Kit Harington: moja gra o wszystko
Fot: Starstock

Kit Harington: moja gra o wszystko

Tę burzę włosów każdy zna… Kit Harington stał się twarzą jednego z najbardziej kontrowersyjnych – i najpopularniejszych – seriali ostatnich lat. „Gry o tron” nie sposób wyobrazić sobie bez jego udziału. A czy Kit będzie w stanie wymyślić nowy pomysł na siebie, tak by na resztę życia nie pozostać Jonem Snowem?
31.07.2018

Malkontenci zarzucają mu, że gra wciąż z tą samą miną zbitego psa, że jest równie porywający, jak serek waniliowy, że stanowi męski odpowiednik Kristen Stewart, aktorki z gniota o nazwie „Zmierzch”. On jednak z krytyki nic sobie nie robi. Na koncie ma szereg nominacji do prestiżowych nagród, w tym do Emmy, czyli telewizyjnego odpowiednika Oscara. Zarabia świetnie – HBO płaci mu dwa miliony funtów za każdy sezon „Gry o tron”, do tego dochodzą kontrakty reklamowe dla luksusowych marek. Wychowany w zachodnim Londynie Kit Harington ma dzisiaj trzydzieści lat, rzeszę fanów na całym świecie i świetne widoki na przyszłość, a zasobność konta pozwala mu starannie wybierać role.

Czytaj też: Jak wyglądał Kit Harington przed "Grą o tron"? 

Trudne początki 

Szydercze porównania do Kristen Stewart nie robią na nim wrażenia, podobnie jak docinki ludzi, którzy wytykają mu, że jego bujna fryzura ma więcej fanów niż niejeden znany aktor. Jest gwiazdą, ale na szczęście nie gwiazdeczką. Przed trzydziestką jako aktor osiągnął więcej niż wielu przez całą karierę. Ale to dla niego wciąż za mało. Nadal jest głównie i przede wszystkim Jonem Snowem. Kim będzie, gdy dobiegnie końca ostatni, ósmy sezon „Gry o tron”?

Wybić się na pierwszy plan, będąc w obsadzie tak gigantycznego przedsięwzięcia jak „Gra o tron”, to wyczyn godzien podziwu. Początki dla Haringtona nie były łatwe. W pierwszym sezonie serialu grany przez niego Jon Snow nie jest nawet postacią pierwszoplanową, zresztą trudno oczekiwać, żeby było inaczej – mówimy o bękarcie, którym pogardza macocha, którego rodzina traktuje jak wyrzutka i który decyduje się na dołączenie do Nocnej Straży, czyli – przekładając na polski – rzuca wszystko i wyjeżdża w Bieszczady. Dzisiaj jesteśmy wszakże po sześciu sezonach „Gry o tron”, więc wiemy dobrze, co było dalej – wiecznie smutny i małomówny Jon Snow najpierw staje się dowódcą Nocnej Straży, a pod koniec szóstego sezonu otrzymuje tytuł Króla Północy. Nawet gdyby nim nie został, i tak byłby najpopularniejszą postacią serialu słynącego z tego, że bohaterów stwarza się w nim równie łatwo, jak uśmierca. Snow nie wikła się w politykę, od której, wydawałoby się, w Westeros uciec nie sposób, i nie walczy o wpływy. Przywódcą staje się dzięki własnej determinacji, zwycięstwom w bitwach i męstwu. Nie pożąda władzy i być może dlatego ją zdobywa. – Ludzie, którzy pragną rządzić, nie powinni mieć możliwości sprawowania władzy. Być może Jon Snow jest najbardziej odpowiednią osobą do tego, by rządzić innymi, właśnie dlatego, że wcale tego nie pragnie – powiedział Kit w rozmowie z reporterem „Esquire’a”.

Do świata Westeros Harington wkroczył niespodziewanie i właściwie z ulicy. Gdy w 2009 roku pojawił się na castingu, nie miał żadnego doświadczenia przed kamerą, jego dorobek stanowiły wyłącznie role teatralne. Co więcej, na casting do roli Jona Snowa Kit przyszedł z podbitym okiem, dzień wcześniej wdał się w bójkę w obronie kobiety zaczepionej przez chuligana w barze McDonald’s. Dla producentów doświadczenie filmowe nie miało znaczenia, liczyła się prezencja, a z tym u Haringtona było i jest całkiem nieźle. Usta ciągle wywijające się w podkówkę, bezdenny smutek zapisany w oczach oraz burza czarnych loków, na których widok kobietom robi się gorąco – z takim wyglądem Kit rolę depresyjnego bękarta miał właściwie w kieszeni, choć kurtuazyjnie upiera się, że był to uśmiech fortuny i wygrany los na loterii. – Miałem cholerne szczęście – mówi.

