Wojtek Sokół: "Chcę zachować trochę szaleństwa"
Zdjęcia: Adam Pluciński. Czapka Prosto, płaszcz Fendi/ Vitkac.com, sweter Polo Ralph Lauren/ PlacTrzechKrzyzy.com, spodnie Fendi/ Vitkac.com

Wojtek Sokół: "Chcę zachować trochę szaleństwa"

Czekał dwie dekady na to, by wydać swój pierwszy solowy album. Człowiek, bez którego trudno wyobrazić sobie polski hip-hop (i streetwear), uwielbia pracę zespołową, ale teraz chce mówić wyłącznie w swoim imieniu.
10.01.2019

Dobre rzeczy często same przychodzą. Tak było w tym przypadku. Wiedziałem, że jeśli w polskiej edycji „Esquire’a” ma pojawić się jakikolwiek raper, wybór będzie bardzo ograniczony. Nie interesują nas ludzie skupieni w całości na muzyce. Szukamy postaci, które wychodzenie poza ramy tego, co wypada, traktują jak nakaz, wręcz wewnętrzny przymus. Szukamy ludzi samodzielnych, świadomych tego, kim są. Takich, którzy nie chowają się za innymi, ale potrafią mówić w swoim imieniu. Imię jest tu szczególnie ważne, bo w tym numerze „Esquire’a”, którym otwieramy rok, zebraliśmy niezłą stawkę mężczyzn, którzy zbudowali własną markę. Wojtek Sokół też ją stworzył, jeszcze jak. Jest artystą odważnym i dojrzałym. Przekroczył czterdziestkę i podjął jedną z bardziej zaskakujących decyzji – wydaje pierwszą w dorobku płytę solową. Wreszcie bez towarzystwa. Nareszcie sam. Tak jak w naszej sesji zdjęciowej na nieco odrealnionych, baśniowych ulicach Warszawy.

Esquire: Jak cudem przez tyle lat nie nagrałeś solowej płyty i zabierasz się do niej jako czterdziestolatek?

Wojtek Sokół: Jest wiele odpowiedzi. Po pierwsze, lubię pracę zespołową. Po drugie, w przypadku kilku projektów, w które byłem wcześniej zaangażowany, ciężar odpowiedzialności i tak spoczywał na mnie. Po trzecie, niektóre moje kawałki solowe firmowane były nazwą grupy WWO. Więc z jednej strony umiem pracować samodzielnie, z drugiej – lubię pracować z innymi, a z trzeciej – nigdy nie grałem na swoją „ksywkę”. Nie miałem potrzeby promowania siebie. Nie ma jednej dobrej odpowiedzi na twoje pytanie. Chyba po prostu nastał czas, żeby nagrać płytę solo, bo poczułem, że chcę.

ESQ : O tym, że ją wydasz, mówi się od dawna. Jak długo nosisz w sobie pomysł nagrania tego albumu?

WS: Długo. Kiedy zabrałem się do nagrywania tej płyty, zastanawiałem się, jak do tego podejść. Zazwyczaj miałem jakiś ogólny koncept. Teraz chciałem zrobić odwrotnie – nagrywać utwory i nie dbać o to, by była to zamknięta całość. Nie mam żadnej historii, którą chciałbym opowiedzieć na przestrzeni całego albumu. To zbiór luźnych utworów, które pozornie mogą do siebie nie pasować. To po prostu ja.

ESQ : Tak miało być?

WS: Tak, bo tak jeszcze nie pracowałem. Czuję się z tym dobrze. Jeśli pytasz, co nowego pojawiło się w mojej muzyce, wskazałbym to, że nie stoi za tym projektem jedna myśl, która spaja całość. Gdybym miał powiedzieć, jaki jest motyw przewodni, to byłby nim brak jednowymiarowości. W ogóle ciężko się rozmawia o muzyce.

Bluza Helmut Lang/ Vitkac.com, T-shirt Hugo, zegarek G-Shock 

ESQ: Dlaczego? To twój świat.

WS: Nie wiem, czy wszystko trzeba nazywać. Ludzie chcieliby dostawać do płyty instrukcje i przewodniki mówiące im, co powinni potem myśleć, jak reagować. To jak pójść do kina, oglądając wcześniej zwiastun, który wszystko wyjaśnił. Ja wolę zobaczyć film, o którym nie wiem nic i zostać przeprowadzonym przez emocje i całą historię. Polecałbym wszystkim, żeby szli moim tropem, bo wtedy życie jest ciekawsze. To tak, jakby z ubrań zerwać metki – okazałoby się, które naprawdę są fajne, a które nie.

ESQ: Zdzierasz metki?

WS: Metaforycznie, w dużej mierze tak, czasami nie. Świat zbudowany jest w taki sposób, że metki stały się najważniejsze. To, kto był rzeźbiarzem jest często bardziej istotne niż sama rzeźba. Kiedy zacząłem reżyserować teledyski albo gdy zająłem się projektowaniem okładek swoich płyt, nie chciałem firmować tego swoim nazwiskiem. Z prostego powodu: nigdy nie usłyszałbym prawdy. Podpisywałem się więc jako Wal & Gura. Przez kilka lat nikt nie wiedział, że to ja. Dzięki temu ludzie mówili to, co myślą: fajna okładka albo nie, superteledysk albo słaby. Pseudonim mi to umożliwiał. Nie mogę tego zrobić w przypadku muzyki, bo ludzie i tak rozpoznaliby mnie po głosie. Ale ja też jestem konsumentem, lubię niektóre marki i świadomie daję się oszukiwać. Gram w tę grę.

ESQ: Przywykłeś do tego, że czasami mówią do ciebie: „pan Sokół”?

WS: Śmiałem się, kiedy usłyszałem to po raz pierwszy, ale jestem otwarty, ciężko mnie zawstydzić.

ESQ: W hip-hopie gwiazdami są dzisiaj ludzie, którzy na dobrą sprawę mogliby być twoimi dziećmi. Nie czujesz się jak senior?

WS: Jako młody chłopak miałem wielu starszych kolegów, dlatego nie zwracam uwagi na wiek. Ludzi dużo młodszych traktuję często jak rówieśników, dopóki nie zrobią czegoś naprawdę głupiego. Cenię też ludzi starszych, bo mają doświadczenie, wewnętrzny spokój i dystans do życia. Małolaty z kolei się grzeją, wszystko ich podnieca.

ESQ: Ty jesteś pośrodku.

WS: To wiek średni. Patrzę czasem na kolegów z dzieciństwa i mam wrażenie, że są starsi ode mnie, w sensie mentalnym i fizycznym. Mają bruzdy na twarzy, łyse głowy oraz czwórkę dzieci. A ja jestem taki sam. Może trochę szpakowaty, ale na razie żaden włos mi nie wypadł.

Rozmawiał Andrzej Chojnowski. Pełną wersję wywiadu znajdziesz w najnowszym numerze "Esquire'a" (1/2019) 

Polecane wideo

Komentarze

Polecane dla Ciebie