Tomasz Kot: "Mój sen się spełnił, muszę go szanować"
AKPA

Tomasz Kot: "Mój sen się spełnił, muszę go szanować"

O współpracy z Pawłem Pawlikowskim, swojej "metodzie" i dobrych radach dla aktorów i oświadczynach na pierwszej randce aktor opowiedział Piotrowi Guszkowskiemu.
16.12.2018

„Skoczę na papierosa i możemy zaczynać” – mówi na dzień dobry. Dołączam. Nie palę, ale dawno zrozumiałem, ze przy papierosku można usłyszeć ciekawe historie. Po raz pierwszy mamy okazję dłużej porozmawiać. Dotąd mijaliśmy się na konferencjach prasowych i planach filmowych. Spotykamy się tuz po festiwalu w Cannes, bardzo udanym dla twórców „Zimnej wojny”, co potwierdziła nagroda za reżyserię dla Pawła Pawlikowskiego. Ale przecież już wieczór premiery był jak piękny sen. Film przyjęto w Cannes kilkuminutową owacją na stojąco. W Polsce Tomasz Kot zdobył najważniejsze laury za swoje kreacje aktorskie. Teraz mógł się przekonać, że jego grą zachwyciły się także zagraniczne media.

Tomasz Kot został w tym tygodniu laureatem nagrody Esquire'a w kategorii sztuka. Poznaj zwycięzców w pozostałych kategoriach

Esquire: Niezły z ciebie numerant. Swojej przyszłej żonie oświadczyłeś się przy pierwszym spotkaniu.

Tomasz Kot: Właściwie nie wiem, co mi wtedy odbiło. Pewnie trzeba to złożyć na karb młodości. „Cześć, jestem Tomek”. „Cześć, Agnieszka”. „Wyjdziesz za mnie?”. „Dobra, jutro o dwunastej”. Zaczęliśmy rozmawiać, super się gadało i do dziś jesteśmy razem, mamy dwójkę dzieci.

ESQ: Właśnie zdałem sobie sprawę, że choć mógłbym wymienić pewnie całą twoją filmografię, to o Tomaszu Kocie w gruncie rzeczy mało wiem.

TK: Pewnie znasz kilka historii, jak to nieszczęsne seminarium, do którego wszyscy wciąż wracają. Wiesz, nie chciałbym skończyć jako jeden z tych przynudzających aktorów i zestarzeć się, w kółko opowiadając trzy te same anegdoty ze swojego życia, których nikt już nie chce słuchać. Kiedyś powiedziałem w wywiadzie, że lubię filmy Barei i na kilka lat zrobiono ze mnie chyba największego fana Barei w kraju.

ESQ: Z aktorami każdy chce rozmawiać nie tylko o pracy.

TK: Na pytania dotyczące życia prywatnego, jakie padają w wywiadach, mam jedną odpowiedź: żyję jak inni. Po prostu. Staram się zaoferować moim dzieciom w miarę normalny świat, w którym nie ma miejsca na fanaberie ani przerośnięte aktorskie ego. Musiałem do tego dojrzeć. Kiedyś non stop pracowałem, dziś po planie, niezależnie, co by mi zaproponowano, muszę wrócić do domu i pobyć z rodziną. Wchodzę w zwyczajny tryb: zawożę dzieci do szkoły, robię zakupy, sprzątam. Teraz jestem zaangażowany w promocję filmu, więc mamy z synem kilka zaległych meczów w Fifę. Strasznie mi zależy na tej normalności. Nie wyobrażam sobie, że mógłbym wpuścić do niej kamery czy prowadzić Instagram. I bez tego miewam w życiu spore zamieszanie z powodów zawodowych. Po „Bogach” wystąpiłem w kilku filmach w krótkim czasie, więc kiedy pojawił się Paweł z propozycją nakręcenia „Zimnej wojny” w perspektywie roku, byłem wniebowzięty. Postanowiłem, że nic innego nie wezmę, skupię się na przygotowaniach, a potem kolejne pół roku będziemy pracować na planie. Zaciągnąłem wsteczny – i to się opłaciło. Super sprawa, polecam wszystkim.

ESQ: W rozmowach o „Bogach” przywoływałeś słowa twojego profesora, Jerzego Stuhra, o tym, że przygotowywanie roli zaczyna się od butów. Tak zabrałeś się za postać Wiktora z „Zimnej wojny”?

