Pracuję na emocjach - rozmowa z Wojtkiem Smarzowskim
Zdjęcia: Łukasz Falkowski

Pracuję na emocjach - rozmowa z Wojtkiem Smarzowskim

Piotr Guszkowski pyta reżysera o Kościół, poruszanie trudnych tematów w gronie zaufanych aktorów, piłkę nożną i zerowanie głowy.
04.04.2019

ESQ: Dlaczego postanowiłeś nakręcić film „Kler”?

Wojtek Smarzowski: Robię filmy o tym, co mnie boli. Po „Drogówce” przydarzyła mi się w taka sytuacja: stałem w kolejce do okienka bankowego, a kiedy przyszła moja kolej, pani kasjerka wychyliła głowę, rozejrzała się, sprawdziła, czy nikt nie podsłuchuje i wyszeptała: „O banku niech pan zrobi!”. W każdym środowisku można znaleźć potencjał dramaturgiczny, wystarczy tylko pogrzebać.
Czytaj też: Deser z mózgu - rozmowa z Aleksandrem Baronem 

ESQ: Padło na księży.

WS: Nie jestem zwolennikiem konkordatu, delikatnie rzecz ujmując. Przeciwnie: jestem za oddzieleniem państwa od Kościoła. A także za wyprowadzeniem religii ze szkół. Kiedy moi synowie poszli do szkoły, to się przeraziliśmy praniem mózgów, indoktrynacją, pozycją księdza w szkole. Młodych ludzi trzeba uczyć przede wszystkim samodzielnego myślenia. Niestety, każdy kolejny rząd w naszym kraju wchodzi w tyłek Kościołowi – ten obecny robi to w dodatku bez prezerwatywy. Każda partia potrzebuje wyborców, „deal” z Kościołem to podstawa, bo do wyborców skutecznie dociera się z ambony. W konsekwencji ukryta przed opinią publiczną kasta duchownych jest w Polsce poza kontrolą. Kiedy ktoś robi przekręt na budowie autostrady, można po dokumentach i rozliczeniach ustalić, kto jest winny, kto wziął łapówkę. Kiedy niepoliczalne ilości gotówki idą na inwestycję kościelną, żadnych śladów i dowodów nie znajdziemy. Na te inwestycje państwo przeznacza kupę kasy, a system finansowy Kościoła jest pozbawiony przejrzystości i jakiejkolwiek kontroli. Boli mnie to, że te pieniądze pochodzą z podatków, które ja również płacę. Pomyślałem, że to niezły punkt wyjścia do kolejnej historii.

ESQ: Wierzysz w Boga?

WS: Założyłem na starcie, że nie chcę dotykać wiary, bo to sfera indywidualna, intymna, że interesuje mnie tylko instytucja Kościoła. I opowieść o ludziach, takich samych jak ja, z tą różnicą, że oni noszą sutanny. Udało się to się osiągnąć. Przynajmniej jeśli wierzyć około dwudziestu duchownym i byłym duchownym, którym pokazałem „Kler”. Potwierdzili, że nie atakuję wiary katolickiej. Mam świadomość, że wypowiedzieli to księża, którzy chcą reformy Kościoła, kwestionują obecny porządek. Inni się na film po prostu wypną. Zdaję sobie również sprawę, że padną oskarżenia typu: „Co Smarzowski może wiedzieć o klerze?”. Nie ukrywam, że jestem ateistą zapatrzonym w naukę. Nikogo nie będzie interesowało, że konsultowałem scenariusz i proces powstawania filmu na każdym etapie. Z drugiej strony, ci sami księża powiedzieli mi, że chociaż przedstawiam prawdziwy obraz, nikt w Polsce w to nie uwierzy. Po pierwsze, ludzie nie znają Kościoła od strony zakrystii. Po drugie, jest w nas potrzeba wypierania pewnych sytuacji, niedostrzegania ich. Zaskakująco dużo potrafimy księżom wybaczyć. W wielu regionach ksiądz jest traktowany jak święty. Oczywiście, jak to w moich filmach, także w „Klerze” proporcje zostały odrobinę zakłócone. Ale i w tym filmie nie brakuje księży z powołania. Ilu z nich w realu odważyłoby się głośno mówić to, co myśli? Wystarczy przypomnieć sobie, jak Kościół potraktował księdza Lemańskiego.

