Baśń dla dorosłych. Jak powstawały "Córki dancingu" Agnieszki Smoczyńskiej
Fot: AKPA

Baśń dla dorosłych. Jak powstawały "Córki dancingu" Agnieszki Smoczyńskiej

To był dopiero drugi (po "Nieulotnych" Jacka Borcucha) polski film, wyświetlany na odbywającym się od 1978 roku festiwalu w Sundance. Nagroda specjalna jury udowodniła, że mamy do czynienia z nieprzeciętną autorką. Ale pomysł na "Córki dancingu" nie wszystkich zachwycił od razu...
04.02.2019

„Co to za pomysł! Nikt nie da na to pieniędzy! Taki film się nie sprzeda! To jakieś nieporozumienie! – słyszy Agnieszka Smoczyńska od ludzi, którym pokazuje scenariusz „Córek Dancingu”. Z pomysłem zadzwonił scenarzysta Robert Bolesto. Lata 80., głęboki PRL i dancing, w którym angaż dostają dwie syreny – piękne, młode, z wielkimi oślizgłymi ogonami. To musical, horror, baśń dla dorosłych, czyli wszystko w jednym. Brzmi rzeczywiście niezbyt przekonująco. Ale nie dla Smoczyńskiej. Nie wiedziała – jak, ale od początku była pewna, że chce zrobić ten film. Znalazł się producent, który podjął ryzyko. Dostała błogosławieństwo od Agnieszki Holland. „Córki Dancingu” zdobyły nagrodę za debiut na Festiwalu w Gdyni, oraz nagrodę specjalną „za unikalną wizję artystyczną i dizajn” w Sundance.

Czytaj też: "Orłem nie byłem" - rozmowa z Łukaszem Palkowskim 

Wychowana na dancingu 

Jadwiga, Krystyna, Teresa, Barbara, Hanka, Alina, Sabina i Ewa: osiem sióstr dancingu. Połowa z nich rodzi się jeszcze przed wojną lub w jej trakcie, pod Radomiem. Kolejne dziewczyny przychodzą na świat już na ziemiach odzyskanych, w Żmigrodzie, niedaleko Wrocławia. Ich ojciec Szczepan zakłada trafikę. Matka Wiktoria pomaga w prowadzeniu interesu. W 1946 roku, będąc w dziewiątym miesiącu ciąży, jedzie do Radomia po papierosy i w tamtejszym szpitalu rodzi Hankę.

Najstarsza siostra Hanki, Jadwiga, ma wówczas 24 lata. Kilka lat po wojnie otwiera bar na dworcu w Żmigrodzie. Interes idzie świetnie. Jadwiga zaraża zapałem młodsze rodzeństwo. Krystyna wyjeżdża do Wrocławia, gdzie zostaje kierowniczką knajpy i ściąga siostry do pracy za bufetem i na sali. Dziewczyny chcą więcej. W Szklarskiej Porębie otwierają Polonię, pierwszy pensjonat z dancingiem. Potem kolejne w Szklarskiej i w Kowarach. Pensjonaty utrzymują się dzięki górom i dancingom.

To nie streszczenie filmu Smoczyńskiej, lecz jej rodzinna historia. Hanka to matka reżyserki. Podobne wspomnienia mają Zuzanna i Barbara Wrońskie, założycielki zespołu Ballady i Romanse. Gdy scenarzysta Robert Bolesto wpadł na pomysł, by opowiedzieć historię inspirowaną dzieciństwem sióstr Wrońskich, Smoczyńska była zachwycona.

– Jako dziecko dzieliłam czas między Wrocław i Szklarską Porębę. Chodziłam do szkoły we Wrocławiu, zajmował się mną ojciec i siedem lat starszy brat Robert. W piątek po szkole wsiadaliśmy w pociąg i jechaliśmy do pensjonatu Wiktoria, gdzie mama była kierowniczką. Biznes sióstr mojej mamy wciągnął wszystkie kobiety w rodzinie. Ich mężowie ciężko to znosili. Śmieję się, że wszyscy wujkowie albo nie żyją, albo są alkoholikami. Zostało jeszcze dwóch, jeden pije, drugi jest kompletnym dziwakiem. Mój ojciec był inny, zmarł wcześniej, był chory – opowiada Agnieszka.