Szalony plan 

Może tak rzeczywiście było, choć doświadczenie aktorskie na pewno pomogło. Kit (tak naprawdę na imię ma Christopher) start w zawodzie miał wręcz wymarzony. Nie musiał przebijać się, zaczynając od zera, nie wycierał korytarzy w oczekiwaniu na to, aż zostanie zauważony. W wieku 21 lat, jako student niezłej angielskiej szkoły teatralnej, Central School of Speech & Drama ( jej mury opuściła m.in. Judi Dench) dostał główną rolę w adaptacji powieści „Czas wojny” Michaela Morpurgo, wystawianej na deskach prestiżowego londyńskiego National Theatre. Dla artysty w tak młodym wieku to było niezwykłe, wręcz niespotykane wyróżnienie. Ta rola przyniosła Haringtonowi spory rozgłos i uznanie w środowisku teatralnym, podobnie jak kolejny angaż, tym razem do sztuki „Posh” w Royal Court Theatre, czarnej komedii o zblazowanych studentach Oksfordu. Te sukcesy bledną jednak w porównaniu z tym, co miało nadejść. Angażując do roli Snowa chłopaka, który nie ma pojęcia o pracy na planie filmowym, producenci sporo ryzykowali. Zatrudnianie półamatorów było jednak drobnostką w porównaniu z tym, na co porwali się twórcy serialu. Telewizja HBO, planując ekranizację książek George’a R.R. Martina z serii „Pieśń lodu i ognia”, postawiła wszystko na jedną kartę. Ogromny budżet, dorównujący hollywoodzkim megaprodukcjom, miał zostać wydany na stworzenie historii pogmatwanej i kontrowersyjnej, do tego pozbawionej głównego bohatera. Ostre sceny seksu, dosadne słownictwo, rozbudowany wątek kazirodczy i dużo przemocy (w tym kastracja) – żadna duża stacja telewizyjna nie miałaby odwagi, by zmierzyć się z takim projektem. Wątpliwości było mnóstwo, ale producenci, David Benioff i D.B. Weiss, wierzyli, że proza Martina będzie znakomicie wyglądać na ekranie. Nie byli jedyni – angielski pisarz dostawał też propozycje od innych producentów. Zazwyczaj jednak dotyczyły one nakręcenia filmu, co zdaniem Martina było niewykonalne.

Trudno nie przyznać mu racji – wszystkie części „Pieśni lodu i ognia” liczą łącznie kilka tysięcy stron. Jedyną realną możliwością było więc stworzenie serialu – Benioff i Weiss wykazali się świetną intuicją, chociaż porywali się na ogromny projekt. Przedsięwzięcie o nazwie „Gra o tron” pod względem rozmachu trudno porównać z jakimkolwiek innym serialem.

Realizacja pierwszego sezonu „Gry” kosztowała sześćdziesiąt milionów dolarów – to do dzisiaj jeden z rekordów w historii telewizji. Mimo epickiego rozmachu i intensywnej kampanii reklamowej, początki nie wróżyły nic dobrego. Widzowie nie dopisali, pierwszy odcinek miał dużo gorsze wyniki niż wcześniejsze hity HBO, takie jak „Zakazane imperium”. Zadziałał jednak marketing szeptany: fani prozy Martina przekazywali sobie z ust do ust wiadomość o serialu i sława „Gry o tron” błyskawicznie rosła. W 2015 roku śmierć Jona Snowa była już wielkim wydarzeniem nie tylko serialowym, ale wręcz popkulturowym – miliony ludzi na całym świecie z zapartym tchem śledziły finał piątego sezonu. Podobnie było z wskrzeszeniem posępnego bękarta w szóstym sezonie. Ryzyko się opłaciło. Sukces HBO potwierdza też liczba nagród. „Gra o tron” jest najczęściej nagradzanym serialem w dziejach nagród Emmy. Łącznie była nominowana 110 razy, otrzymała aż 38 statuetek.

Gawędziarz bez Facebooka 

W 2011 roku, gdy pojawił się pierwszy sezon „Gry o tron”, obiecujący, ale szerzej nieznany brytyjski aktor teatralny z burzą loków z dnia na dzień stał się gwiazdą zaczepianą na ulicy i nieustannie przepytywaną przez dziennikarzy. Przykład Kita stanowi jednak dowód na to, że prawdziwy talent i aktorska charyzma obronią się bez szukania popularności za wszelką cenę i bez wdzięczenia się do mediów. Harington nie ma oficjalnego fanpage’a na Facebooku ani własnej strony internetowej. Unika mediów społecznościowych, bo uważa, że przepełniają je kłamstwa. Jeśli spotyka się z dziennikarzami, koncentruje się tylko na swojej pracy. Nie sposób namówić go na rozmowę o jego związku z Rose Leslie, rudą Ygritte z serialu. Jest nieprzejednany, życie prywatne to w wywiadach temat zakazany.

