To, co wiem. Tomasz Stańko
AKPA

To, co wiem. Tomasz Stańko

"Bliskość to dla mnie coś dziwnego" - mówi "Esquire'owi" wybitny polski jazzman.
20.04.2018

Jazzman narodził się we mnie, kiedy miałem 16 lat. To był koncert Dave’a Brubecka w Rotundzie w Krakowie. Ale nie tylko to. Pierwszy papieros, pierwsze chuligańskie zachowania – to też jest jazz. Bo jazz jest momentem zerwania ze starym życiem i pójścia w swoją stronę.

Zerwałem ze skrzypcami, potem z pianinem. Bo nie odkryłem w sobie talentu. Poza tym, na te instrumenty mam za małe ręce.

Trąbka pojawiła się w moim życiu na obozie skautowskim. Wziąłem pewnego dnia do ręki sygnałówkę. Wytypowali mnie, a ja skwapliwie nauczyłem się na tym grać. Tych parę nut wystarczyło.

Dla trębacza oddech jest czasami wejściem w stan oświecenia. Jak w praktyce jogistycznej. Zresztą „prana” znaczy oddech. Pranę ćwiczą też nurkowie. To stara technika oddychania poprzez przeponę i pewien typ wstrzymania oddechu. Po tym człowiek dostaje haju.

Trąbka na pewno nie jest kobietą. Od zawsze próbowano budować takie tanie metafory. Nie jestem aż tak pretensjonalny, żeby uważać, że trąbka jest moją kobietą. Lubię swoją trąbkę. Ale to tylko instrument, który przenosi moje fantazje dźwiękowe na zewnątrz.

Rzeszów mojego dzieciństwa pachniał podmokłą łąką, stawami, kijankami. To lata 40. Koledzy i zabawy dosyć okrutne...

Los bywa zaskakujący. Jak wtedy, gdy w czasie wojny był napad na pociąg i esesmani przeczesywali domy, które stały w pobliżu węzła kolejowego. Szukali partyzantów. Wszedł esesman do naszego domu, zobaczył fortepian, pograł troszeczkę. Mama twierdziła przez lata, że to była klasyka. Pogłaskał mnie, 3-latka, po głowie i powiedział, że zaraz wróci. Poszedł i już nie wrócił.

Pierwszy akt odwagi to sprawdzenie się w bandzie. Miałem jakieś 6-7 lat. Mój kolega, Zbyszek Ścibor, syn krawca, zrobił ze mnie swego zastępcę. Byłem słaby fizycznie, nigdy się nie biłem, nie używałem siły. Nie musiałem, ponieważ byłem jego prawą ręką. Ale byłem na wszystkich ich niebezpiecznych wypadach.

Tchórzostwo? Nie pamiętam. Gorszych rzeczy nigdy nie pamiętam.

Tęsknię za tęsknotą. To jest związane z twórczością. Kiedyś w Portugalii stanąłem w miejscu, z którego wypływali wszyscy słynni odkrywcy. Wyobraziłem sobie, co czuli, stojąc przed tą wielką przestrzenią oceanu. Ogarnęła mnie nadzieja i tęsknota za czymś, czego się nie zna, a czego jednak się bardzo pragnie. Ja to fizycznie wciąż czuję. To nie tylko stan ducha, lecz także ciała. I ten stan chciałbym czuć do końca życia.

Moją obroną jest uznanie konieczności zniszczenia. Akceptuję to, że życie jest piękne i straszne zarazem. Szanuję konieczność. Nie walczę z nią. Wiem, że tak ma być.

Najcenniejszą rzeczą jest nic innego, jak tylko to, że żyję.

Nie lubię określenia „dobre życie”. Życie polega na tym, że musi mieć w sobie i nieszczęścia, i szczęścia. Ludzie, którzy potrafią sobie świetnie dać radę z życiem, powiedzą, że te dwa elementy są niezbywalne. Nie szkodzi, że jedno męczy, a drugie nie.

Lata 70. to moja płyta „Balladyna”. Miała duży wpływ na środowisko muzyczne, również na młodych muzyków z Ameryki. To długi okres pracy z Vesalą w Finlandii. Wygodnie mi tam było. Co prawda wcześnie robi się ciemno, ale mi to nie przeszkadzało. Poza tym była sauna.

Pierwsza narzeczona to była dziewczyna, którą w drugiej klasie szkoły podstawowej usiłowałem pocałować w rękę. A później obóz w Sarajewie, na którym poznałem piękną Chorwatkę.

Męskość to coś, co nie jest mi bliskie. Nigdy w życiu się nie biłem, nie lubię wszelkich męskich konkurencji. Walczę tylko ze sobą. I dosyć poważnie to traktuję.

Kobiecy odpowiednik Stańki nie istnieje. Gdyby istniał, tobym z nią grał (śmiech).

Gdybym był Bogiem, to natychmiast odwołałbym moje bycie Bogiem. Byłaby to zbyt wielka odpowiedzialność.

Sacrum to stan świadomości, nic więcej. I, wbrew pozorom, to dość pospolite uczucie. Każdy człowiek ma w sobie sacrum.

Pieniądze to dla mnie zrealizowanie mojej wolności. Ma się je wtedy, kiedy przyjdą.

Moje hobby to dywany. To są piękne rzeczy. Wszystko jest ręcznie robione, każdy element jest trochę inny. Dywan jest koczowniczą formą podłogi, a ja jestem koczownikiem.

Zbieram nożyki i biżuterię. Często noszę sygnet z opalem i diamentem. Diament ma ładny szlif. Wszyscy muzycy lubili biżuterię. Muzycy są trochę jak ptaki. Zaobrączkowane ptaki.

Wybaczam powoli, ale w końcu zawsze.

Jadam potrawy makrobiotyczne. W Nowym Jorku stołuję się w „Ziarnie Mana” na Upper West Side. Lubię ich sałatkę z glonów i pierożki.

Nowy Jork pachnie wiosną w Central Parku.

Diabeł to ja (śmiech). Lubię diabła, bo on symbolizuje złą część naszej natury. Trzeba wiedzieć, kim się jest.

Dziwi mnie sam proces istnienia.

Bliskość to dla mnie coś dziwnego, nieistotnego. Jestem chyba egocentryczny. Mnie wystarczy towarzyskość.

Kochałem i kocham córkę. Najbardziej.

Miałem szczęście, że spotkałem Krzysztofa Komedę. Otarłem się o kolesia, który był wysoko w hierarchii tego świata, który był dla mnie ważny.

Nie wystarczy mieć szczęście. Trzeba wiedzieć, jak je wykorzystywać. Trzeba też wiedzieć, jakie korzyści wyciągnąć z niefartu.

Wysłuchała Anna Kaplińska-Struss. Tekst ukazał się w Esquire 02, maj/czerwiec 2015

Komentarze

Polecane dla Ciebie

Polecane wideo