Agnieszka wychowywała się na dancingu. Podglądała kolorowy świat od zaplecza. Połyskujące sukienki i kostiumy szyte z zagranicznych tkanin albo zamawiane w Peweksie, próby występów, garderoba, makijaże. No i tzw. boki: klienci wpadali za kotarę, by płacić za zagranie kawałka na specjalne zamówienie.
– Gdy zamawiano „Czerwone maki na Monte Cassino”, obowiązywała zasada, że przy tej piosence się nie tańczy, bo patriotyczna. Jeśli ktoś zatańczył, dostawał w mordę. Dancing był światem poza światem burego PRL-u. Tańce, występy i dużo alkoholu. Czułam się tam jak u siebie, ale nigdy nie marzyłam, by sama prowadzić knajpę czy pensjonat. Moje kuzynki pokończyły szkoły gastronomiczne, studia hotelarskie i poszły w ślady matek. Mnie od podstawówki fascynował teatr. Od szóstej klasy chodziłam na wrocławskie spektakle. Jeździłam do Zakopanego do teatru Witkacego. Niewiele rozumiałam z tych przedstawień, ale uwielbiałam atmosferę tych miejsc. Rodzice nie chodzili do kościoła, może brakowało mi duchowych przeżyć, a teatr mi je dawał. A może przez dziadka, który w młodości był aktorem amatorem. Też chciałam być aktorką, potem reżyserem. W liceum trafiłam do eksperymentalnej klasy filmowej. Pisaliśmy scenariusze. Oglądaliśmy największe dzieła Antonioniego, Felliniego, Bergmana, Kieślowskiego czy Holland.

Smoczyńska była w drugiej klasie szkoły podstawowej, gdy któregoś dnia wróciła do domu i w złości oznajmiła matce, że nie będzie się uczyć i nie zamierza już przynosić piątek. Usłyszała, że nie musi, przecież robi to wyłącznie dla siebie. Najważniejsze, by się w życiu realizowała. Cokolwiek to będzie. Rodzice nie mieli dla niej planu na przyszłość. Brat chciał, żeby została dziennikarką, żeby była drugim Kapuścińskim czy Torańską. Ale ona marzyła o reżyserii. Ostateczną decyzję podjęła w dniu pogrzebu ojca. Miała wtedy 14 lat.

– Śmierć ojca, a wcześniej jego choroba, były moim najtrudniejszym doświadczeniem. Tęsknota za mamą towarzyszyła mi przez całe dzieciństwo, ale ze śmiercią ojca je utraciłam. Brat wyjechał do Londynu, zostałam z tym sama. Wcale nie chciałam stać się dorosła, nie byłam na to gotowa. Tata umierał, a ja czułam bezsilność. Wtedy zmienił mi się ogląd świata. Postanowiłam zdawać na reżyserię.

Zakwestionować stereotyp 

Najpierw jednak poszła na historię sztuki w Poznaniu i kulturoznawstwo we Wrocławiu, bo ktoś jej poradził, że przed reżyserią lepiej zrobić inne studia. Ale też jeździła do Łodzi i przyglądała się Mikołajowi Grabowskiemu, który akurat robił „Króla Leara”. Nie opuszczała żadnego filmowego festiwalu.

Potem dostała się na wymarzony kierunek do szkoły filmowej w Katowicach. To był pierwszy rok w historii szkoły, gdy przyjęto tyle samo kobiet, co mężczyzn. Nie czuła się więc dziwolągiem. Udało jej się asystować Krystianowi Lupie. Pod koniec studiów wyszła za mąż za aktora Andrzeja Konopkę. Gdy urodziła córkę, słyszała z różnych stron: albo dzieci, albo film. Udawała, że nie słyszy. Zabierała dziecko na plan i wszystko było OK. Potem druga córka. Macierzyństwo i praca uzupełniają się w jej życiu. Na planie nie jest delikatną dziewczyną, choć tak wygląda. „Nie wszyscy mają taką grubą skórę, jak ty” – powiedział jej operator Kuba Kijowski po awanturze przy kręceniu „Córek...”. Choć jej wydaje się, że jest opanowana i skupiona.

