Gra w inteligencję – wywiad z Maciejem Stuhrem
Fot: AKPA

Gra w inteligencję – wywiad z Maciejem Stuhrem

Do mało kogo pasuje nadużywane dziś powiedzenie „Co cię nie zabije, to cię wzmocni”. Maciej Stuhr wiele doświadczył. Prywatnie i Zawodowo. Niejeden by się wycofał. Ale nie on. Dzięki temu jest dziś pewnym siebie mężczyzną, docenionym aktorem, który nie boi się mówić tego, co myśli.
01.06.2018

Mijam go na targu śniadaniowym na warszawskim Żoliborzu, gdzie mamy spotkać się dwadzieścia minut później. Stuhr w czapce z daszkiem i okularach przeciwsłonecznych jest nie do poznania. Z talerzem pełnym egzotycznych specjałów lawiruje w tłumie, pod parasolami czeka na niego żona Katarzyna Błażejewska z dziesięciomiesięcznym synkiem Tadeuszem. Aktor dzwoni do mnie kilkanaście minut później.

W tym hałasie nie da się rozmawiać, znajdujemy więc niewielką restaurację ukrytą w ogrodzie. Ze Stuhrem nie tak łatwo zrobić wywiad, ale nie dlatego, że, jak twierdzi, jest małomówny. Co chwila ktoś podchodzi do naszego stolika. Przerywa rozmowę, wita się, pyta, jak tam „Belfer” (premiera jesienią w Canal+). Jakiś znajomy opowiada anegdotę albo komentuje bieżące wydarzenia.

Stuhr jest zadowolony z drugiego sezonu „Belfra”. Znowu zebrała się fajna ekipa, scenariusz był dobry. Pierwszy odcinek, który mogłem obejrzeć przed spotkaniem z aktorem, wciąga od początku. Świetny klimat, napięcie, znakomici aktorzy. Sukces raczej gwarantowany.

ESQUIRE: Co napisał pan ostatnio na Facebooku?

Maciej Stuhr: Wczoraj zanotowałem, że zakończyliśmy zdjęcia do „Belfra”. Wrzuciłem też zdjęcie naszego operatora i reżysera, którzy zagrali epizod więźniów skutych kajdankami. A dziś napiszę, że wybieram się pod Sejm.

ESQ: To, co dzieje się w polityce, często pana prowokuje do umieszczania postów?

MS: Tak. Nie mogę milczeć. Milczenie jest zawsze współudziałem w zbrodni.

ESQ: Podobno „aktorzy są od grania...”.

MS: Ja robię to, co czuję. Podobnie jak moi koledzy. O to, czy to dobrze, czy źle, trzeba  zapytać naszych widzów. Jedni będą uważali, że tak, że jest im to potrzebne, inni wprost przeciwnie.

ESQ: W pana środowisku reakcje są zbliżone.

MS: U nas w teatrze oprócz głównych wydarzeń, jakimi są spektakle Warlikowskiego, przedstawienia realizują młodzi reżyserzy. Niektórzy boją się obsadzać Cielecką czy Stuhra. Zapraszanie nas jest obarczone zbyt dużą ilością znaczeń, każde zdanie wypowiadane publicznie przez nas, aktorów, ma inną siłę niż opinia Kowalskiego.

ESQ: Może nie będą chcieli angażować was również do filmów, na które pieniądze przyznaje państwowa instytucja.

MS: W tym momencie warto wspomnieć o jednym – żadne państwowe pieniądze nie idą na realizację polskich filmów. Ustawa o kinematografii, która w chwili, gdy rozmawiamy, jeszcze obowiązuje, zakłada, że producenci i nadawcy audiowizualni odprowadzają część swoich przychodów na rzecz kinematografii. To nie są pieniądze podatników, tylko instytucji prywatnych. Polski Instytut Sztuki Filmowej zarządza tymi środkami.

ESQ: PISF jest powiązany z ministerstwem kultury i sztuki – instytucją polityczną. W połowie listopada kończy się kadencja obecnej rady, nową powołuje minister.

MS: Z tego, co słyszałem, do końca roku PISF ma zostać „zaorany” przez obecną władzę. Co będzie z finansowaniem kolejnych filmów, nie wiadomo. Jest bardzo prawdopodobne, że filmy z Maciejem Stuhrem będą miały dużo mniejsze szanse, o ile będzie w nich grał Maciej Stuhr. Niech mnie odsuną. Na razie pracuję jak wół i przez kilka lat to się nie zmieni. Kontrakty mam już podpisane. I większość tych produkcji nie jest związana z projektami Państwowego Instytutu Sztuki Filmowej.