TK: Traktuję to jako rodzaj metafory. Każdy kupuje sobie przecież takie buty, żeby było mu wygodnie, żeby się w nich dobrze czuł. Rolą aktora jest natomiast wchodzić w cudze buty. Pod tym względem pięknym doświadczeniem był mój debiut w „Skazanym na bluesa”, bo Rysiek Riedel nosi kowbojki, których ja na nogach nigdy wcześniej nie miałem. Więc żeby stały się „moje”, musiałem w tych kowbojkach chwilę pochodzić. Nie jest to komfortowe, to nie mój styl – trudno, ale bardzo pomaga w konstruowaniu postaci. Dla profesora Religi charakterystyczne były białe, wychodzone adidasy z lat 80. Udało nam się znaleźć podobny model. Właśnie od tych adidasów postanowiłem zacząć, przydeptując je oczywiście po swojemu. W przypadku „Zimnej wojny” nie myślałem o butach – choćby dlatego, że ich u dyrygenta zwykle nie widać.

ESQ: O czym w takim razie myślałeś?

TK: Najwięcej o tych postaciach wiedział Paweł, bo nawiązywał filmem do perypetii własnych rodziców. Musieliśmy mu zaufać. Powstała historia miłosna z rozpędzającą się, komunistyczną machiną w tle, opowieść o ludziach, którzy chcą, ale nie potrafią być razem. Paweł jest twórca konsekwentnym, ma przy tym unikalny styl reżyserowania. Powtarzalność kolejnych dubli wprowadzała nas w swoisty trans. Zależało mu na wręcz paradokumentalnej rejestracji zdarzeń, co z punktu widzenia aktora jest cholernie trudne. Reżyser musi uwierzyć, że jestem dyrygentem, choć przecież ma świadomość, ze nim nie jestem! Studia z dyrygentury trwają pięć lat. Ja na przygotowanie miałem pół roku i trzy utwory do opanowania. Wiele godzin spędziłem z prawdziwym wirtuozem, Marcinem Maseckim. Jasne było, że nie nauczę się grać jak on. Mogłem jednak korzystać ze swojego doświadczenia w podpatrywaniu ludzi. Najłatwiej to porównać do nauki jazdy. Wyobraź sobie, że nowicjusz za kółkiem zadaje doświadczonym kierowcom pytania o to, jak koordynują kontrolowanie sytuacji w trzech lusterkach naraz z naciskaniem sprzęgła i pedału gazu – jednym słowem o rzeczy, o których w trakcie jazdy się nie myśli, bo z czasem stają się automatyzmami.

ESQ: Jak w pracy śledczego: w trakcie przesłuchania chce usłyszeć od świadka wszystko, nawet rzeczy, które wydają się pozornie nieistotne.

TK: Dokładnie tak. Zdarzają się momenty, kiedy rzeczywiście czuję się jak dość osobliwy profiler kryminalny. Skanuję czyjeś gesty, ruchy, ekspresje. Mieliśmy zresztą z Marcinem zabawną sytuację. Pytam go w pewnym momencie, czy jest mańkutem. On mówi, że nie. „To dlaczego lewą ręką zapisujesz nuty?” – dopytuję. „Nie zapisuję” – odpowiada. Ale zapisywał. Dopiero wtedy zdał sobie z tego sprawę. Właśnie takie proste pytania muszę zadawać. Nic nie jest dla mnie oczywiste.

ESQ: To właśnie twoja „metoda”?

TK: Na studiach zaczytywaliśmy się w biografiach aktorów. Dużo było w nich o słynnej „metodzie”. Lecz to podejście ma swoje ograniczenia. Dochodzisz w pewnym momencie do ściany, granicy, której nie sposób przekroczyć. Grasz mordercę, gwałciciela, narkomana – byłbyś idiotą, gdybyś chciał tego naprawdę doświadczyć! Najciekawsza przestrzeń dla aktora znajduje się gdzieś na styku dążenia do hiperrealizmu i kombinowania, czyli pracy wyobraźnia. Zrozumiałem to, obserwując przygotowania do koncertu zespołu Dżem: specjalistyczna wiedza nie była wcale potrzebna, wystarczyło wyłapać znudzenie na twarzy realizatora dźwięku. Robił to po omacku, bo znał już sprzęt na pamięć. Oczywiście, każdy aktor ma inne potrzeby. Piotrek Głowacki na plan „Bogów” przyszedł obkuty z medycznej terminologii, której ja, nie będę ukrywał, nie znałem. Po prostu od drugiej operacji, gdy już obyłem się z tym sugestywnym widokiem, obserwowałem twarz chirurga i imitowałem jego ruch ręką, jak bardzo chodzi mu łokieć, jak mocno potrafi przesunąć lampę. To wydało mi się istotne, lekarzem przecież i tak nie zostanę.