Nie znaczy to jednak, że pozuje na niedostępnego mruka. Jest wdzięcznym rozmówcą i sypie anegdotami jak z rękawa. Opowiada na przykład o tym, jak zasnął na planie podczas kręcenia sceny wskrzeszania postaci Jona Snowa. – Leżałem wiele godzin, aż w końcu usnąłem w trakcie nagrań. Nie ma niczego bardziej przerażającego, niż obudzić się w świecie „Gry o tron”, będąc nagim i otoczonym postaciami w kostiumach. Pomyślałem: „Boże, umarłem i trafiłem do Westeros” – zwierzał się magazynowi „Rolling Stone”. Inną smakowitą historyjką o tym, jak śmierć Jona Snowa pomogła mu uniknąć mandatu, podzielił się z widzami programu „The Tonight Show” Jimmy’ego Fallona: pewnego razu policjant zatrzymał go za przekroczenie prędkości i postawił ultimatum: „Masz dwie możliwości: jedziesz ze mną na posterunek albo powiesz, czy Jon Snow będzie żyć w szóstym sezonie”. Harington bez wahania zdradził stróżowi prawa sekret pilnie strzeżony przez telewizję HBO. Uratował się w ten sposób przed pewną karą. Jak uniknął ukrzyżowania przez producentów „Gry o tron” za puszczanie farby na temat fabuły kolejnych sezonów, tego niestety nie wiemy.

Czy Harington zyskałby sławę, gdyby był łysiejącym otyłym mężczyzną o urodzie małorolnego chłopa? Raczej nie. Jego wygląd i przyprawiające kobiety o drżenie serc spojrzenie nadąsanego spaniela to zarazem dar i przekleństwo. Na planie serialu aktorzy lubią drwić z jego urody. Zjawiskowo piękna Emilia Clarke, serialowa Daenerys Targaryen, nabija się z fryzury Kita, twierdząc, że jego słynne czarne loki biją na głowę nawet jej skomplikowaną perukę, którą musi nosić i której ułożenie zajmuje charakteryzatorkom kilka godzin. Przystojny aż do przesady Nikolaj Coster-Waldau (serialowy Jaime Lannister) zauważa: – Kiedy pojawia się Kit, pożądanie u kobiet wzrasta do takiego poziomu, że pozostali mężczyźni czują się lekceważeni i niepotrzebni. Liam Cunningham, serialowy Davos Seaworth, zgryźliwie dodaje: – Fryzura Kita ma na planie osobną garderobę do dyspozycji.

Żarty z Haringtona można dostrzec nawet w serialu. W jednej ze scen, gdy bohaterowie serialu widzą nagie ciało Jona Snowa, jeden z nich mówi: „Jakiż bóg mógłby mieć tak małego ptaszka?”. Okrutne? Producenci serialu, David Benioff i Daniel Weiss, spieszą z wyjaśnieniem: „Muszą być jakieś wady bycia Kitem Haringtonem. To uczciwe. Ten chłopak jest przystojny, utalentowany, mądry i poczciwy do bólu – po prostu nie sposób go nie lubić. Jedyne, co mogliśmy zrobić w tej sytuacji, to obdarzyć graną przez niego postać przyrodzeniem niewielkich rozmiarów”. Co na to Harington? „Banda zbereźników”. 

Potomek twórcy muszli klozetowej 

Pora na mało znany fakt – męscy członkowie rodu Haringtonów od 1611 roku mogą używać nadawanego przez angielskich królów honorowego tytułu „baronet” i dodawać „sir” przed imieniem, a herb rodziny Kita, z tarczą w biało-czarne pasy, hełmem i głową lwa, nie ustępuje w niczym okazałymxherbom serialowych rodów Starków czy Lannisterów. Wśród przodków aktora są m.in. król Karol II Stuart czy żyjący na przełomie XVI i XVII wieku pisarz John Harington, znany między innymi z tego, że wynalazł muszlę klozetową. Kit niechętnie przywołuje tradycje rodziny, być może dlatego, że sam nie może tytułować się baronetem – zgodnie z tradycją, ten tytuł po ojcu odziedziczy jego starszy brat, John Catesby Harington. Trudno mu jednak udawać, że wywodzi się z klasy robotniczej albo że miał w życiu pod górkę. Nie miał. Rodzice zapewnili mu dostatnie dzieciństwo, a potem wspierali w wyborze drogi życiowej. Ojciec jest biznesmenem, matka – autorką sztuk teatralnych. To ona zaraziła syna miłością do teatru. – Zapewne bardziej interesujące by było, gdybym powiedział, że nigdy nie poznałem ojca, a matka mnie adoptowała. Prawda jest jednak taka, że dorastałem w bardzo normalnych warunkach – ironizuje Kit.

