą czymś żyć. Aktorstwo to zawód sezonowy: raz jesteś popularny, za chwilę popularny jest ktoś inny. Miałem tego świadomość, zostając aktorem. Jednak od początku czułem, że aktorstwo nie będzie tylko zabawą na kilka sezonów. Chodziło o poważniejszy związek. Jak to w życiu, taki związek to zawsze batalia. Wykreowanie wizerunku staje się programem rozciągniętym na wiele lat.

Ale słyszałem, że nie chcesz, żeby córka poszła w twoje ślady?

Daj spokój, ona ma dopiero pięć lat.

Ty kończysz w tym roku trzydzieści dwa, od dekady pracujesz w zawodzie.

I zrozumiałem, że praca aktora polega na ciągłym czekaniu: albo czeka się na planie – na przygotowanie sceny, charakteryzacji, gotowość ekipy, albo czeka się na propozycje. W ten sposób uczysz się cierpliwości. Nawet jeśli nie rzucasz się na każdą propozycję i grasz raz na dwa lata, to przez tych czterdzieści lat parę rzeczy masz szansę zrobić, prawda? Kwestia wyboru.

Dość szybko musiałeś zacząć te wybory podejmować.

Należę do pokolenia aktorów, które dostało ogromną szansę: trafiliśmy na czas, kiedy szukano nowych twarzy, zaczęliśmy pracować na wysokich obrotach bardzo wcześnie, bardzo młodo. Dziś oczekiwałbym już jednak od reżyserów, żeby dostrzegali we mnie dojrzałość i męskość, a zapomnieli o naiwności, dzikości moich pierwszych rol. Nastolatka już przecież nie zagram, niezależnie jak bardzo bym chciał. Dojrzałem, doceniłem zwyczajność, zmieniłem się – moje role również powinny. Tamten etap mam już za sobą.

Krążą o nim legendy.

Z plotkami jest tak, że każdy przekazując dalej, coś zniekształca, ubarwia, przekręca… Ile to wymyślonych rzeczy dowiedziałem się na swój temat!

Jaki wpływ na to, że się zmieniłeś, miało ojcostwo?

Kiedy jesteś młody, rodzice powtarzają: „Jak będziesz miał dzieci, to zrozumiesz”. Myślisz sobie wtedy, że tylko tak się mówi, bo co tu właściwie może być do zrozumienia. A potem przychodzi ten moment: zostajesz rodzicem i okazuje się, że jednak mieli rację. Pewnych doświadczeń i sytuacji nie jesteś w stanie zrozumieć, dopóki ich nie przeżyjesz. Proste.

Myślałeś, jakim ojcem chciałbyś lub nie chciałbyś być?

Wydaje mi się, że tak się nie da. Jestem nawet pewien, że się nie da. Nie można sobie założyć planu ojcostwa, który będzie się realizować punkt po punkcie. Trzeba ufać intuicji, kierować się jakimś wewnętrznym drogowskazem, zasadami. Nie wolno się bać, jakkolwiek banalnie to teraz zabrzmi, ale taka jest prawda. Nie wolno się bać błędów. Popełniajmy te błędy, o ile potrafimy wyciągnąć z nich wnioski. Strach to największy zabójca. Wie o tym każdy rodzic, ale też artysta.

Raz jeszcze gratuluję sukcesu na festiwalu w Berlinie. Domyślam się, że ulubionym zwierzęciem u was w domu jest teraz niedźwiedź?

Chyba wciąż jednak nasz pies.

Rozmowa ukazała się w pierwszym tegorocznym Big Black Booka (wiosna/lato 2018)

Polecane wideo

Komentarze

Polecane dla Ciebie