ESQ: A na planie „Zimnej wojny” podpatrywałeś Pawła Pawlikowskiego?

TK: Cały czas.

ESQ: Są momenty w filmie, kiedy wyglądasz dokładnie jak on.

TK: Tak wyszło, chyba podświadomie. Nie zastanawialiśmy się nad tym. Wiesz, ja jestem bardzo podobny do mojego ojca. Choć dostrzegłem to podobieństwo dopiero, kiedy na studiach ktoś mi zrobił czarno-białe zdjęcie. Wcześniej tego nie widziałem.

ESQ: Widziałem cię kilka razy w akcji, np. jak „nakręcałeś młyn” w scenie ze statystami w „Najlepszym”. Nadawałbyś się na spikera na stadionie, rozgrzewacza publiczności. Czy te umiejętności pomogły w zostaniu dyrygentem?

TK: Dla statystów praca na planie bywa męcząca: godzinami tkwią na słońcu, deszczu czy mrozie, czekają na duble. Nie dziwię się, że po paru godzinach trudno im jeszcze wykrzesać z siebie ten entuzjazm, którego przed kamerą potrzebujemy. Każdy, kto gra w teatrze czy uprawia konferansjerkę, potrafi w takiej sytuacji zareagować. Ja też to robię. Gdy jednak staję przed profesjonalnymi muzykami, mogę tylko przeprosić za ewentualne wpadki i pokornie poprosić o pomoc.

ESQ: Widz pewnie nie wyczułby fałszu.

TK: Paweł na żaden błąd by nie pozwolił, musiałem zrobić to, jak należy. Gdy pojawiliśmy się na czerwonym dywanie przed premierą  w Cannes, puszczono muzykę z naszego filmu. Nachyliłem się do Pawła i powiedziałem: „Nawet teraz bym to zadyrygował”. To był ostatni numer, najlepiej go opanowałem. Poczułem rodzaj iluzji, że naprawdę mam na to wpływ, że swoją energią kieruję orkiestrą.

ESQ: Przyjęcie w Cannes mieliście znakomite. Naczytałeś się i nasłuchałeś na swój temat wiele, co było z tego wszystkiego najprzyjemniejsze?

TK: Do tej pory nie miałem jeszcze szansy się z tym wszystkim na spokojnie przespać. Ale nie jestem typem człowieka, który kolekcjonuje komplementy. Starałem się raczej sfotografować, zatrzymywać w pamięci wyjątkowe chwile. A tych nie brakowało. Cate Blanchett zareagowała na nas bardzo żywo i wylewnie, co widać po sposobie, w jakim na jednym ze zdjęć trzyma moją twarz. Dziękowała mi i gratulowała. Czułem, że to zbyt emocjonalne i ważne, żeby wynikało z czystej kurtuazji. W hotelu wpadłem na Gary’ego Oldmana. Zamurowało mnie, bo przypomniałem sobie, jak przed egzaminami na aktorstwo słuchałem muzyki z „Leona Zawodowca”. Pomyślałem sobie: „Człowieku, gdzie to zaszło! Przecież jeszcze niedawno tak się bałeś, że w ogóle nie dostaniesz się do szkoły”.

ESQ: Rzeczywiście się bałeś?

TK: Każdy się boi. Szczególnie, kiedy słyszy się, że taki Janusz Gajos dostał się dopiero za czwartym razem. Co z tego, że zdobywałem dużo nagród z legnickim teatrem amatorskim. To trochę tak, jakbyś strzelał bramki w okręgówce i trafił na testy do mistrza Polski. Skąd mam wiedzieć, jak wypadnę na tle chłopaków z innych regionów, których nigdy nie widziałem w akcji? Może są ode mnie znacznie lepsi… Pojawiają się wątpliwości, strach. Zastanawiasz się: „A co, jeśli będę pod kreską?”.