ESQ: Kościół przypomina wojsko, ze specyficzną strukturą organizacji, z poleceniami, którym jej członkowie powinni się bezwzględnie podporządkować.

WS: Wojsko czy mafię? (śmiech) Masz rację. Seminarium weryfikuje ideały tych rzeczywiście zaangażowanych młodych facetów: szybko zaczynają rozumieć, że nie mogą się wychylać, komu trzeba się podlizać, żeby trafić do bogatej parafii w mieście, zamiast wylądować gdzieś na wsi. Nie dość tego: zderzają się z problemami, z którymi się wcześniej nie zetknęli, bo przecież mają tylko dwadzieścia kilka lat, z czego ostatnich sześć spędzili w zamknięciu. Jest w „Klerze” wikary Jan, postać dla mnie kluczowa, bo to od takich księży jak on zależy, jak ten Kościół będzie wyglądał w przyszłości – czy pójdzie drogą starszych kolegów, czy zachowa wartości, które jeszcze w sobie ma. To jeden z tych elementów, który niesie jakąś nadzieję.

ESQ: Myślisz, że kino może coś w tej kwestii zmienić?

WS: Jakby się komuś chciało poczytać o tym, co wyprawiali i wyprawiają nasi księża – to jest naprawdę sporo artykułów i książek na ten temat. Ja dorzucam do tej, wierzę, że tykającej coraz głośniej bomby, mój film. Robię to z wiarą, że kropla drąży skałę. Wydaje mi się, że świadomość naszego społeczeństwa powoli się zmienia, ludzie czują potrzebę zmian. Mam jednak wielu niewierzących znajomych, którzy, żeby ustrzec dzieci przed ostracyzmem, zaliczają kolejne sakramenty – chrzest, komunię i inne elementy obrządku zakorzenione w naszej tradycji.

ESQ: Jakie wrażenie zrobił na tobie „Spotlight”?

WS: Ogromne. Obejrzałem ten film, kiedy scenariusz „Kleru” był już gotowy i czekałem na finansowanie. Wcześniej widziałem „Siostry Magdalenki”, „Wątpliwość”, tuż przed zdjęciami „El Club”, ale „Spotlight” porażał, bo uzmysławiał widzom skalę problemu. Papież Franciszek w 2014 roku w dzienniku „La Republica” mówił o dwóch procentach pedofilów w Kościele, chociaż ten udział procentowy już w konkretnych, a przy tym otwartych na badanie i rozwiązanie problemu krajach, był zawsze wyższy – cztery procent, a w Australii siedem. Ale nawet te dwa procent, z ponad trzydziestu tysięcy polskich księży, daje liczbę, zaokrąglając w dół, sześciuset. Tylu pedofilów w sutannach codziennie kręci się pomiędzy naszymi dziećmi. Na całym świecie na jednego księdza pedofila przypadają dziesiątki ofiar, w Polsce z reguły jedna. Bo tylko jedna odważa się o tym mówić.

ESQ: Trudne tematy podejmujesz w gronie zaufanych aktorów. Arek Jakubik uciekał z planu „Wołynia” pierwszym możliwym transportem. Z drugiej strony, aktorzy chętnie wracają do współpracy z tobą, bo mimo tych trudnych doświadczeń, czują się chyba bezpiecznie.

WS: Takie są koszty pracy na emocjach. Gorzej od aktorów mają chyba tylko lekarze, chirurdzy, od których zależy życie. Każdy aktor musi sobie wypracować własny system bezpieczeństwa. I każdy z nich ma inny. Kiedy kręciliśmy „Dom zły”, Arek zawsze przychodził spóźniony. Zawsze te dwie, trzy minuty po wszystkich, żeby do ostatniej chwili być odpowiednio skoncentrowanym. Żeby sprawa była jasna, wtedy mnie to wkurzało, ale Arek to typ aktora, który dopiero jak skończy zdjęcia, wypuszcza powietrze. Niezwykłą zdolność posiada Kinga Preis: potrafi sobie żartować w trakcie przerw między ujęciami, po czym na hasło „akcja!” momentalnie staje się postacią, którą gra. Jest niesamowita.

