Jestem słaby w zmyślaniu - rozmowa ze Szczepanem Twardochem

Jestem słaby w zmyślaniu - rozmowa ze Szczepanem Twardochem

Premiera "Królestwa", najnowszej książki Szczepana Twardocha, już dziś. W drodze do księgarni nie zapomnijcie sięgnąć po nowego "Esquire'a", gdzie znajdziecie wywiad z pisarzem. Na Esquire.pl prezentujemy fragment tej rozmowy.
31.10.2018

ESQ: „Królestwo” jest niejako kontynuacją „Króla”. Od początku zakładał pan, że powstanie taki dyptyk?

Szczepan Twardoch: Pisząc „Króla”, przeczuwałem, że będę chciał tę historię pociągnąć. Nie wiedziałem, w którą stronę pójdę, założyłem jednak z całkowitą pewnością, że nie chcę pisać drugiej takiej samej książki, choć pewnie dałoby się to zrobić. Mógłbym kontynuować historię, którą opowiadam w „Królu”. Tamta książka kończy się przecież dwa lata przed wybuchem wojny. Można by wymyślić kolejną sensacyjną historię, wiedziałem jednak, że nie chcę tego robić. Piszę książki ciągle o tym samym, tak robi większość pisarzy, natomiast nie chcę pisać takich samych książek. Miałem zamiar zmienić nie tylko narratora, ale i perspektywę w powieści, odsunąć się od Jakuba Szapiry i spojrzeć na niego z perspektywy kobiety oraz dziecka. Zależało mi, żeby powstała książka pozbawiona awanturniczych perypetii, tego gangsterskiego charmu, którego w „Królu” było sporo.

Czytaj też: Pracuję na emocjach - rozmowa z Wojtkiem Smarzowskim 

Miał pan przewodnika, który opowiedziałby panu o Warszawie okresu okupacji?

Moim przewodnikiem są książki. Zgromadzenie bibliografii do „Królestwa” trwało dobrych parę tygodni, a potem to trzeba było jeszcze przeczytać… Tę pracę liczę w metrach bieżących półki. Na potrzeby „Królestwa” nowe książki dostały trzy metry półki, o ile nie więcej. Samo archiwum Ringelbluma to ponad trzydzieści tomów. Obfitość materiału historycznego jest tu wręcz przytłaczająca. Byłem niemal przerażony ilością informacji, bałem się, że nie będę w stanie tego przerobić. Ostatecznie udało się i okazało się to niezwykle pomocne. Lubię operować konkretem. Jestem słaby w zmyślaniu.

Co książki panu odbierają?

Życie.

Na tym polega praca – zabiera nam kawał życia. Czuje pan, że coś traci z powodu wysiłku włożonego w pisanie książek?

Nie mam takiego poczucia. Praca rzeczywiście zabiera nam czas – czyli życie. Ale dzięki niej buduję samego siebie, praca daje mi poczucie wartości. Praca i dzieci zapewniają mi poczucie sensu, jedyne, jakie mogę wypracować. To jest to, co być może po mnie zostanie – książki oraz moi synowie. Acz książek zamierzam napisać więcej, niż mam dzieci.

Nie da się przejść od pisania jednej rocznie do dwóch, a potem do czterech. To nie produkcja w fabryce.

Zupełnie nie. Czasem mam takie poczucie, że piszę wręcz za dużo i chciałbym zrobić sobie przerwę. Od dłuższego czasu mój rytm pracy to jedna powieść na dwa lata. Niekiedy wydaje mi się, że w tej regularności jest coś niestosownego. Chciałbym dać sobie więcej czasu na czytanie, na odpoczynek. Zastanawiam się więc, a co, gdyby zrobić sobie pięć lat przerwy? Oprócz wątpliwości natury rynkowo-marketingowej, od razu pojawia się myśl: co miałbym robić przez tych pięć lat? Oszalałbym bez pracy. Muszę mieć cel, brzemię do dźwigania. To nie tak, że lubię pisać. Pisanie jest potworne. Uwielbiam, gdy książka jest napisana. Lubię wymyślać książki, lubię dostawać zaliczki, ale nienawidzę pisać, bo to męcząca czynność. Nie przepadam za tym okresem w moim życiu. To czas, gdy podporządkowuję wszystko pracy. Dom, rytm dnia, to, kiedy śpię, jem, trenuję – priorytetem staje się znalezienie miejsca i spokoju wewnętrznego potrzebnego do skupienia. To nie jest dla mnie fajny czas. A jednak nie mogę bez tego żyć.

Nie da się tego zrobić inaczej?

Ja nie umiem. Mam bardzo ekstensywny tryb pracy. Nie potrafię pracować intensywnie i krótko. Potrzebuję dużo czasu. Muszę dysponować co najmniej kilkoma godzinami absolutnego, niczym niezmąconego spokoju na pisanie – a w perspektywie przynajmniej paru takich dni. Nie potrafiłbym pisać w takim rytmie, że pracuję w poniedziałki, środy i piątki, a we wtorki i czwartki zajmuję się czymś innym. Kiedyś było mi łatwiej, kiedyś to potrafiłem.

Co się zmieniło?

Nie wiem, może to, że mam prawie czterdzieści lat i mój mózg inaczej działa, niż gdy miałem dwadzieścia parę lat? Z drugiej strony – teraz piszę lepiej, między innymi przez to, że potrafię wypracować sobie przestrzeń do skupienia.

Ma pan poczucie, że świat umyka w czasie, gdy pan pracuje? Wydano na przykład książki, których pan nie przeczytał.

Czytam po skończeniu pracy. Nie nadrabiam, nie mam poczucia czytelniczego obowiązku. Jestem niezwykle wybrednym czytelnikiem. Bez cienia wyrzutów sumienia odkładam książki, które nie ciągną mnie ze sobą – i nigdy do nich nie wracam. Nawet po dwudziestu stronach. Jeśli nie wzięło, to nie wzięło. Nigdy nie czytam na siłę, z obowiązku, bo wypada znać.

Rozmawiał Andrzej Chojnowski. Zdjęcia: Zuza Krajewska. Cały wywiad znajdziecie w najnowszym numerze "Esquire'a". 

Polecane wideo

Komentarze

Polecane dla Ciebie