ESQ: Pana trzydziestoletni koledzy milczą, bo boją się, że nie dostaną pracy.

MS: Jak młodzi się w tym odnajdą, jaką kulturę będą chcieli uprawiać, nie wiem. Dziś polityka po raz pierwszy od kilkudziesięciu lat chce zaplanować, jak ma wyglądać sztuka. Władza myśli, że to się jej uda, choć żadnej to nie wyszło. Nawet Stalinowi czy Hitlerowi.

ESQ: Jaki będzie dalszy scenariusz?

MS: Kiedyś dzieci w polskich szkołach będą analizowały mechanizmy, przez które doszło do takiej, a nie innej sytuacji. Będą się uczyły, że rządy PiS w latach 2015–2017 były czymś najstraszniejszym, co mogło się wydarzyć w Polsce na początku XXI wieku. Mam nadzieję, że nic gorszego już się nie stanie.

ESQ: Chce się panu jeszcze z tego wszystkiego żartować?

MS: Czasami tak. Wydaje mi się, że śmiech jest zawsze oczyszczający. W najgorszych sytuacjach człowiek ratuje się żartem. Jako niedoszły psycholog powiem, że śmiech jest reakcją stresową o kierunku pozytywnym.

ESQ: W pana przypadku to raczej broń. 

MS: Jeśli Stefan Niesiołowski ośmiesza władzę na trybunie sejmowej, to posłowie wiedzą, co mu odpowiedzieć. Jak pośmieje się z nich Stuhr, Kryszak czy inny kabaret, to nie bardzo mają narzędzie, żeby coś odpowiedzieć. A żart idzie w naród.

ESQ: Dowcip zawsze był pana orężem?

MS: Od podstawówki. Niedawno odwiedzili mnie koledzy ze szkoły i wspominali, jak parodiowałem nauczycieli.

ESQ: Rodzice musieli przez to podpisywać uwagi w dzienniczku?

MS: To nie było złe zachowanie. Nauczyciele na pewno tego tak nie postrzegali. Przynajmniej nie wszyscy.

ESQ: Polacy nie lubią, kiedy ktoś z nich żartuje. 

MS: Gdy ktoś śmieje się ze mnie, a były takie przypadki, śmieję się razem z nim. Dystansu do siebie nie mają ludzie słabi, tacy, którzy nie wierzą w swoją siłę. Jeżeli mocno wierzę w Pana Boga i w to, że Jezus Chrystus przyszedł na ziemię, by nas zbawić i zobaczę film „Żywot Briana”, to nie stracę swojej wiary, tylko będę się z tego śmiał. Jeżeli ktoś mówi, że ten film go boli, to tego Pana Boga ma w serduszku za mało.

ESQ: Jakim jest pan belfrem? I nie pytam o serial, a o doświadczenia z zajęć ze studentami w szkole teatralnej.

MS: Mam problem z ocenianiem samego siebie, ale mogę powiedzieć, że to fajna przygoda. Trzy lata temu Andrzej Strzelecki, ówczesny rektor warszawskiej akademii  teatralnej, zaproponował mi prowadzenie zajęć na uczelni. I tak do dziś opowiadam studentom o aktorstwie filmowym.

ESQ: Zgodził się pan od razu?

MS: Długo zastanawiałem się, czy będę umiał uczyć. Dobry sportowiec nie zawsze jest dobrym trenerem. Przekonała mnie decyzja o tym, jakiego przedmiotu miałbym nauczać. Za tak zwanych moich czasów nie było w szkołach teatralnych zajęć z pracy z kamerą. I dlatego postanowiłem uczyć młodych ludzi właśnie tego. Poza tym moja żona utwierdzała mnie w tym przekonaniu. „Kto, jak nie ty? Co, jak nie to?” – mówiła. Czasami dobrze jest mieć żonę.

ESQ: Na pierwszych zajęciach zaschło panu w gardle?

MS: Wbrew pozorom jestem osobą małomówną. Wolę słuchać, niż opowiadać. Na początku byłem w szoku. Wiedziałem, że mam trzy godziny na to, żeby przekazać jakąś wiedzę. Bałem się tego. Okazało się, że niepotrzebnie. Widok kilkunastu osób wpatrzonych we mnie i marzących o aktorstwie podziałał. Niebywały doping i... połechtanie mojej próżności.

ESQ: Czy młodzi ludzie chcą czegoś innego niż pan w ich wieku?