– Gdy zdawałam do szkoły filmowej, jedynymi uznanymi polskimi reżyserkami były Agnieszka Holland i Barbara Sass. Bo to niby zawód dla facetów, a one to wyjątki potwierdzające regułę. To prawda, że dziewczyna musi włożyć więcej pracy, żeby przekonać otoczenie, że się nadaje, ma otwartą głowę i nie jest głupia. Dopiero od niedawna mówię o sobie reżyserka, a nie reżyser. Nieświadomie rządził mną stereotyp. Jestem niewielką kobietą, więc na planie ekipa zwracała się do mnie żartobliwie, a może prześmiewczo per pani reżyser, i na początku nawet mnie to nie irytowało.

Dziewięć lat temu kręciłam trzydziestominutowy film telewizyjny „Aria Diva” na podstawie opowiadania Olgi Tokarczuk „Ariadna na Naksos”. Moją pierwszą tzw. trzydziestkę. Jechałam taksówką na plan. Taksówkarz mnie pyta, dokąd jadę. Mówię, że na plan filmowy. „Oooo! Kiedyś już wiozłem kogoś na plan.

A kto gra w filmie?” – zapytał. Ja na to, że Kasia Figura. „Fiu, fiu! A kto jest reżyserem? No przecież chyba nie pani?” Ale operatorki mają jeszcze trudniej: „No bo przecież ta kamera taka ciężka”.

Uniwersalnie niepoprawny 

„Aria Diva” zdobyła cztery nagrody, w tym nagrodę „Ponad granicami” im. Krzysztofa Kieślowskiego. Agnieszka napisała scenariusz wspólnie z Robertem Bolesto. Obok Figury zagrała Gabriela Muskała, która wystąpi w kolejnym filmie Smoczyńskiej; zdjęcia mają zacząć się jesienią. To historia kobiety, która straciła pamięć i nie chce jej odzyskać (chodzi o film „Fuga”, który trafił do kin w grudniu 2018 roku – przyp. red.)

– Polski Instytut Sztuki Filmowej zatwierdził już ten projekt, więc mogę spać spokojnie. Ale co będzie dalej? W obecnej sytuacji, kiedy politycy wtrącają się do sztuki, trudno powiedzieć. Marzy mi się film o apokalipsie. Na świecie, w Europie kończy się jakaś epoka. Fala uchodźców, która jest nie do okiełznania, kryzys gospodarczy, odradzanie się ruchów nacjonalistycznych. Do czego to wszystko prowadzi?

Jak mówi Smoczyńska, trzeba mieć nadzieję, że obecna władza w Polsce nie odbierze twórcom prawa do swobodnej wypowiedzi. – Przy kręceniu „Córek Dancingu” nikt nam się nie wtrącał. Jestem debiutantką, miałam tak podpisaną umowę, że producent mógł pociąć film wedle uznania, ale tego nie zrobił. Dystrybutor dawał sugestie, lecz też niczego nie narzucał. Mam nadzieję, że nadal będę mogła tak pracować; że polska kinematografia nie ograniczy się do produkcji filmów propagandowych. Choć i takie mogą być doskonałe. „Katyń” też był filmem propagandowym, ale świat go kupił. Lecz moim zdaniem to odosobniony przypadek.

„Córki Dancingu”, uważa Smoczyńska, są na pierwszy rzut oka o pierwszej miłości. Tak naprawdę to baśń dla dorosłych o niewinnych i zarazem krwiożerczych syrenach, lekka i przerażająca opowieść o odmieńcach, o wykluczonych, a jednak walczących o swoje miejsce i akceptację. O nałogach. Na pewno nie jest to film poprawny politycznie.

– Mówiono mi, że zrobiłam film o Żydach albo o uchodźcach. Każdy odczytuje baśń na swój sposób i dlatego „Córki...” to film uniwersalny.


Tekst Marii Fredro-Bonieckiej ukazał się w numerze 2/2016

Polecane wideo

Komentarze

Polecane dla Ciebie