ESQ: A ty jak sobie z tym radzisz? Przecież jesteś w procesie powstawania filmu znacznie dłużej od aktorów, z którymi pracujesz.

WS: Zwykle praca nad projektem zajmuje mi trzy, cztery lata. Emocje towarzyszą mi przez cały czas, ale nie w takiej amplitudzie i intensywności, jak aktorom, którzy wchodzą tylko na okres zdjęć. Najtrudniejszy wydaje się moment tworzenia scenariusza. Wtedy w głowie następuje pierwsza rozwałka: rozmawiam z ludźmi, czytam relacje, rozgrzebuję temat, który mnie porusza i to dużo mnie kosztuje. Tu miałem łatwiej, bo rozłożyło się na mnie i na Wojtka Rzehaka. Potem zabraliśmy się za pisanie. Okres przygotowawczy, wybór aktorów, wreszcie plan, który trzepie przede wszystkim aktorów. To, co mogę dla nich zrobić, to zapewnić im maksimum poczucia bezpieczeństwa. Przed zdjęciami rozmawiamy o roli, o motywacjach postaci, na zdjęciach pilnuję, czy nie wypadamy z torów. Choć jestem otwarty na improwizację, zawsze chcę mieć to, na co się umówiliśmy przed zdjęciami. Idealna sytuacja dla reżysera jest wtedy, kiedy ma w montażowni te możliwości interpretacyjne. Dlatego czasem robimy duble, próbujemy coś inaczej. Mam szczęście pracować z naprawdę wyjątkowymi aktorami. Potrafią na półtonach przemycić wiele komunikatów, każdy dodaje swoją wartość… To chyba najprzyjemniejsza część mojej pracy.

ESQ: Czujesz się trochę jak trener, który musi skompletować drużynę?

WS: Myślę, że na tym w dużej mierze polega rola reżysera. Nie możesz zaangażować aktorów, którzy będą grać wyłącznie na siebie. Liczy się zespół. Trzeba znaleźć najlepszego do konkretnego zadania, kto odpowiednio wejdzie w relacje z pozostałymi. Czynnik ludzki jest dla mnie najważniejszy w życiu i na planie.

ESQ: Przed laty też grałeś w nogę.

WS: Byłem mało zdolnym bocznym pomocnikiem w Nafcie Jedlicze.

ESQ: Z tego klubu wywodzi się Sławomir Peszko?

WS: Dokładnie.

ESQ: Dziś nie grasz. A jak u ciebie z kibicowaniem?

WS: Te mistrzostwa świata w piłce nożnej spędziłem w Chorwacji. Wyobrażasz sobie pewnie, co się tam działo. Było mi przykro, że naszym nie wyszło. A nie wyszło, bo nie walczyli. I dlatego było tym bardziej przykro. Kiedy rodziło mi się moje dziecko, gdy już Ona i On spokojnie zasnęli, gdzieś o piątej rano zszedłem do kiosku, kupiłem „Przegląd Sportowy” i przeczytałem cały. Dosłownie cały, razem ze stopką. Zajęło mi to może godzinę, po czym wyrzuciłem gazetę do kosza i wróciłem do szpitala, do Nich. Tak samo jak wtedy działała ta gazeta, tak działa na mnie oglądanie meczów piłki nożnej. W trakcie transmisji można mnie operować. Mecze pozwalają mi wyzerować głowę. To proces niezbędny, żeby móc przejść do następnego etapu.

ESQ: W takim razie gdzie jesteś głową w tej chwili?

WS: W Słowianach. W opowieści o tym, że przed chrztem Polski też byliśmy. Rozmawiamy o „Klerze”, podczas gdy ja już go tak naprawdę zamykam. Nie chcę dłużej siedzieć w tym kościele, ale wiem, że do czasu premiery będę musiał jeszcze przychodzić na msze. Taka kolej rzeczy.

Rozmawiał Piotr Guszkowski. Rozmowa ukazała się w numerze 5/2018 

Polecane wideo

Komentarze

Polecane dla Ciebie