MS: Nie zwierzają mi się. Nie mamy aż takich relacji. Mój pierwszy rok opuszcza szkołę, trójka zagrała już w „Belfrze”.

ESQ: Z pana pomocą?

MS: Proszę mnie nie przeceniać. Nie ja decyduję. Będę obserwował swoich studentów. Mają dużo więcej możliwości niż ja, kiedy zaczynałem.

ESQ: Tylko talent ceni się coraz mniej.

MS: Przeciwnie! Studiowałem w czasach „Big Brothera”, programu, gdzie wystarczyło pokazać gołą pupę w wannie, żeby zaistnieć. Teraz mamy „talent show”. Czyli trzeba coś umieć, żeby wystąpić przed kamerą. Tu bym pochwalił rozwój show-biznesu. Dziś młodzi aktorzy biorą wszystko i nie ma się czemu dziwić. Szczęście chodzi różnymi drogami. Trzeba być szaleńcem, żeby zaraz po szkole powiedzieć: „Nie, dziękuję, poczekam na lepszą rolę w filmie”.

ESQ: Pana studenci są skrępowani obecnością wykładowcy na planie?

MS: Ja przy swoich profesorach, z którymi spotykałem się na planie, czułem się bezpiecznie. Wiedziałem, że jak coś źle zagram, belfer powie mi na ucho: „Zrób tu pauzę, bo to źle brzmi”. Ze swoimi studentami postępuję podobnie. Zawsze podpowiem: „To powiedz szybciej, tu zwolnij”.

ESQ: Ale rozśmiesza ich pan i to na kilka sekund przed ujęciem.

MS: Młoda aktorka Paulina Szostak była zszokowana, kiedy miała zagrać trudną scenę, a ja dziesięć sekund przed słowem „Akcja!”  kończyłem puentę dowcipu.

ESQ: Po co pan to robi?

MS: To lekko szatańska strona mojego belferstwa. Lubię testować studentów w ekstremalnych sytuacjach. Jak to przejdą, dadzą sobie radę wszędzie.

ESQ: Drugie dziecko urodziło się panu, gdy skończył pan 40 lat.

MS: Wszyscy ojcowie powinni być po czterdziestce. Wtedy mężczyźni zaczynają być facetami, a przestają być dzieciakami.

ESQ: Czym się różni ojcostwo dwudziestopięciolatka i czterdziestolatka?

MS: Prawie każdy dwudziestopięciolatek marzy o tym, żeby zrobić karierę. To jest dla niego najważniejsze. I nie powie: „Nie nakręcę »Poranku kojota«, tylko będę ze swoją czteromiesięczną córką”. Czterdziestodwulatek stwierdzi inaczej: „Nie nakręcę tej komedii, drogi przyjacielu reżyserze, bo zostaję z synem w domu. Weź kogoś innego, kogoś dobrego. A jak nie, to i gorszy też będzie okej”. Dziś jest we mnie więcej spokoju, cierpliwości. Nie spalam się tak jak dawniej. Kiedyś chciałem udowodnić sobie i innym, że zostanę najwspanialszym ojcem na świecie. Że będę prał, prasował i tak dalej. Nie mówię, że tego dziś nie robię, ale nie mam, jak wielu młodych rodziców, tak zwanego pierdolca, tylko podchodzę do wychowania syna normalnie. To jest lepsze dla rodziców, dziecka i otoczenia.

ESQ: Dziennikarze zawsze pytają pana o relacje z ojcem, to ja zapytam o pana relacje z synem.

MS: Lubię usiąść czy położyć się obok mojego synka i go wąchać. Czuję się wtedy jak pies. Nie możemy sobie jeszcze pogadać, więc w ten sposób staram się wyczuć nastrój, jego potrzeby, miłość.

ESQ: Czego chciałby pan syna nauczyć?

MS: Powinien być inteligentnym, dobrym, mądrym i pełnym poczucia humoru człowiekiem – to wiadomo. Tylko jak to zrobić, żeby swoimi wyobrażeniami nie skrzywdzić dziecka? Żeby nie stworzyć nadmiaru oczekiwań... I na tym kończą się moje mądrości. Nie mam jeszcze żadnej puenty czy wniosków na ten temat. Na razie tylko obserwuję. Świat poszedł w trochę niedobrą stronę. Za lepszą drogę uznaje się poświęcenie dziecku czasu. Byłem kilka tygodni temu na kinderbalu sześciolatków. Zorganizowano im zabawę. Pan mówi: „Teraz robimy wulkan”, „Zapraszam do ogrodu, będziemy szukać skarbów” i tak dalej. Ja ze swoimi kolegami biegliśmy na podwórko, paliliśmy matchboksy, robiąc miotacz ognia, a rodzice do późnego wieczora nie wiedzieli, co się z nami dzieje. Animowaliśmy się sami. Nie wszystko musi być zorganizowane, bo potem dziwimy się, że trzydziestolatek nie chce wyprowadzić się od mamusi.

