To co wiem: Don DeLillo
Fot: Graham Jepson,WriterPictures/ FORUM

To co wiem: Don DeLillo

Wybitnego amerykańskiego prozaika wysłuchał Paul Wilson.
30.01.2019

Kiedy byłem dzieckiem, czytałem wyłącznie komiksy. W mojej rodzinie nie było tradycji czytania, przynajmniej nie po angielsku.

Mieszkałem w zatłoczonym domu, ale moje doświadczenie włosko-amerykańskie nie jest doświadczeniem włosko-amerykańskim, które znasz z filmów czy seriali. Pewnie widziałeś ich więcej niż ja.

Lubię wyobrażać sobie rzeczy, więc ograniczam research do minimum. Najważniejsza jest dla mnie swoboda wymyślania.

Rutyna dawniej wydawała mi się nieodzowna, ale dzisiaj już nie. Pracuję zawsze rano, ale niekoniecznie wracam do pracy po południu. Mój umysł działa inaczej niż parę dekad temu.

Przeczytaj też pozostałe rozmowy z naszego cyklu "To co wiem" 

W 1964 r. potrzebowałem półtora dnia, żeby rzucić pracę w agencji reklamowej. Ale nie rzuciłem jej, żeby zostać pisarzem, rzuciłem ją po to, żeby rzucić. Miałem jakieś oszczędności, za mieszkanie w Nowym Jorku płaciłem 60 dolarów miesięcznie. Wiedziałem, że już czas. Pisanie przyszło później. Kiedy skończyłem pierwszą książkę [„Americana”, w 1971 r. – przyp. red.], wiedziałem, że jestem pisarzem, i że będę to robił tak długo, jak tylko się da.

 
 
 
 
 
Wyświetl ten post na Instagramie.
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

Post udostępniony przez Paulo_Costa_Bastos (@p_e_a_n_n_u_t)

Ważne jest, żeby podejmować decyzje wedle tego, co uważasz za słuszne. Właściciel domu, w którym wynajmowałem to mieszkanie za 60 dolarów, zaoferował, że będę mógł mieszkać za darmo, jeśli zgodzę się wynosić wszystkim śmieci. To była nawet ciekawa propozycja, ale ostatecznie ją odrzuciłem, bo to by oznaczało, że musiałbym wstawać o szóstej rano. Tak wczesne pobudki zaburzyłyby moją rutynę pisania.

W latach 60. nowojorskie kina zaczęły wyświetlać świetne filmy europejskie i japońskie, które były objawieniem i mogły mieć wpływ na moją pracę, chociaż nie jestem w stanie określić dokładnie, jaki. Podejrzewam, że mogły mi pomóc myśleć wizualnie. Antonioni, Godard, Fellini, Kurosawa i Truffaut – wyliczam tylko kilka nazwisk, ale rzecz jasna było ich więcej. Ci filmowcy tworzyli coś, co żyje nadal, co do tego nie ma wątpliwości. Wciąż chodzę do kina. Dobre filmy, które ostatnio widziałem? „Syn Szawła” zrobił na mnie wielkie wrażenie. Kolosalne.

Jeśli idzie o baseball, lepiej pamiętam gwiazdy i ich numery z lat 50. i 60. Ale nie jestem fanem, który tęskni za meczami i graczami z młodości. Może nie jestem tym tak pochłonięty jak kiedyś, ale wciąż uważam, że baseball to wspaniała gra.

Starzenie się nie osłabiło mojej potrzeby i chęci pisania. Zaryzykuję twierdzenie, że czuję nawet jeszcze większą frajdę z konstruowania zdań i pracy ze słowami. Tę większą frajdę czuję od dnia, w którym zrozumiałem, że ta praca to w dużym stopniu czysta intuicja. Jasne, czasem myślę o tym, że intuicja w końcu mnie zawiedzie, ale na szczęście mam w zanadrzu inny pomysł na siebie.

Kiedy mieszkałem sam, w latach 60. i 70. smażyłem sobie bekon i jajka. Ktoś mi w końcu wytknął, że to niezdrowe. Jestem strasznym kucharzem. Nie lubię gotować. To wbrew mojej religii. Lubię jeść, ale po prostu nie potrafię gotować. Może to jest jeden z powodów, dlaczego jestem żonaty od 40 lat.

Tajemnicą trwania w małżeństwie przez tak długi czas jest jedzenie, picie i spanie. Nie szukamy romansu, szukamy przetrwania. Ale bycie w małżeństwie sprawia mi przyjemność, jak najbardziej.

Ludzie mi mówią, że moje książki są bestsellerami, a ja nawet nie znam wyników sprzedaży. Nigdy mnie to nie obchodziło. Tym, co mnie obchodzi i daje mi szczęście, jest tworzenie fikcji. Oto sedno, a zarazem kolejna składowa szczęścia, które w sobie noszę.

Nie widziałem żadnej z telewizyjnych produkcji, na które mówi się dziś, że są „powieściowe”. Po prostu nie mam takiej potrzeby. Telewizja to dla mnie wiadomości, sport, a od czasu do czasu jakiś dokument.

 
 
 
 
 
Wyświetl ten post na Instagramie.
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

Post udostępniony przez Ted Blumberg (@tedblumberg8077)

Moi bohaterowie nigdy nie mówią w moim imieniu. Jeśli więc któryś oświadcza, że potrafi „wywiercić palcem dziurę na wylot we współczesnym życiu, bo takie jest płytkie”, ja się pod tym nie podpisuję. Czy tak bym powiedział, gdyby ktoś mnie zapytał wprost? Nie uważam, że życie jest płytkie. Jest za dużo na świecie niebezpieczeństw, żeby określić życie jako płytkie. Nie mam zamiaru ostrzegać ludzi przed niebezpieczeństwami. Chcę po prostu pisać fikcję. Nie potrafiłbym przestrzec nikogo przed czymkolwiek, nawet gdyby chodziło o rozwiązaną sznurówkę.

Nie ma żadnej specjalnej logiki w tym, jak zaczynam pisać. Czasami jest tak, że zaczynam od obrazu. Jeśli idzie o nową powieść [„Zero K”], wszystko zaczęło się od wyobrażenia wysokich budynków nad rzeką. I tyle. Ostatecznie ten obraz nie trafił do książki. Ale pobudził wyobraźnię i podsunął mi pomysł, żeby napisać o fizycznym odizolowaniu. Poczułem, że muszę wziąć się za kriogenikę. A potem wymyśliłem kluczowy motyw, że niektórzy ludzie byliby nawet nie tyle skłonni, co chętni poddać się hibernacji, mimo że wcale nie są bliscy śmierci.

Większość ludzi postrzega śmierć jako problem, coś nieuchronnego. Woleliby, żeby to ich ominęło. Ja tego tak nie widzę. Napisanie książki o kriogenice nie oznacza, że sam chciałbym się zahibernować. Ale uważam, że dla wielu ludzi ta metoda byłaby czymś w rodzaju recepty na śmierć. I może to byłoby lepsze niż nic.

Tekst ukazał się w numerze 5/2016

Polecane wideo

Komentarze

Polecane dla Ciebie