ESQ: Nie byłeś. Dziś masz na koncie kilkadziesiąt ról. Popytałem trochę, jak się pracuje z Tomaszem Kotem i – aż wstyd przyznać – nie usłyszałem złego słowa na twój temat. Podobno nawet do teatru się nie spóźniasz. Poza tym jednym razem, do którego się już przyznałeś w którymś z wywiadów.

TK: Zabrzmi to teraz może banalnie, ale przyszedł w moim życiu moment, że zrozumiałem coś istotnego: skoro mój sen się spełnia, to trzeba ten sen szanować. Nabrałem większej samoświadomości. Zacząłem chociażby inaczej traktować uwagi, które dawali nam w szkole. Jest na przykład taki przepis, że należy się pojawiać w teatrze 45 minut przed spektaklem. Właściwie nikt w Warszawie tego nie przestrzega, wszyscy zabiegani wpadają do garderoby na ostatnią chwilę. A ja zobaczyłem, że gdy przychodzę wcześniej, to spokojnie znajduję czas na papierosa, na skupienie się. Mam wrażenie, że jestem potem w lepszej dyspozycji na scenie. Podobnie było z pracą na planie. I tak krok po kroku szereg drobnych zmian sprawił, że być może dziś ktoś mnie nazwie zawodowcem. Oczywiście, mam swoje wady. Czasami jest nerwowo, gdy coś mnie irytuje, muszę się od tego szybko odciąć. Więc na pewno znalazłyby się też osoby niezadowolone z pracy ze mną.

ESQ: Jak gwiżdżesz na peronie w kawałku „Kompromisy” L.U.C-a, to…

TK: Jest to przede wszystkim dobra zabawa. Uwielbiam L.U.C-a. Jego muzyka pomogła mi swego czasu w trudnym momencie, dzięki niej doznałem chwilowej iluminacji: nagle wiedziałem już, co muszę zrobić. Zawodowo byłem wtedy w zupełnie innym miejscu niż teraz. Poruszyłem wszystkie kontakty, żeby zdobyć mail do tego faceta z Wrocławia. Zbyt rzadko mówimy sobie miłe rzeczy. Pomyślałem, że skoro on pomógł mi, to może ja w czymś pomogę jemu. Dla muzyka to ważne, jeśli potwierdzi się, że jego słowa mają moc. Jako aktor jestem raczej odtwórcą, wlewam życie w tekst, który ktoś napisze. Muzyk to pełnoprawny twórca. Zresztą, dobry rap, jak go tak przeczytać, to współczesna poezja.

ESQ: Odpisał?

TK: Odpisał, i od tego zaczęła się nasza piękna przyjaźń. Więc kiedy zaprosił mnie do tego projektu, zapytałem, jak mogę pomóc.

ESQ: Twoja filmowa kariera jest od początku związana z muzyką.

TK: W „Zimnej wojnie” poznałem ją w zupełnie nowej odsłonie, ludowej i klasycznej. Ale był wcześniej Dżem, było disco polo.

ESQ: Wtedy spotkałeś się po raz pierwszy z Joanną Kulig.

TK: Podczas pracy na planie najlepiej poznaje się ludzi, zmęczenie w parze z napięciem sprawia, że mimowolnie ujawnia się sporo prawdy o nas, nie da się trzymać emocji w ryzach. Dlatego po „Disco Polo” wiedziałem, że Aśka jest genialną aktorką i wymarzoną partnerką. Uważam, że „Zimna wojna” pozwoliła pokazać jej pełny potencjał: jest w tym filmie młoda i stara, niewinna i zblazowana… To bardzo kameralna opowieść. Często przed obiektywem kamery staliśmy tylko ja i Aśka. Wyobraź sobie: po jednej stronie sto osób z ekipy, zupełnie niczym obsługa lotu na Ziemi w ośrodku NASA w Houston, a po drugiej stronie łącza my we dwójkę, gdzieś hen, daleko, podróżujemy w przestrzeni kosmicznej. Niby uzależnieni od tych tam na dole, ale przecież zupełnie sami, skazani tylko na siebie.

ESQ: Czy w aktorze zostaje coś z granych przez niego postaci?