ESQ: Czego dziś, poza sprawniejszym obsługiwaniem Facebooka czy Instagrama, możemy nauczyć się od dzieci?

MS: Pańskie pytanie wystawia mnie na ciężką próbę: czy powiedzieć prawdę, czy wykręcić się jakąś efektowną myślą.

ESQ: Niech będzie prawda.

MS: Niczego. Niech dzieci uczą się od nas. 

ESQ: Przechodził pan kryzys wieku średniego?

MS: Nie, bo w tym momencie w moim życiu zaszła rewolucja. Wszystko wywróciło mi się do góry nogami. I zawodowo, i osobiście. Nie miałem czasu na roztkliwianie się nad sobą, tylko musiałem zebrać się do kupy, uporządkować rzeczywistość. Nagle za sprawą jednego filmu stanąłem ze sztandarem...

ESQ: Chodzi o to, co działo się po premierze „Pokłosia”, kiedy to pan – a nie reżyser filmu, Władysław Pasikowski, który się wycofał, bo z zasady nie rozmawia z prasą – stał się twarzą tej produkcji.

MS: I dlatego kryzysu wieku średniego nie zauważyłem.

ESQ: Często puszczają panu nerwy?

MS: Rzadko.

ESQ: Kiedy procesował się pan z tabloidami, nie odniosłem takiego wrażenia.

MS: To był wyjątek. Na ogół jestem spokojny. Ale bardzo nie lubię niezrozumienia. Nawet gdy adwersarzem jest moja żona. Coś powiedziałem, a druga strona twierdzi, że stwierdziłem coś zupełnie odwrotnego.

ESQ: Żonie łatwiej się odpuszcza.

MS: Oczywiście. Dobrze, że PiS nie jest taki ładny i miły, bo też bym musiał im odpuścić.

ESQ: Na podglądanie pana życia przez media już się pan uodpornił?

MS: Wytoczyłem około dwudziestu paru spraw i dzięki temu zostały uzgodnione zasady, na jakich będę pracował z mediami. Powiedziałem, że nie zgadzam się na konkretne rzeczy. Jak jest potrzeba, a z tym wiąże się promocja „Belfra”, będę mówił tak długo, aż skończą się panu baterie w dyktafonie.

ESQ: Spokojnie, mam zapasowe.

MS: Mogę mówić o córce, synu, a nawet żonie. Nie zgadzam się jednak na to, żeby fotograf czyhał na mnie za drzewem. Na szczęście wyroki sądów ustawiły relacje z tabloidami.

ESQ: Musi mieć pan porządek w życiu czy dopuszcza pan chaos?

MS: Musi zadawać pan takie trudne pytania?

ESQ: Woli pan, żebym zapytał o podobieństwa z ojcem i wasze relacje?

MS: Wróćmy do trudnych pytań. Spontanicznie odpowiedziałbym: porządek. Ale za chwilę już wybrałbym chaos. Właściwie porządek. Nie, nie – chaos. Witkacy napisał: „Nadmiar świadomości odbiera odwagę czynu”. Cała plejada tuzów politycznych, inteligentów poległa, bo mówili: „No tak jest dobrze, ale zróbmy może inaczej”. Na swoje życie, nawet na to przeszłe, mogę spojrzeć z różnych stron. I jest to moja zaleta i przekleństwo jednocześnie. Do 2018 roku wiem, co będę robić każdego dnia. Mam wszystko zapisane w kalendarzu – kiedy jest sesja zdjęciowa dla „Esquire’a”, kiedy muszę załatwić fryzjera i tak dalej. Bez takich ram nie umiałbym funkcjonować. W domu mam porządek, bo nie lubię szukać rzeczy. Z drugiej strony moje życie jest chaosem. Codziennie jestem gdzie indziej, raz wstaję o 5.30, a raz o 12.30. Żaden dzień nie jest podobny do drugiego.

ESQ: Bez czego nie może pan się obejść?