Trudno logicznie wytłumaczyć, jakim sposobem skomplikowana fabularnie i kosztowna w produkcji „Gra o tron” doczekała się aż siedmiu sezonów (w planach jest jeszcze ósmy, finałowy) i jak przez tyle lat producentom udało się podtrzymać zainteresowanie wokół serialu. Jeszcze bardziej niesamowity jest fakt, że kolejne części dostawały świetne recenzje i trudno dopatrzyć się choćby śladu oznak kryzysu twórczego u scenarzystów. Fani tak samo kochają wszystkie sezony i domagają się kolejnych.

Wiadomo jednak, że po sezonie siódmym (premiera w HBO 17 lipca) powstanie ósmy – i na tym koniec. Dla Kita Haringtona to w sumie powinna być bardzo dobra wiadomość – aktor dojrzał do tego, by spojrzeć krytycznie na swoją karierę i zaakceptować fakt, że aby się rozwijać, musi przestać być Jonem Snowem. – Poświęciłem „Grze o tron” spory kawałek życia. Dzisiaj mam już trzydzieści lat. Mam nadzieję, że będę potrafił wymyślić siebie na nowo i uciec od jednoznacznego skojarzenia z tym serialem. Możliwe też jednak, że już na zawsze pozostanę uwięziony w tej roli – wyznaje szczerze Anglik.

Poza zaangażowaniem na planie serialu Kit udzielał się w różnych projektach telewizyjnych i filmowych. Problem w tym, że niewiele osób o nich słyszało. W niektórych przypadkach to chyba lepiej, bo Harington jak dotąd niepokojąco często wikła się w niezbyt wyszukane produkcje. W 2012 roku wystąpił w horrorze „Silent Hill: Apokalipsa” zrealizowanym na podstawie gry komputerowej. Dwa lata później wcielił się w odważnego Milo w „Pompejach”, zmiażdżonym przez krytykę kostiumowym filmie katastroficznym, w którym za jedyną udaną scenę uchodzi wybuch wulkanu. Mogliśmy zobaczyć Haringtona także w familijnym fantasy „Siódmy syn”, thrillerze szpiegowskim „Spooks: The Greater Good” (przeszedł niezauważony), a także u boku Dakoty Fanning w pełnym przemocy holenderskim westernie „Wendeta”. Jaśniejszym punktem w filmowym dorobku Haringtona pozostaje na razie jedynie dobrze przyjęty „Testament młodości”, w którym zagrał ukochanego pielęgniarki i pacyfistki Very Brittain (w tej roli Alicia Vikander). Warto też odnotować występ Kita w szalonym mockumencie „Siedem dni w piekle” – rozgrywał w nim najdłuższy mecz w historii tenisa, przeciwko Andy’emu Sambergowi. Bądźmy jednak szczerzy – taki dorobek może być powodem do zakłopotania. I chyba jest. – Kilka lat temu powinienem był sobie szczerze powiedzieć, że chcę wybiera role w dobrych filmach, a nie w hitach kinowych – przyznaje dziś Harington.

Na trzy sposoby 

Zaczyna chyba rozumieć, że jako aktor powinien obrać w przyszłości inny kierunek niż dotąd. Zmiany w jego podejściu do aktorstwa można już zauważyć. W przyszłym roku zobaczymy Kita między innymi w pierwszym anglojęzycznym filmie genialnego dziecka kanadyjskiego kina Xaviera Dolana, „The Death and Life of John F. Donovan”. Harington zagra w nim główną rolę homoseksualnego gwiazdora filmowego, który zostaje przyłapany na korespondowaniu z 11-latkiem z Londynu. To dla Kita może być przełom, dzięki któremu ludzie przestaną wreszcie zwracać uwagę na jego niesforne loki, wiecznie smutne oczy i urodę księcia z bajki.

– Moim prawdziwym celem nie jest to, by zagrać w dużej oscarowej produkcji. Teraz taki scenariusz zdecydowanie nie jest dla mnie. Chciałbym natomiast, żeby to szaleństwo wokół mojej osoby nieco się uspokoiło. To, czego pragnę w tej chwili, to kilka lat względnego spokoju. Chciałbym na pewien czas zostać nieco zapomniany – zdradza w rozmowie z „Esquire’em”. Nie wiadomo, czy mówiąc w ten sposób, studzi oczekiwania wobec swojej osoby, kokietuje fanów i media, czy jest po prostu szczery, bo ma popularności i obecności w mediach po dziurki w nosie. Kto wie – być może w przypadku Kita Haringtona wszystkie trzy odpowiedzi są prawdziwe.

Tekst: Karol Owczarek. Artykuł ukazał się w Esquire 04/2017 

Polecane wideo

Komentarze

Polecane dla Ciebie