TK: Z postaci chyba nie, ale wyjątkowe spotkania z ludźmi i wnioski, jakie można przy okazji wyciągnąć – już tak. Do dziś pamiętam rozmowy na bajzlu przy „Skazanym na bluesa”. Gdy ci uzależnieni ludzie już się ze mną obyli, przestali brać za policjanta pod przykrywką, zaczęli się po prostu zwierzać. Przy „Erratum” dwa dni zdjęciowe spędziłem w noclegowni. Mijamy takie miejsca, ale mało kto był w środku. Statystowali mi wtedy bezdomni, którzy tam mieszkali. Byli przeszczęśliwi, bo przyjechali filmowcy i zapłacili dniówkę, a oni w zamian musieli tylko leżeć na łóżkach. Siedziałem razem ze staruszkiem, który nagle pyta mnie, kiedy to się skończy. Odpowiadam, że nie wiem, że to reżyser decyduje. „Bo do szóstej wydają materace” – mówi, a ja czuję, że ten człowiek jest cały w stresie. Takie obrazki zostają. Pozwalają poszerzać horyzont wewnątrz głowy.

ESQ: Wspominaliśmy Riedla, Religę, ale grałeś też postać inspirowaną Tadeuszem Szymkowem. Czy wyobrażasz sobie, że ktoś mógłby kiedyś zagrać ciebie?

TK: Przerażająca myśl. Ktoś się nawet raz do mnie zgłosił z propozycją wywiadu biograficznego. Pomyślałem, że to musi być trudne. W życiu jest przecież tyle niuansów. Nazwać potem półtoragodzinny film czyjąś biografią – to byłoby krzywdzące dla tych kilkudziesięciu lat, które się przeżyło. Nie, chyba sobie tego nie wyobrażam. Choć dałeś mi do myślenia tym pytaniem, o rany!

ESQ: Pomyśleć, że początki miałeś raczej komediowe.

TK: Miałem naprawdę dużo tych „początków”. Kiedy nie zdałem matury, dostałem etat w teatrze. Robiłem wtedy najgorszą robotę: byłem halabardnikiem, grałem szafę – wiesz, o co mi chodzi. (śmiech) Ale to było bardzo cenne doświadczenie, nauczyło mnie pokory i ukształtowało moją perspektywę. Inne podejście będzie miał ktoś, kto zaraz po dyplomie dostaje główną rolę, a inne ktoś taki jak ja. Przeżyłem każdą fazę tego zawodu. Pamiętam reżyserów, którzy mówili: „A pan jako amator niech się przygląda”. Serio. Byłem więc amatorem, potem grającym amatorem. Kiedy zdałem do szkoły, musiałem z kolei udawać, że nie robiłem nic wcześniej. Trochę rozumiem takie podejście. W końcu szkoła ma kształtować przyszłych aktorów, a nie oduczać ich manieryzmów.

ESQ: Dobrze udawałeś?

TK: Na szczęście tak. W szkole dostawałem tylko dramatyczne role i wydawało mi się, że będę już na nie skazany. Tymczasem skończyłem szkołę, a w teatrze zaczął się dla mnie sezon na komedie. Po „Skazanym na bluesa” zagrałem jeszcze sześć komedii, jedna po drugiej. Długo nie mogłem zrozumieć, jak ten świat funkcjonuje.

ESQ: Cezary Pazura, zapytany o radę dla młodych aktorów, powiedział: „Jeśli nawet odkryjesz w sobie talent komediowy, to nigdy go nie pokazuj – bo to się nie opłaca”.

TK: Kiedy ktoś mnie pyta, co poradziłbym młodym aktorom, odpowiadam, że nie mam dla nich żadnej rady. Nie chcę nikogo zachęcać, karmić złudzeniami, bo dobrze wiem, że przetrwają ci, którzy odnajdą w sobie pasję. Wbrew powszechnej opinii, aktorstwo to nie jest łatwy ani wdzięczny zawód. Tabloidy rozpisują się o niebotycznych zarobkach, a nikt z nas w Polsce tyle nie zarabia. Powiem więcej, niewielki procent może w ogóle z aktorstwa wyżyć, jest rzesza ludzi sfrustrowanych i niespełnionych. Dlatego cieszę się, że mam już tych czterdzieści jeden lat, a nie trzydzieści. Swoje wiem, stworzyłem w głowie procedury zachowań na różne sytuacje. Staram się optymalnie wykorzystać to, co się teraz dzieje. Nie napinam się na przyszłość.


Wywiad Piotra Guszkowskiego ukazał się w numerze 4/2018. 

Polecane wideo

Komentarze

Polecane dla Ciebie