MS: Ostatnio bez telefonu komórkowego. Mam w nim wszystko. Gazety, przyjaciół i głupią grę. Lubię też czasami podarować sobie odrobinę luksusu. Na przykład kupić drogie wino. Nie za pięć tysięcy, ale za dwieście złotych i smakować je sobie do obiadu. Albo pojechać do luksusowego hotelu, usiąść na tarasie i patrzeć na piękne widoki. Jest to trochę próżne, to nie mój styl życia, ale lubię takie wyjazdy. I jak to niezdecydowany inteligent odpowiem – śmiało mogę bez tego żyć. Ale nie chcę.

ESQ: Musi pan mieć dobry samochód w garażu i piwo w lodówce?

MS: Samochodu używam coraz mniej. Nie przepadam za piwem. Wolę wino.

ESQ: Czyli piwniczka w winem.

MS: Byle nie za dużo. Z winem też wiążą się pułapki. Nie mogę bez pierogów ruskich.

ESQ: Sam pan je lepi?

MS: Zrobiłem to kilka razy w życiu, ale wolę te podawane w restauracji.

ESQ: Porozmawiajmy o emocjach.

MS: Znowu mnie pan wkręca. Nie lubię odpowiadać na pytania, kiedy wiadomo, co należy powiedzieć, żeby nikomu się nie narazić. Bo teraz powinienem stwierdzić: „Nie można żyć bez miłości”. A jeśli to nieprawda? Nie wiem.

ESQ: Potrzebne są panu brawa?

MS: Trudno byłoby mi żyć bez akceptacji publiczności. Ta potrzeba wykracza poza granice wszelkiej przyzwoitości. Aktorzy czekają na brawa i na to, że ktoś powie – jesteście najlepsi. To pułapka tego zawodu. Nie da się w nią nie wpaść.

ESQ: Musi pan sobie jeszcze coś udowodnić?

MS: Chciałoby się odpowiedzieć, że nie. Stwierdziłem chwilę wcześniej, że czterdziestoletni mężczyzna jest pewny siebie...

ESQ: „...ale z drugiej strony” – znowu odzywa się w panu niezdecydowanie inteligenta.

MS: Mężczyzna musi udowodnić sobie, że jest samcem, albo ile to on nie wypije, albo że umie walczyć i czasami być najlepszy. W tym momencie pomyślałem o trenowaniu triatlonu. Pytany o to zawsze odpowiadam: „Tak dbam o siebie” albo „To mój sposób na spędzanie wolnego czasu”. Ale może jakiś freudysta uzna, że trenując triatlon, chcę coś pokazać. To często zdarza się facetom w moim wieku. Może jednak przechodzę kryzys wieku średniego?

ESQ: Cele pan sobie wyznacza?

MS: Na szczęście los decyduje za mnie.

ESQ: A jak przestanie?

MS: Po wyreżyserowaniu „Milczenia polskich owiec” ze studentami warszawskiej Akademii, chciałbym pójść za ciosem. Myślę o filmie. I temacie, który by mnie pociągnął.

ESQ: Kogo pan słucha?

MS: Głównie Stinga.

ESQ: W sprawach życiowych też?

MS: Na szczęście Sting mądrze śpiewa. Kiedyś napisał: „Be yourself no matter what they say” (ang.: bądź sobą, niezależnie od tego, co mówią inni). To moje motto życiowe. A mówiąc poważnie – słucham wszystkich, którzy są w czymś mądrzejsi ode mnie. Cenię sobie autorytety i ludzi z wiedzą. Będę słuchał profesorów z Uniwersytetu Jagiellońskiego czy Warszawskiego, a nie polityków, nawet jeśli to prezydent czy premier.

ESQ: W sprawach prywatnych radzi się pan Stinga czy kogoś konkretnego?

MS: Tu mądrych nie ma. Każdy pisze scenariusz swojego życia. Ma innych aktorów, scenografię, tło. Tolkien napisał kiedyś, że rada to niebezpieczny przyjaciel. Jak mogę komuś powiedzieć, jakich błędów powinien unikać w małżeństwie, skoro ten ktoś ma inną żonę. Ja mogę powiedzieć, jak unikać błędów z moją żoną.

 

Tuż po naszym wywiadzie Maciej Stuhr dowiedział się, że film „Milczenie polskich owiec” dostał się do konkursu krótkiego metrażu na festiwalu filmowym w Gdyni. 

Rozmawiał Maciej Gajewski. Tekst ukazał się w numerze 5/2017

Polecane wideo

Komentarze

Polecane dla Ciebie